6 wielkich momentów na 30 lat Premier League. Te wydarzenia zmieniły bieg historii

6 wielkich momentów na 30 lat Premier League. Te wydarzenia zmieniły bieg historii
screen youtube sky sports retro
Autor: Jakub Olejnik 20 maj 2022 | 20:00
W tym roku mija 30 lat od powołania do życia Premier League. Co sprawiło, że w zakochał się w niej cały świat? Jakie wydarzenia odmieniły losy angielskiego futbolu klubowego od powstania ligi pod nowym szyldem? Subiektywny wybór prezentujemy poniżej.
Momentów wzniosłych dla Premier League było przez ostatnie trzy dekady bez liku. Z samych bramek - czy to kluczowych, czy po prostu urodziwych - można by stworzyć listę na kilkadziesiąt punktów. Każdy z 50 klubów, występujących w rozgrywkach do tej pory, napisał swoją historię.
Dalsza część tekstu pod wideo
Były jednak chwile, które odmieniły całą ligę. Wydarzenia szczególne, będące do dziś punktem odniesienia dla wszystkich z angielskiej elity. Ich wybór to sprawa mocno subiektywna, bo ograniczając się do zaledwie kilku stopklatek, nie sposób czegoś nie pominąć. Może to być jednak zaczątek do dyskusji o tym, jak Premier League ewoluuje na przestrzeni lat.

Niezwyciężeni

Przez 30 lat istnienia Premier League, tylko jeden zespół zdołał przejść przez cały sezon ligowy nie zaznając goryczy porażki. “The Invincibles”, czyli Arsenal z sezonu 2003/04, dzierży ten tytuł samotnie. Wcześniej ta sztuka udała się Preston North End w rozgrywkach 1888/89. To jednak zupełnie inna piłka niż w erze współczesnej.
Dla “The Gunners” był to trzeci, i jak na razie ostatni, tytuł w erze Premier League. Zdobyte jeszcze na Highbury mistrzostwo smakowało wyjątkowo. W końcu o tym, że przejść “suchą stopą” przez cały sezon nie jest łatwo, przekonali się wszyscy pozostali triumfatorzy rozgrywek.
Tego wyczynu nie powtórzył Manchester City, śrubując punktowy rekord ligi na poziomie 100 “oczek”. Nie udało się to także rozpędzonemu Liverpoolowi w sezonie 2019/20. Skala trudności, gdy dodatkowo grać trzeba na innych frontach, jest zatem nie do przecenienia. Tak jak osiągnięcie Arsenalu.
Arsenal w tamtych rozgrywkach znalazł idealny balans. Najwięcej bramek strzelonych (73), najmniej straconych (26). Najwięcej punktów na własnym obiekcie (49), najwięcej na wyjazdach (41). Arsene Wenger i jego “Niezwyciężeni” są do dziś wzorem tego, jak powinno się grać na przestrzeni całego sezonu. Tytuł króla strzelców, który zdobył Thierry Henry, to w tym wszystkim miły dodatek dla fanów “Kanonierów”, czekających już długo na powrót do ścisłej czołówki, i na nowych bohaterów, których wówczas nie brakowało.
Sezon 2003/04 był ukoronowaniem wizji Wengera. Wówczas, o czym kilka lat później młodsi fani “Kanonierów” mogli już zapomnieć, uznawany był on za wizjonera, “człowieka-rewolucję” w angielskiej piłce. Francuski trener starał się odejść od brytyjskiej szkoły futbolu, a w kultowej “jedenastce” z tamtego sezonu było tak naprawdę tylko dwóch Anglików. Nowy pomysł na piłkę Wenger wdrażał już wcześniej, co spotykało się na Wyspach z różnymi reakcjami. Jednak trzeci tytuł z Arsenalem, zdobyty w takim stylu, jednoznacznie pokazał, kto miał rację.
Oczywiście, w późniejszych latach Wenger nie nadążył za rewolucją, którą sam zapoczątkował. Arsenal dziś próbuje wrócić do dawnego blasku. Dopóki to się nie uda, fanom pozostają wspomnienia sezonu bez porażki.

Nowe porządki w Chelsea

Kto wie, czy Arsenal nie zostałby ligowym dominatorem, gdyby nie Roman Abramowicz. Jeszcze zanim arabscy szejkowie postanowili bawić się w Football Managera w realnym życiu, a do piłki wkroczyło (przynajmniej na papierze) Financial Fair Play, to właśnie Abramowicz przetarł szlaki w tym zakresie. Dziś trudno tą postać oceniać jednoznacznie, także z powodów pozasportowych, ale niewątpliwie przejęcie Chelsea przez oligarchę było punktem zwrotnym dla całej Premier League.
Abramowicz kupił “The Blues” w 2003 roku. Pomysł był prosty - wpakować w klub sporo kasy i szybko osiągnąć wyniki. Oburzenie opinii publicznej było sporo. Gdzie tradycja? Gdzie budowanie tożsamości? Obecnie Chelsea może pochwalić się solidną listą wychowanków, prężnie działającą akademią - zbudowaną także ze środków rosyjskiego właściciela - czy rozbudowaną siatką skautingu. Klub w pewnym sensie tworzy trendy dobrego zarządzania klubem na dłuższym dystansie, ale na początku liczyły się tylko wyniki.
Te przyszły dość szybko. Choć premierowy sezon “po nowemu”, mimo wydania ponad 120 mln funtów na transfery, nie przyniósł trofeów, to Chelsea stała się poważnym graczem. Już od sezonu 2004/05 trenerem zespołu był Jose Mourinho, który dopiero co wygrał Ligę Mistrzów z FC Porto. Portugalczyk wprowadził swoje rządy, sprowadził kolejnych zawodników i został mistrzem Premier League. Wyczyn powtórzył także w następnej kampanii.
Za rządów Abramowicza Chelsea sięgała pięciokrotnie po tytuł mistrzowski. Cztery razy była wicemistrzem kraju, pięc razy kończyła sezon na trzecim miejscu (w tym sezonie zapewne dołoży szósty “brąz”). Do tego pięć Pucharów Anglii, trzy Puchary Ligi, dwie Tarcze Wspólnoty, dwie wygrane w Lidze Mistrzów, dwie w Lidze Europy, Superpuchar Europy i Klubowe Mistrzostwo Świata.
Era Abramowicza dobiegła końca, ale w klubowej gablocie zostanie po nim wiele. Dziś Chelsea nie jest już postrzegana wyłącznie przez pryzmat pieniędzy, jakie wniósł do klubu właściciel. To jedna z czołowych ekip w światowej piłce, zespół, który zerwał łatkę przypiętą na początku XXI wieku. Dziś o “petrodolarach” i nierównej konkurencji mówi się częściej w kontekście PSG, czy nawet Manchesteru City. Jednak to Chelsea była pierwszym “królikiem doświadczalnym”. Klubem budowanym rozrzutnie, mocarstwowo i z nastawieniem na sukces. I to zbudowanym udanie, nawet w szerszej perspektywie.

Agueroooooooooooooooo

Sergio Aguero strzelający przed dekadą bramkę w 94. minucie na 3:2 w meczu z QPR to ikoniczne wydarzenie. Jego gol w niesamowitych okolicznościach zapewnił pierwszy tytuł Manchesterowi City w erze Premier League. Jeszcze kilka sekund wcześniej mistrzem Anglii byli przecież lokalni rywale “The Citizens”, czyli Manchester United.
Budowa potęgi City nie przyszła z dnia na dzień, choć tutaj, podobnie jak w przypadku Chelsea, zadecydowały ogromne pieniądze. Klub został kupiony we wrześniu 2008 roku przez spółkę Abu Dhabi United Group należącą do szejka Mansoura bin Zayed Al Nahyana. Przypieczętowanie premierowego tytułu Premier League nie mogło przytrafić się w bardziej emocjonujących okolicznościach. W ciągu dekady od tego sukcesu zespół zdobył pięć tytułów i właśnie zmierza po szóste trofeum.
Budowa potęgi w Manchesterze była jednak trudniejsza niż w Londynie. “The Citizens” z początku wydawali dużo, ale z mniejszymi sukcesami. To pokazało, że same pieniądze nie wystarczą. Żmudny proces uczenia się wielkiego futbolu zajął trochę czasu. Manchester City z tego powodu miał zresztą gorszy PR niż Chelsea. Z jednej strony historia klubu była nie do podważenia, ale samo City początków Premier League nie wspomina najlepiej. Zespół musiał wracać do elity po spadku, a i wtedy był co najwyżej średniakiem. Dopiero poważna inwestycja w klub pozwoliła stanąć na nogi, a w perspektywie czasu stać się wiodącą siłą w Anglii.
Bramka Kuna Aguero jest symbolem. Symbolem procesu, tworzenia historii na emocjach, a nie tylko pieniądzach. Fani z Etihad Stadium potrzebowali takiego punktu zaczepienia w piłkarzach. Potrzebowali kogoś, w kim mogli się zakochać, i z kim mogli się utożsamiać. Tym gościem stał się właśnie Aguero.

Padłeś, powstań… Liverpool (i Steven Gerrard)

Sezon 2013/14 miał być w końcu szczęśliwy dla Liverpoolu. Klub-legenda, który w erze Premier League nie miał wówczas tytułu, i często błąkał się w dalszej części tabeli, trzymał wszystko w swoich rękach. Chichotem losu jest to, że do dziś utrata mistrzostwa sprzed ośmiu lat kojarzona jest jednoznacznie z największą ikoną Liverpoolu w erze Premier League, Stevenem Gerrardem.
Gdyby Gerrard się nie poślizgnął, a Demba Ba nie zdobył bramki dla Chelsea, to być może Liverpool nie musiałby czekać 30 lat na tytuł mistrza Anglii. I kto wie, co byłoby później? Oczywiście, “The Reds” nie pomogli sobie w meczu z Crystal Palace, choć patrząc na bilans bramkowy z tamtego sezonu - nawet wygrana mogłaby nie wystarczyć, aby dogonić Manchester City.
Kolejne rozgrywki pokazały, że Liverpool musi się zmienić. I takiej zmiany na Anfield dokonano. Klub wydał spore pieniądze, i to w dużej mierze na graczy defensywnych, bo Liverpool głównie borykał się z problemem bronienia dostępu do własnej bramki. Od sezonu 2015/16 trenerem zespołu został Juergen Klopp, który miał zmienić oblicze klubu z miasta Beatlesów. I zrobił to.
Liverpool wtedy, w 2014 roku, doznał bolesnej porażki, ale wyszedł z tego silniejszy. Dziś tą siłę demonstruje wszystkim rywalom w Premier League. Odważne zakupy, bo tak trzeba nazwać wydanie 75 mln funtów na obrońcę (Virgil van Dijk), opłaciły się. Na “cztery łapy” spadł także Steven Gerrard. Choć tytułu jako zawodnik nie zdobył, to całkiem nieźle radzi sobie jako trener i wiele wskazuje na to, że w przyszłości wróci na Anfield w nowej roli. I na pewno będzie chciał w końcu zostać mistrzem Anglii.

“Lisy” dokonują niemożliwego

Premier League miało dwóch sensacyjnych mistrzów. Pierwszym z nich było Blackburn Rovers w sezonie 1994/95, ale jednak zespół ten zbudowany został w oparciu o graczy, którzy już wtedy mieli niezłą pozycję w Anglii. Wśród nich był m.in. młody Alan Shearer, a w Blackburn - jak na tamte czasy - sporo zainwestowano. Rovers sukces poprzedzili wicemistrzostwem i czwartym miejscem w lidze, zatem mieli niezły grunt pod ostateczny sukces.
Zupełnie inna była historia Leicester w sezonie 2015/16. “Lisy” rok wcześniej były beniaminkiem Premier League i zajęły dopiero 14. miejsce w lidze. Na stanowisku trenera Nigela Pearsona zastąpił Claudio Ranieri. Gwiazdy? Tych w Leicester brakowało. Nie będzie przesadą stwierdzenie, że klub funkcjonował po trosze jako “banda wyrzutków”, zawodników drugiej kategorii, dla których nie byłoby miejsca w większości klubów Premier League.
Syna legendarnego Petera Schmeichela, dość przeciętna “na papierze” linia defensywna, ściągnięty z Caen - wówczas anonimowy - N’Golo Kante, wyjęty nieco wcześniej z francuskiej drugiej ligi Riyad Mahrez, czy wreszcie Jamie Vardy, który przed Leicester grał na poziomie piątej ligi. Wszystkim dowodził wspomniany Ranieri, również nie będący już synonimem sukcesu, a raczej trenerem kojarzonym z częstą zmianą pracy z powodu niesatysfakcjonujących wyników.
Z tego zespołu zrodziło się jednak coś wielkiego. Wbrew logice, wielkim pieniądzom i wbrew temu, jak do tej pory funkcjonowała Premier League. “Lisy” zapewniły sobie tytuł na dwie kolejki przed końcem sezonu. W kolejnej kampanii drużyna awansowała do ćwierćfinału Ligi Mistrzów, ale wyniki w lidze były już dużo słabsze, co Ranieri przypłacił posadą. Mimo wszystko do dziś Leicester jest solidnym klubem, który raz po raz bije się o miejsce w szerokiej czołówce. Wielu piłkarzy mistrzowskiego składu trafiło do silniejszych ekip.
Sam Ranieri? Wciąż jest kochany przez fanów, którzy nigdy nie zapomną mu spektakularnego sukcesu. Wychowany w Rzymie, uwielbiony również w Leicester, co dobitnie pokazały sceny z meczu w Lidze Konferencji na Stadio Olimpico. Zresztą, czy bez sukcesu Ranieriego drużyna z Anglii dotarłaby do półfinału tego pucharu kilka lat później? Niech każdy odpowie sobie sam.

Koniec ery Sir Alexa Fergusona

To być może najważniejszy moment w dotychczasowej historii Premier League. Alex Ferguson prowadził Manchester United w latach 1986-2013 i zdobył z zespołem 13 tytułów mistrza kraju. Do momentu odejścia z zespołu wygrał 13 z 21 możliwych sezonów, licząc od powstania Premier League. Zdobył zatem więcej mistrzostw w trakcie kariery, niż reszta ligi razem wzięta.
Szkot odbudował United, które czekało na tytuł od 1967 roku. Potrafił nawet z przeciętnych piłkarzy wyciągnąć “coś ekstra”, a gwiazdy wprowadzał na niebotyczny poziom. Był nie tylko wybitnym trenerem - zdobył w sumie 49 trofeów jako szkoleniowiec, w tym 38 z zespołem z Old Trafford - ale też świetnym menedżerem. Poprowadził Manchester United w 1500 meczach, mając blisko 60% zwycięstw.
Z ławką trenerską pożegnał się w najlepszy możliwy sposób, podnosząc puchar za wygraną w Premier League. I jeśli ktoś myśli, że nie ma człowieka większego od klubu, to Sir Alex tę tezę poddał pod wątpliwość. Od jego odejścia Manchester United nie umie się odbudować, a za rok minie od tej chwili dekada.
Historia Alexa Fergusona pokazuje, że w futbolu można budować coś przez wiele lat. Żaden inny trener tak jednoznacznie nie kojarzy się z jednym zespołem, jedną ligą i przy tym tyloma sukcesami. Bez Fergusona nie byłoby tak ogromnej rzeszy fanów United na całym świecie, nie byłoby także Premier League jaką znamy.
author picture

Jakub Olejnik

Spodobał Ci się tekst tego autora?

Czytaj kolejne
Oglądaj
Oglądaj
  • Nieszablonowi eksperci
  • Największa przestrzeń studyjna
  • Niebawem sporo nowych formatów
Źródło: własne