Lorenzo Sanz wyleczył Real Madryt z obsesji i zadłużył go po uszy. Rządy legendy były jazdą bez trzymanki

Wyleczył Real z obsesji i zadłużył go po uszy. Rządy legendy były jazdą bez trzymanki
plenglish.com
Autor: Tobiasz Kubocz 6 kwi 2020 | 17:50
Czuł, że jego dzieło nie zostało docenione. Przywrócił chwałę Realowi, przerwał glorię zwycięstw Barcelony, wracał z europejskich wojaży z pięknymi trofeami. A jednak nie zawsze pamiętano go dobrze. Raczej jako skorego do kłótni, stroniącego od spokoju i porządku. Jedno można mu oddać. Ze wszystkich sił walczył o dobre imię „Królewskich”. Już do końca będzie „człowiekiem La Septimy”, siódmego triumfu w Lidze Mistrzów, po 32 latach przerwy. Wspominamy Lorenzo Sanza.
Lato 1996 w Madrycie to okres małej rewolucji. Wszyscy Hiszpanie ten czas zapamiętają jako moment zmiany rządu po blisko czternastu latach panowania socjalistów. Do Palacio de la Moncloa, siedziby gabinetu premiera, wkroczył nowy człowiek, ludowiec Aznar, ale piłkarskie oczy całego świata skierowane były na inny budynek w stolicy Hiszpanii.
Przy ulicy Concha Espina wybrano następcę Ramona Mendozy, dotychczasowego prezesa Realu Madryt. Został nim Lorenzo Sanz, przedsiębiorca i działacz, świetnie obracający się na salonach i politycznych, i biznesowych. Wybory wygrał obiecując jedno: że Puchar Europy wróci na Santiago Bernabeu. A czekali na to w Madrycie już grubo blisko trzy dekady…

Wyjaśnić Barcelonę

Żeby wygrać Ligę Mistrzów, trzeba było się do niej dostać. Tymczasem sezon 1995/96 „Los Blancos” zakończyli na kompromitującym szóstym miejscu. Do tego doszły same porażki na innych frontach. Nowy prezes musiał więc zakasać rękawy i przystąpić do wytężonej pracy. Chełpił się w mediach, że „potrzebuje tylko 24 godzin, żeby pozyskać jakiegoś zawodnika”.
Od razu przystąpił do porządków. Szatnią miał teraz zarządzać sam Fabio Capello, twórca sukcesów Milanu, który kontynuował tam znakomitą robotę wykonaną przez Arrigo Sacchiego. Różnicę odczuło się od razu. Po latach pobłażliwości w stosunku do zawodników przyszedł czas na żelazną dyscyplinę. I na wzmocnienie kadrowe. Do klubu dołączył Predrag Mijatović, co zachwiało dobrymi do tej pory relacjami na linii Real-Valencia. Następnie “Królewskich” wzmocnili: Davor Suker, Clarence Seedorf, Roberto Carlos i Bodo Illgner. Montowała się ekipa z niezwykłymi talentami, jeszcze na długo przed erą „Galacticos”. Tak rodził się projekt „Quinta del Ferrari”, drużyna Ferrari.
- Pokonaliśmy Barcelonę zanim rozpoczął się sezon - mówił w 1996 skarbnik Realu Juan Onieva. - Oni wydali całą kasę na Ronaldo, a my w tym czasie sprowadzaliśmy nieco gorszych, ale tańszych kopaczy - przekonywał.
Sezon zapisał się jako jeden z najbardziej emocjonujących w historii La Liga. Padało wiele oskarżeń o nieczyste intencje z różnych stron. Mijatović krzyczał podczas wywiadów, że sędziowie są marionetkami i nie gwiżdżą oczywistych karnych. Sanz natomiast prowadził otwartą wojnę na słowa z zarządem ligi i prezydentem Barcelony, Joanem Gaspartem.
- Osiągają to, co zamierzał pan Gaspart. Krzywdzą nas w każdym spotkaniu - mówił wyraźnie pobudzony. - To oczywiste, że trwa kampania przeciwko nam i w pewnym momencie uda nam się to odkryć. Być może sędziowie boją się gwizdać, ponieważ czują presję. Płacimy punktami za to polowanie na nogi Mijatovicia - grzmiał na konferencjach prasowych. Sternik „Dumy Katalonii” nie pozostawał mu dłużny, skarżąc się po wizycie na Bernabeu podczas El Clasico, że „prezes Realu lepiej od niego traktuje nawet sprzątaczki”.

„La Septima” urodziła się w chaosie

Ostatecznie podopieczni Capello przerwali okres dominacji Barcelony, choć triumf przyszedł w trudzie i nudnym, beznamiętnym stylu, polegającym najczęściej na długim przerzucie Fernando Hierro do Roberto Carlosa, który dogrywał piłki w pole karne. Co gorsza, Włoch nie zawsze dobrze dogadywał się z prezesem, a kibice mieli dość oglądania topornego futbolu i degradowania Raula do roli lewoskrzydłowego. Przetasowania musiały nastąpić. Niepopularnego Capello zastąpił Jupp Heynckes..
Niemiec wchodził do szatni, którą John Toshack nazwał kiedyś „Bagdadem”, iskrzącym, pełnym niesnasek, większych i mniejszych konfliktów. Trener poluzował smycze, co okazało się zgubne w drużynie potrzebującej silnej osobowości. Obrona tytułu przepadła. Wygrali ledwie 5 z 19 meczów rozegranych u siebie, a najlepszy strzelec Fernando Morientes miał na koncie ledwie dwanaście goli. „El Horror” trwał w najlepsze, ale Sanz czekał z uruchomieniem gilotyny, bo Real wciąż imponował formą w Europie.
W marszu do finału Ligi Mistrzów „Królewscy” przegrali raz i stracili zaledwie pięć goli, a po drodze wyeliminowali m.in. broniącą tytułu Borussię Dortmund. Wieść niesie, że na krótko przed pierwszym gwizdkiem starcia z Juventusem, Sanz zadzwonił do Heynckesa z pytaniem, jak się czuje. - Zatopiony - miał odpowiedzieć niemiecki fachowiec. Jeden z graczy wspominał, że wszyscy w szatni byli „posrani ze strachu”.
Inna legenda mówi, że jeden z synów Sanza, Fernando, obudził się w środku nocy i przekonywał ojca, że Mijatović zdobędzie bramkę przeciwko Juve. Serb leczył kontuzję i powinien siedzieć na trybunach stadionu w Amsterdamie, ale Lorenzo nie chciał igrać z przeznaczeniem i nakazał trenerowi wystawienie go do składu. Prawdopodobnie nigdy w historii klubu nie było ważniejszego gola, niż ten, który padł w 66. minucie za sprawą „Pedji”.
Niektóre raporty szacowały, że na ulicach Madrytu wyszło wówczas około miliona osób. - Nigdy nie widzieliśmy tylu ludzi naraz - wspominał Sanz. - Podczas uroczystości uświadomiliśmy sobie, co zrobiliśmy. Absolutnie niezwykłe uczucie - cieszył się Hiszpan. „La Septima” to pierwszy najważniejszy europejski skalp od ponad trzydziestu lat, od czasów, kiedy klubem przewodził jeszcze legendarny Santiago Bernabeu. Sanz obiecał królowi Juanowi Carlosowi, że wróci do domu z trofeum i przyniesie go do pałacu. Dotrzymał słowa, a później kolejnego. Że będzie „Octava”. Prezes zamknął „pięciolatkę” dwoma triumfami w Lidze Mistrzów, lecz tylko jednym na krajowym podwórku.

Przewrót na Santiago

O ile gracze z radością wrzucali go do wanny pełnej lodu i szampana, o tyle fani i wyborcy odwrócili się do niego plecami. Denerwował ludzi swoją bezczelnością, upodobaniem do kubańskich cygar, gier karcianych i nocnego trybu życia. Nie miał też ręki do trenerów, których zmieniał równie często jak drogie auta. W ciągu swojej kadencji przechodziło przez klub siedmiu szkoleniowców. Wszyscy z dużymi nazwiskami, ale z nie dość twardym charakterem, żeby wygrać z Sanzem.
Do tego „Madridismo” domagało się potężnych indywidualności, „cracków” na miarę wielkości klubu. Tymczasem rekordowym transferem okazał się Nicolas Anelka, który nie wniósł żadnej jakości. Piłkarzy takich jak Suker sprzedawano dla jakichkolwiek pieniędzy, atmosfera się pogarszała, a gdy na Bernabeu zawitał Steve McManaman, Raul ostrzegł go, że teraz „Los Blancos” to „szambo wypełnione kłamstwami, zdradami i złośliwymi szeptami”.
Zbliżały się wybory, a żeby nie było dość problemów, to madrycki klub zmagał się jeszcze z długami, nad którymi nikt nie potrafił zapanować. Wierzytelności sięgały już blisko 300 milionów euro, a kibice żądali coraz więcej i więcej: sukcesów, gwiazd i spokoju wokół drużyny. W społeczności rodził się bunt wzniecany przez błyskotliwego Florentino Pereza, wchodzącego na scenę z ustami pełnych obietnic. - Pozyskam Luisa Figo i stworzę galaktyczny zespół. Zażegnamy też kryzys finansowy i instytucjonalny - mówił podczas kampanii. To wystarczyło. Wygrał stosunkiem głosów 16,469 do 13,302. Teraz Real potrzebował być „Galacticos”.
Sanz ustąpił, ale nigdy się nie poddał. Zawsze podkreślał, że najgorsze oskarżenia, z jakimi stawał twarzą w twarz, są nieprawdziwe i oszczercze. Z trudem zaakceptował porażkę kilka miesięcy po wygraniu Ligi Mistrzów. - Historia przyzna mi rację i umieści mnie na odpowiednim miejscu - powiedział kiedyś. Tym miejscem szczególnym na zawsze w jego pamięci był Amsterdam w 1998 roku. Tamtej nocy rzekł do otaczających go dziennikarzy: Teraz mogę umrzeć szczęśliwy. Umarł 22 lata później. 21 marca 2020 r. Zostawił swój ukochany klub w najlepszym okresie w historii.
Tobiasz Kubocz
Źródło: własne