Ogrywali City, bili się z Juventusem. Tamten Lech był jedną z najlepszych drużyn w historii polskiej piłki

Ogrywali City, bili się z Juventusem. Tamten Lech był jedną z najlepszych drużyn w historii polskiej piłki
Piotr Matusewicz / PressFocus
Autor: Piotrek Przyborowski 22 paź 2020 | 13:24
12 lat temu rozpoczął się być może najlepszy okres w historii Lecha Poznań. „Kolejorz” jako wizytówka Ekstraklasy zapisał się na kartach historii polskiego futbolu dzięki dwóm sezonom w Pucharze UEFA i Lidze Europy. To właśnie do tych sukcesów spróbuje dzisiaj nawiązać ekipa trenera Dariusza Żurawia.
Dwie różne drogi do fazy grupowej. Trzech różnych trenerów. Jeden wspólny mianownik - żądza sukcesu. „Duma Wielkopolski” z okresu 2008-2011 do dziś wspominana jest przez wielu kibiców, nie tylko z Poznania, z nutką nostalgii. Sporo polskich fanów zalicza nawet tamtego Lecha do grona najlepszych drużyn w historii naszej klubowej piłki. Bez wątpienia poznaniacy zaprezentowali się wówczas z dobrej strony na tle naprawdę solidnych europejskich marek. Nie grali kunktatorsko. Starali się zademonstrować ciekawą dla oka, ofensywną piłkę. Bez znaczenia był fakt, czy rywalizowali z odradzającym się Juventusem, czy dopiero wschodzącym na szczyt Manchesterem City. Lech chciał wygrywać. I to naprawdę w wyjątkowym stylu.

Kluczem piłkarze o poznańskim DNA

Kiedy w 2006 roku w wyniku fuzji z Amicą właścicielem Lecha został Jacek Rutkowski, było wiadome, że od tego momentu „Kolejorz” znów będzie w stanie walczyć o najwyższe laury. To właśnie w tym celu do stolicy Wielkopolski został sprowadzony Franciszek Smuda. „Franz” wraz z prezesem Andrzejem Kadzińskim i dyrektorem sportowym Markiem Pogorzelczykiem wylali wówczas fundamenty pod drużynę, która w przyszłości miała jak równy z równym walczyć nie tylko w polskiej lidze, lecz w całej Europie.
- Ten zespół był budowany od 2006 roku. Do Poznania ściągnięci zostali piłkarze o odpowiednim profilu, którzy mieli tego Lecha w sercu. Ta kombinacja wychowanków, piłkarzy wcześniej grających w Amice oraz dobrych obcokrajowców okazała kluczem do sukcesów. Ci piłkarze spoza Polski byli wtedy charakterologicznie skrojeni pod Lecha. Dima [Injac] czy Ivan [Djurdjević] mieli w sobie prawdziwe DNA i tożsamość „Kolejorza” - przyznaje Marcin Kikut, obrońca Lecha w latach 2006-2012.
Dzięki czwartemu miejscu w lidze zespół Smudy w sezonie 2008/2009 przystąpił do eliminacji Pucharu UEFA. Po rozprawieniu się w fazie przedwstępnej z Chazarem Lenkoran i Grasshopper Zurych, w spotkaniu I rundy “właściwej” doszło do legendarnego już starcia z Austrią Wiedeń, które przez samych piłkarzy z tamtej drużyny wspominane jest dzisiaj najmocniej.
- Siedziałem wtedy na trybunach, moje kule latały wokół krzesełka, tak to wszystko przeżywałem. Mimo że ze względu na kontuzję oglądałem ten mecz tylko jako widz, emocje towarzyszące temu spotkaniu były ogromne! - opowiada Kikut.
Gol Rafała Murawskiego w 120. minucie spotkania z Austriakami sprawił, że ostatecznie to Lech wszedł na salony europejskiego futbolu. W grupie H zmierzył się wtedy kolejno z AS Nancy, CSKA Moskwa, Deportivo La Coruna oraz Feyenoordem.
- Kiedy w 2008 roku po tym, jak awansowaliśmy do fazy grupowej, eksperci nie dawali nam zbyt dużych szans na wyjście z grupy. Myślę też, że takim ważnym meczem był ten z Feyenoordem [wygrany przez „Kolejorza” w ostatniej kolejce 1:0], po którym to właśnie wywalczyliśmy historyczny dla Lecha awans do fazy pucharowej - wspomina Jakub Wilk, skrzydłowy Lecha w latach 2005-2013, który w tamtym spotkaniu przeciwko Holendrom rozegrał pełne 90 minut.

„Kikut, rany boskie!”

Lechowi udało się ostatecznie wyjść z grupy z trzeciego miejsca i w 1/16 finału trafił na Udinese. „Zebry” w tamtym czasie były zespołem z naprawdę klasowymi piłkarzami w składzie, takimi jak Alexis Sanchez czy Fabio Quagliarella. Mimo to w pierwszym meczu „Kolejorz” zdołał zremisować u siebie z Włochami 2:2. W rewanżu do przerwy prowadził. Po niej jednak na boisko wyszła już zupełnie inna drużyna, która koniec końców musiała uznać wyższość przedstawiciela Serie A. Ten wygrał 2:1, a do historii przeszedł kiks w doliczonym czasie gry właśnie jednego z naszych rozmówców.
- Przede wszystkim byłem w dużym szoku, kiedy usłyszałem, że wchodzę za obrońcę [Grzegorza Wojtkowiaka]. My przecież wtedy potrzebowaliśmy tego drugiego gola. Wejście nieprzygotowanego zawodnika w końcówce, a musimy pamiętać, że ja byłem wtedy kompletnie nieograny, było chyba jednak błędem. Oczywiście nie chcę w ten sposób się usprawiedliwiać, ale mówię to z perspektywy trenera, którym później przez moment byłem. Sam błąd to chwila nieuwagi, złe przyjęcie, dynamiczne podejście przeciwnika, odbiór i cała reszta konsekwencji. Miałem wtedy duży żal do siebie i byłem na siebie wściekły. Takich błędów nie można popełniać w meczach o tak dużą stawkę. Jak pokazała jednak historia, nie był to ostatni raz, kiedy miałem jakieś kłody pod nogami, ale na szczęście zawsze je pokonywałem - zapewnia Kikut.
Lech z dzisiejszej perspektywy dokonał wtedy rzeczy naprawdę niesamowitej. Dysponując dość wąską kadrą, potrafił nie tylko wyjść z grupy Pucharu UEFA, ale też zdobyć Puchar Polski. Choć długo przewodził też tabeli ligowej, ostatecznie zakończył rozgrywki na dopiero trzecim miejscu, co w Poznaniu przyjęto z rozczarowaniem.
- Byliśmy świetnie przygotowani fizycznie, ale rzeczywiście potem przez nieco okrojony skład tego poweru zabrakło nam nieco w Ekstraklasie. Trzeba jednak pamiętać, że my przecież właściwie cały sezon graliśmy 14 czy 15 piłkarzami! Mimo to byliśmy w stanie grać na pełnych obrotach przez 120 minut - tłumaczy Wilk.

„Del Piero cieszył się, jakby strzelił Milanowi”

W kolejnym sezonie Lech przegrał walkę o fazę grupową inauguracyjnej edycji Ligi Europy w karnych z Club Brugge. Za to już rok później, jako mistrz Polski, po odpadnięciu z eliminacji Ligi Mistrzów (w których notabene doszło do słynnego „Kotor Show” w meczu z Interem Baku) „Kolejorz” zameldował się w prawdziwie ekskluzywnej grupie LE - z Manchesterem City, Juventusem oraz Red Bullem Salzburg.
I zmagania w niej rozpoczął od prawdziwego widowiska na Stadionie Olimpijskim w Turynie. Po heroicznym boju i hattricku Artjomsa Rudnevsa poznaniacy zremisowali na boisku „Starej Damy” 3:3.
- Nigdy nie zapomnę tego, jak odebrałem piłkę Alessandro del Piero, którego w dzieciństwie traktowałem jako wielkiego idola. Wielu z moich kolegów na podwórku pragnęło zresztą zostać drugim Del Piero i w tych naszych gierkach każdy chciał go tam poniekąd do pewnego stopnia naśladować. A mi dane było przeciwko takiemu piłkarzowi zagrać! - wspomina Wilk.
Również Kikutowi spotkanie w Turynie mocno zapadło w pamięć:
- Niech najlepiej o tym, czego dokonaliśmy podczas tego pierwszego meczu w Turynie świadczy fakt, że gdy Del Piero strzelił nam tego gola na 3:2, cieszył się, jakby zdobył go przeciwko Milanowi. Tak piłkarze Juventusu byli wtedy podrażnieni, co jeszcze bardziej podkreśla nas sukces w tamtym starciu.
Na Półwyspie Apenińskim Lechowi nie udało się wtedy wygrać, ale premierowe zwycięstwo “Kolejorz” odniósł już w drugiej kolejce. W wyjątkowym meczu, inaugurującym zmagania w Europie na nowo otwartym Stadionie Miejskim w Poznaniu, zespół ówczesnego mistrza Polski pokonał 2:0 Red Bull Salzburg.
- Było to spotkanie, kiedy wreszcie mogliśmy zagrać przy pełnym stadionie, czyli przy ponad 40-tysięcznej publiczności. Wielu z nas było przyzwyczajonych do takiego natężenia decybeli, bo przecież przed przebudową stadionu w Poznaniu często na meczach pojawiało się te ponad przynajmniej 25 tysięcy widzów. Ten moment wybiegnięcia na 44-tysięczny stadion, na którym przygotowana jest wspaniała oprawa, bardzo zapadł mi w pamięci - opowiada Kikut.
Właściwie każdy mecz w tamtej edycji Ligi Europy wiąże się z osobną historią. Bo nawet, gdy „Kolejorz” przegrywał, jak choćby w pierwszym spotkaniu na wyjeździe z Manchesterem City (3:1 dla Anglików), to chyba wszyscy do dzisiaj pamiętamy Mateusza Borka wykrzykującego „Tshibamba”. Tak jak i kibice na całym świecie doskonale wiedzą już, co znaczy „Let’s All Do The Poznań”. Taniec sympatyków „Dumy Wielkopolski” właśnie po tym spotkaniu został bowiem podchwycony i rozpropagowany przez fanów City, aż w końcu trafił też do słownika Cambridge.
- Ten mecz w Manchesterze, mimo wyniku, był naprawdę wyjątkowy. Kiedy wychodziłem z tunelu z zawodnikami, popatrzyłem wokół siebie, a tam Emmanuel Adebayor, Yaya Toure czy Joleon Lescott. Wtedy doszło do mnie, że znajduję się w gronie naprawdę mega piłkarzy. Do tego wszystkiego murawa wyglądająca jak stół i przeciwnicy, którzy nie tylko wyglądali, ale też grali na najwyższym poziomie - mówi Wilk.

„Nie mogłem uwierzyć, że to nie wpadło”

Lech z grupy śmierci wyszedł z drugiego miejsca i tym razem w 1/16 finału spotkał się z Bragą. Dwumecz ten rozpoczął się jeszcze lepiej dla „Kolejorza”, bo w pierwszym meczu udało mu się wygrać z Portugalczykami 1:0. W rewanżu, podobnie jak w drugiej połowie w Udine, poznaniacy znowu jednak kompletnie się pogubili. Braga zwyciężyła 2:0, w kolejnej rundzie wyeliminowała sam Liverpool, a zatrzymała się dopiero w finale przegranym z Porto.
Lechowi do awansu do 1/8 znów zabrakło naprawdę niewiele. O krok od zostania bohaterem tamtego dwumeczu był Wilk. Piłka po jego uderzeniu w samej końcówce spotkania w Portugalii odbiła się jednak od poprzeczki bramki gospodarzy.
- Wciąż pamiętam tę sytuację. Po meczu na gorąco wciąż zastanawiałem się, dlaczego to wtedy nie wpadło. Piłka leciała idealnie i sądziłem, że wpadnie perfekcyjnie pod poprzeczkę. Wiadomo, że wówczas przeszlibyśmy Bragę i grali w kolejnej rundzie. To naturalne, że żałuje się takich sytuacji, no ale niestety taka jest właśnie piłka - wspomina.

Piękna przygoda, która musi zostać powtórzona

Okres 2008-2011 Lech ostatecznie zakończył z jednym krajowym pucharem, superpucharem oraz mistrzostwem i dwoma świetnymi przygodami w Europie. Przygodami, w których „Kolejorz” był za każdym razem o krok od jeszcze większego sukcesu.
- To była bardzo piękna przygoda, która nie została zmarnowana, ale na pewno nie była wyciśnięta do końca. Powinniśmy wtedy dołożyć do naszej gabloty jeszcze minimum jeden puchar. Czuję, że ten potencjał był trochę większy, niż ostateczne rezultaty. Wiadomo, że jesteśmy jednak bardzo wymagający, już szczególnie w Poznaniu, więc należy też się cieszyć z tego, co udało się osiągnąć. Kawał pięknej historii, wspaniałych wspomnień i dużej wartości dla Lecha, która procentuje do dzisiaj. Ci chłopacy teraz zdają sobie sprawę, że mogą podążyć tą samą ścieżką co my kiedyś. Myślę, że ta historia pokazuje, że mogą dokonać rzeczy wielkich - uważa Kikut.
- Tej drużynie życzę przede wszystkim wyjścia z grupy. Moim zdaniem jest to możliwe. Chciałbym, żeby przebili też te nasze osiągnięcia w postaci dwóch 1/16 finału, bo koniec końców o to w tym wszystkim przecież chodzi! - dodaje Wilk.
Niech więc dzisiaj wieczorem piłkarze „Kolejorza” nawiążą do tego pamiętnego złotego okresu 2008-2011. To właśnie przede wszystkim w ten sposób, a nie poprzez wielkie transfery, są oni w stanie zapisać się na kartach nie tyle co historii klubu, co w sercach jego kibiców.
author picture

Piotrek Przyborowski

Spodobał Ci się tekst tego autora?

Czytaj kolejne
Źródło: własne
STS
1460 PLN

Oferta powitalna 1200 1460 PLN złożona z aż trzech bonusów! 231 PLN zakład bez ryzyka, 29 PLN freebet i 1200 PLN od depozytu. Kod MEGABONUS

Fortuna
2720 PLN

600 PLN bez ryzyka, 20 PLN bez depozytu i 2100 PLN od wpłaty!

Superbet
584 PLN

Z kodem promocyjnym MECZYKI cashback 500 PLN + freebet 34 PLN za pierwszą wpłatę + bonus 50 PLN

Betclic
550 PLN

Cashback 500 550 PLN dla nowych graczy. Kod rejestracyjny: MEGABONUS550

ETOTO
2500 PLN

1500 PLN od pierwszej wpłaty i dodatkowo 1000 PLN w bonusach i freebetach

 

Dyskusja 9

22 paź 2020 | 16:18
0
Dalej się zastanawiam jak to możliwe w jakim miejscu są teraz Juve, Man City i Red Bull Salzburg a gdzie mimo wszystko jest Lech, kiedyś pojedynki jak równy z równym a nawet z Red Bullem były 2 zwycięstwa a teraz obawiam się że 1 punkt byłby sukcesem, niestety ale nasza piłka stanęła i taka prawda. Taki Lech czy Legia to co roku powinny grać minimum w grupie LE robiąc jakieś choćby minimalne postępy a tak to jest jakiś bum, sukces i za chwilę znowu stagnacja
23 paź 2020 | 09:22
0
Naprawde nie wiesz ? Przecież to jest proste:
Czego w polskiej lidze wszystkie kluby sie boją? Spadku. Dlaczego? bo to finansowa śmierć u nas.
Tymczasem Juventus spadl z ligi a po awansie stal sie jej hegemonem. TAM JEST KASA.
To samo w City, Kasy jak lodu w Arktyce. W Salzburg tez zainwestował Red Bull.
Wszędzie tam są wielkie pieniądze, o ktorych taki Lech moze tylko pomarzyć.

Sukces sportowy jeśli ma być trwały musi wynikać z sukcesu ekonomicznego, inaczej będą to jedynie pojedyncze zrywy i nic wiecej. I tak jest wlasnie u nas. Pojedyncze zrywy tak, ciągłość nie. Legia przez moment ją załapała, ale to był tylko moment, jeden taki okre 5 letni i tyle.
23 paź 2020 | 19:59
0
Coś w tym jest niestety ale nie zmienia to kwestii dobrego zarządzania klubem, skoro np Lech czy Legia zarobiły pieniądze powinny je tak zainwestować żeby przynosiło to kolejne sukcesy oraz przychody a nie że wszyscy poszli do przodu a my stoimy w miejscu, mysle ze jakby taki Lech trzymał poziom w Europie to w końcu sponsor z duzą kasą tez by się znalazł
26 paź 2020 | 10:25
0
Ale to nie były kwoty na miare zbudowania klubu na srednim europejskim poziomie. Chociaz oczywiscie, ja uwazam ze zarządzanie u nas lezy i kwiczy, a pieniądze są strasznie marnotrawione. Teraz Lech idzie dobrą sciężką, czyli szkolic mlodych i sprzedawać i rozwijać szkolenie do rozmiarów Ajaxu, to w przyszłosci cos z tego bedzie. Bo jak widać zdolnej mlodziezy nie brakuje, a przy szkoleniu ogólnokrajowym to bedzie tych chłopaków jeszcze więcej i jeszcze lepszych. I wtedy mozna juz kasować sumy, za ktore mozna zbudowac naprawde solidny klub europejski.
26 paź 2020 | 17:11
0
To fakt nie są to kwoty porażające ale jak to mawiają grosz do grosza... np kupić ciekawego młodego zawodnika z perspektywami, a później sprzedać za większe pieniadze, część zaoszczędzić a za część kupić kolejnego młodego perspektywicznego. Łatwo się mówi o szkoleniu młodych ale należy pamiętać że to też nie działa tak że młody się pojawia i od razu wskakuje do składu. Nawet przypadki Puchacza czy Jóźwiaka pokazuje ze zanim stali sie gwiazdami w Lech byli na wypożyczeniach np w Katowicach
22 paź 2020 | 17:35
0
TAK BYŁO NIE KŁAMIE
22 paź 2020 | 14:11
0
? ? ? Co za bałwan napisał te bzdury
22 paź 2020 | 14:34
(Edytowany)
wymień co nie jest faktem ?
0
twoj stary ;]
22 paź 2020 | 15:56
0
ale pojazd
STS
1460 PLN

Oferta powitalna 1200 1460 PLN złożona z aż trzech bonusów! 231 PLN zakład bez ryzyka, 29 PLN freebet i 1200 PLN od depozytu. Kod MEGABONUS

Fortuna
2720 PLN

600 PLN bez ryzyka, 20 PLN bez depozytu i 2100 PLN od wpłaty!

Superbet
584 PLN

Z kodem promocyjnym MECZYKI cashback 500 PLN + freebet 34 PLN za pierwszą wpłatę + bonus 50 PLN

Betclic
550 PLN

Cashback 500 550 PLN dla nowych graczy. Kod rejestracyjny: MEGABONUS550

ETOTO
2500 PLN

1500 PLN od pierwszej wpłaty i dodatkowo 1000 PLN w bonusach i freebetach