Armagedon w wielkim klubie! Nocne komunikaty, kibice są wściekli
Olympique Marsylia od zawsze był beczką prochu, więc najnowszy chaos u wicemistrza Francji nie jest niczym nowym. W klubie nie ma już Roberto De Zerbiego, a prezes Pablo Longoria wylądował na marginesie. W tle są jeszcze wyzwiska fanów malowane na murach i niecodzienne pojawienie się właściciela z USA, dla którego brak awansu do Ligi Mistrzów będzie katastrofą. Nowy trener Habib Beye musi błyskawicznie sprzątać bałagan.
To, jak poplątany jest dziś Olympique Marsylia, pokazuje sytuacja dyrektora Medhiego Benatii. Marokańczyk, który kiedyś grał choćby dla Bayernu czy Juventusu, w niedzielę ogłosił, że odchodzi z klubu, a we wtorek, że jednak zostaje. Przekonał go Frank McCourt, który od 2016 roku finansuje cały ten cyrk. Amerykanin rzadko, wręcz prawie w ogóle nie zagląda na południe Francji, ale w pewnym momencie zadyma zrobiła się tak duża, że musiał przylecieć z gaśnicą. Marsylia ostatni mecz w lidze wygrała miesiąc temu. Porażka 0:5 z PSG wywołała tornado.
Koniec miłości
Przede wszystkim jest to policzek dla Roberto De Zerbiego, który jeszcze niecałe dwa lata temu przymierzany był do Bayernu. Włoch miał swoje pięć minut w Premier League, zachwycał się nim Pep Guardiola, a cała Europa mówiła o wpływie, jaki wywiera na pokolenie młodych trenerów. De Zerbi po Brighton wybrał jednak Marsylię - był to dość dziwny wybór, ale mówiono, że jego ofensywny styl i ekscentryczna osobowość idealnie wpasuje się w tamten klimat. Prezes Pablo Longoria nawet całkiem niedawno opowiadał, że De Zerbi może być dla Marsylii kimś takim, jak Diego Simeone dla Atletico. To nigdy nie była łatwa miłość, ale w poprzednim sezonie przyniosła wicemistrzostwo. Nikt nie sądził, że to wszystko załamie się tak błyskawicznie.
Marsylia jest klubem z gigantyczną historią, klubowym mistrzem Europy z 1993 roku. Od zawsze wzdycha do wielkich chwil i chce grać w Lidze Mistrzów, a to właśnie De Zerbi przywrócił ją po trzech latach do elity. Żaden trener w XXI wieku na Velodrome nie miał tak dobrej statystyki zwycięstw (57 procent). Kiedy w maju 2025 kończył sezon, fotoreporterzy robili mu fotki jak trzyma w ręku racę i świętuje na mieście. Z drugiej strony to on potrafił wściekać się na swojego piłkarza i krzyczeć: “Weź prysznic i dzwoń po agenta”. Jego intensywna osobowość zaczęła tworzyć podziały. Miarka przebrała się w Lidze Mistrzów, kiedy przegrał z Club Brugge 0:3, a potem nie awansował do baraży. Gol Anatolija Trubina w meczu Benfiki z Realem przyspieszył ruchy tektoniczne.
Wieczne zmiany
Już wcześniej De Zerbi miewał konflikty w zespole i napięte relacje z dyrektorem Medhim Benatią. Nie było to nic nowego, biorąc pod uwagę, że wcześniej z Brighton odszedł z powodu “różnic w wizji rozwoju klubu”. De Zerbi jest silną osobowością i indywidualistą. Zawsze chce stawiać na swoim i ciężko znosi sprzeciw. Jego emocjonalny styl zarządzania był dobry na początek, ale z czasem zaczął być ciężarem w chaotycznym środowisku Marsylii. Włoch był ósmym trenerem od 2016 roku, czyli momentu, gdy McCourt przejął klub. W tym czasie Amerykanin miał też pięciu dyrektorów sportowych.
Oczywiście w Europie są gorsze przypadki - np. Genoa od 2016 roku przemieliła 16 trenerów, a we Francji FC Nantes - 13. Niemniej jasne jest to, że Marsylia nie należy do najspokojniejszych klubów na świecie. Inwazje i podpalenia w ośrodku treningowym zdarzały się już wcześniej. Ostatnio po meczu z PSG fani pomalowali mury, a głównym adresatem był prezes Pablo Longoria. Hiszpan jest w klubie od 2020 roku. To za jego kadencji przewinęli się Jorge Sampaoli, Igor Tudor i Marcelino, który prowadził zespół w siedmiu meczach, bo nie zniósł tego mrocznego klimatu. Byli też tu Gennaro Gattuso i Jean-Louis Gasset. De Zerbi wytrwał najdłużej ze wszystkich, bo aż 590 dni. Zwolniony został o godzinie 2:35 - specjalnie, by komunikat klubu wyprzedził notki dziennikarzy.
Policzek dla marki
De Zerbi na własnej skórze przekonał się, czym jest Marsylia. To drugi największy klub Francji. Wielka aglomeracja, gdzie futbol jest religią, a kibice nie przebaczają. Tutaj trener może być bohaterem w poniedziałek i wrogiem w piątek. To tutaj właściciel musi przylatywać aż z Bostonu, żeby gasić pożary w środku sezonu. Choć De Zerbi w pierwszym sezonie odcisnął piętno na Marsylii, to trzeba uczciwie przyznać, że od 2021 dalej niczego nie wygrał. Superpuchar Ukrainy jest ostatnim sukcesem trenera, który w pewnym momencie urósł do rangi topowego w Europie.
W Brighton oczywiście zajął historyczne szóste miejsce i awansował do Ligi Europy. W Marsylii dał Ligę Mistrzów, ale to ciągle nie są stemple na miarę wzrostu jego marki. Teraz mówi się, że może zakotwiczyć we Fiorentinie, jeśli ta utrzyma się w Serie A. Marsylia tymczasem ma dalej pedałować z Habibem Beyem, który był kiedyś piłkarzem na Velodrome. Właściciel McCourt już kilka dni temu szeptał o tym piłkarzom, choć długo nic nie było potwierdzone. Negocjacje zmroziło to, że dyrektor Benatia w niedzielę ogłosił odejście, a we wtorek zmienił zdanie. W czwartek wreszcie udało się dogadać z nowym trenerem.
Nowe porządki
Problemem była też relacja Beye z Rennes, czyli z jego byłym klubem. Francuz został zwolniony 9 lutego, a “Czerwono-Czarni” mieli miesiąc, by wręczyć mu odpowiedni dokument z wypowiedzeniem. Bez tego Beye nie mógł podpisać umowy z nowym zespołem, co mogło wydłużyć czas do prawie połowy marca. Marsylia traci aktualnie pięć punktów do strefy Ligi Mistrzów. Ich sezon nie jest jeszcze przegrany, ale przeciągający się chaos na pewno nie pomaga. Beye ma teraz mniej niż 48 godzin, by przygotować drużynę na piątkowy mecz z Brestem. Na jego liście celów jest nie tylko ratowanie twarzy w lidze, ale też Puchar Francji, którego Marsylia nie wygrała od 1989 roku. Beye jako zawodnik przegrywał finały w 2006 i 2007 roku.
W międzyczasie Longoria rozmawia z właścicielem na temat warunków swojego odejścia. To ewidentnie jest koniec Marsylii, jaką znaliśmy w ostatnich latach. Nadchodzi nowy porządek, choć jedno na pewno się nie zmieni. To zawsze będzie klub niczym pole minowe - kolejne odcinki serialu są kwestią czasu.