Stadion, na którym FIFA zakazała gry. Tam “przewaga własnego boiska” nabiera nowego znaczenia

Stadion, na którym FIFA zakazała gry. Tam “przewaga własnego boiska” nabiera nowego znaczenia
Dmitry Burlakov / Shutterstock.com
Autor: Kacper Klasiński 03 Lip 2022 | 15:10
Są takie miejsca, gdzie gra w piłkę stanowi niesamowite wyzwanie. Najczęściej jednak dodatkowy ciężar meczu na wyjeździe związany jest zachowaniem trybun. Tymczasem reprezentacja Boliwii gra na obiekcie, gdzie każdy boi się przyjechać z powodów… naturalnych. FIFA chciała tam nawet zabronić gry, bo rywale twierdzili, że taka rywalizacja jest niesprawiedliwa. Na Estadio Hernando Siles futbol to bowiem zupełnie inne wyzwanie niż w większości miejsc na świecie.
Jeśli słyszycie o “przewadze własnego boiska”, to najczęściej myślicie o wsparciu gospodarzy przez lokalnych kibiców czy możliwości przygotowania nawierzchni i otoczenia boiska w taki sposób, by sprzyjało ono ich silnym stronom i uwypuklało problemy przyjezdnych. Są jednak takie miejsca, w których określenie to nabiera zupełnie innego znaczenia.
Dalsza część tekstu pod wideo
Jeden z nich to Estadio Hernando Siles, forteca reprezentacji Boliwii. Stadion, kilkanaście lat temu wpisany na krótko przez FIFA na “listę boisk zakazanych”. Dlaczego? Uznano, że może on stanowić zagrożenie dla przyjeżdżających na niego drużyn i dawać niesprawiedliwą przewagę gospodarzom. Nie chodzi tu jednak o żadne brudne zagrywki lokalnych władz czy federacji, a o jego położenie. Jeśli chodzi o futbol reprezentacyjny, jest on bowiem absolutnym unikatem.

Dosłownie “zapiera dech w piersiach”

Dom boliwijskiej reprezentacji to najwyżej położony międzynarodowy stadion piłkarski na świecie. Leży na wysokości 3637 metrów nad poziomem morza. To ponad kilometr wyżej niż polski szczyt Rysów, pod tym względem bliżej mu do Mont Blanc niż Warszawy. Nie trzeba więc chyba tłumaczyć, że mówimy o czymś absolutnie ekstremalnym, co musi wywierać wpływ na ludzki organizm.
3,5 kilometra nad poziomem morza mamy bowiem do czynienia z dużym ryzykiem wystąpienia objawów choroby wysokościowej. Ciśnienie jest zupełnie inne niż w znacznej większości miejsc zamieszkanych przez człowieka. Nieprzyzwyczajone płuca stają się więc mniej wydajne. Każdy, kto nie pojawia się tam regularnie, będzie miał duszności i odczuwał uciążliwy ból głowy, a jego tętno znacznie wzrośnie, żeby wyrównać problemy z mniejszą zawartością tlenu w krwioobiegu. Ludzkie ciało znajduje się poza strefą komfortu, mowa o naprawdę ekstremalnych warunkach.
Na blogu Uniwersytetu Melbourne można znaleźć artykuł o wymownym tytule “Zapierający dech w piersiach futbol Boliwii” - idealnie oddającym wyzwanie, jakie stawiają przyjezdnym mecze na Estadio Hernando Siles. Tam dosłownie “zapiera dech w piersiach”. Po wielu meczach można oglądać zdjęcia zawodników drużyny gości, wspomagających się po spotkaniu aparatami tlenowymi.

Inna gra

49-krotny reprezentant andyjskiego kraju, bramkarz Carlos Lampe opowiadał portalowi “Culture Trip”, że drużyna narodowa stara się wykorzystać nietypowe uwarunkowania swego obiektu.
- Staramy się stale naciskać naszych przeciwników, grać tak szybko, jak to tylko możliwe, aby zabrakło im tchu. Golkiperom rywali trudno przyzwyczaić się do szybkości piłki, więc oddajemy dużo strzałów z dystansu i wrzucamy piłki w pole karne - tłumaczył.
Mniejsza gęstość powietrza sprawia bowiem, że futbolówka zachowuje się inaczej. Opada wolniej po górnych zagraniach, traci mniej impetu. Z uwagi na inne ciśnienie zachowuje się również, jakby była słabiej napompowana, a więc odbija się od murawy na mniejszą wysokość. To powoduje, że łatwo o popełnianie błędów nawet w teoretycznie prostych sytuacjach. W pewnym sensie w piłkę nożną gra się tam po prostu inaczej.
Nikt jeszcze nie znalazł sposobu na przezwyciężenie nietypowych czynników, z którymi trzeba mierzyć się w La Paz. Próbowano różnych rozwiązań. Można przyjechać na mecz wyjazdowy wcześniej, żeby przyzwyczaić się do trudnych warunków, lecz wymaga to co najmniej kilku dni treningów w trudnych warunkach, a i tak nie zagwarantuje stuprocentowej sprawności.
Z drugiej strony mieliśmy zespoły pojawiające się w stolicy Boliwii w dniu meczu, aby piłkarze nie mieli problemów ze snem. Zrobiła tak między innymi Argentyna w 2009 roku - skończyło się przegraną 1:6, gdyż zawodnicy nie potrafili poradzić sobie z obciążeniem fizycznym. Pojawiały się też pomysły stosowania viagry czy kofeiny, lecz żadne nie dawały oczekiwanych efektów.
Problemy dosięgają nie tylko graczy rywali. Również gospodarze żyjący na co dzień w niżej położonych regionach kraju mają problemy. Choć większość Boliwijczyków wywodzi się z ludów andyjskich i przez tysiące lat doszło u nich do zmian ułatwiających funkcjonowanie organizmu na ekstremalnych wysokościach, przygotowanie do gry na ponad 3600 metrach wymaga kilku dni.
- Pierwsze trzy dni są bardzo trudne. Często, gdy gramy w La Paz, trenerzy wystawiają tylko tych, którzy są zaznajomieni z tutejszymi warunkami, a wraz z nimi tylko trzech czy czterech piłkarzy, którzy grają na wybrzeżu lub za granicą - opowiadał Lampe.

Twierdza

Wszyscy chyba dobrze wiemy, że Boliwia nie należy do piłkarskich potęg. To najniżej notowany zespół strefy południowoamerykańskiej w rankingu FIFA. Problem w tym, że na swoim terenie są… zupełnie inną drużyną niż w delegacjach. W XXI wieku wygrali 20 z 48 (czyli prawie 42%) domowych spotkań w Eliminacjach Mistrzostw Świata, przegrywając tylko 16 (ponad 33%). Na wyjeździe w tym czasie nie wygrali w żadnym z 48 podejść i aż 41-krotnie (ponad 85%) przegrywali! Zresztą na wygraną w delegacji w kwalifikacjach do mundialu czekają od 18 lipca 1993 roku!
Kuriozalnie wygląda też historia występów Boliwijczyków na Copa America. Dwukrotnie byli gospodarzami - w latach 1963 i 1997. W obu przypadkach awansowali do finału - pierwszy raz wygrali, za drugą próbą ulegli Brazylii. W pozostałych 18 edycjach od czasu ich jedynego tryumfu wygrali łącznie - UWAGA - pięć spotkań, czyli tyle samo, ile w każdej ze wspomnianych wcześniej edycji. Od momentu zdobycia srebra 25 lat temu odnieśli na mistrzostwach Ameryki Południowej zaledwie jedno zwycięstwo, pokonując Ekwador w 2015 roku (sensacyjnie awansowali wówczas do ćwierćfinału).
Te liczby świetnie pokazują, że domowe podwórko jest dla Boliwijczyków niczym twierdza. Są tam w stanie osiągać kosmiczne wyniki - zagrozić Brazylii czy Argentynie lub nawet je rozgromić, choć te regularnie leją ich na swoim terenie, rywalizować o najważniejsze trofeum na kontynencie w roli gospodarza, choć wszędzie indziej są chłopcami do bicia. Przyzwyczajenie do gry na ekstremalnej wysokości to ich ogromna przewaga, z której skrzętnie korzystają. Kiedyś jednak FIFA chciała im ją odebrać.

Za wysoko grać nie można?

W 2007 roku brazylijska federacja złożyła oficjalną skargę do FIFA, dotyczącą rozgrywania spotkań na dużej wysokości. Wystosowano ją w związku z pojedynkiem Flamengo i boliwijskiego Realu Potosi w Copa Libertadores. Stadion tego drugiego zespołu ulokowany jest na wysokości ponad czterech kilometrów nad poziomem morza. W związku z tym Brazylijczycy po końcowym gwizdku musieli korzystać z aparatury tlenowej.
Piłkarscy dygnitarze z “Kraju Kawy”, pod presją innych krajowych klubów, stwierdzili, że takie sytuacje nie powinny mieć miejsca. FIFA przychyliła się do ich wniosku i w maju 2007 roku zarządziła, że oficjalne mecze pod jej egidą nie mogą być rozgrywane powyżej 2500 metrów nad poziomem morza. Taka decyzja dotknęła nie tylko Boliwii, ale i Kolumbii, Ekwadoru, Peru czy Meksyku. Jak łatwo się domyślić, od razu pojawiły się głosy oburzenia. Federacja zmieniła więc wyrok i po miesiącu przesunęła granicę o pół kilometra wyżej. W efekcie zakaz dotyczył tylko Boliwijczyków.
To jednak niczego nie naprawiło. Skoro wysokość położenia stadionu miała zostać uznana za czynnik sprawiający, że nie można na nim grać, to przecież niedługo ktoś mógł protestować względem temperatury czy wilgotności powietrza. Ciało zarządzające światowym futbolem szybko zrozumiało, że takie ograniczenia mogą mieć poważne konsekwencje i - w gruncie rzeczy - są niesprawiedliwe. Warunki są bowiem takie same dla obu zespołów, nawet jeśli jeden jest do nich przyzwyczajony. Jadąc na mecz wyjazdowy, sytuacja się przecież odwraca.
- Ten, kto wygrywa na tej wysokości, wygrywa z godnością. Ten, kto się jej boi, nie ma jej za grosz - miał powiedzieć po wprowadzeniu zakazu boliwijski prezydent, Evo Morales.
Nazwał też wyrok “futbolowym apartheidem”, rozpoczynając kampanię, mającą na celu zniesienie nowych zasad. W ramach inicjatywy zorganizowano m.in. mecz między legendami reprezentacji Argentyny i Boliwii, w którym zagrał chociażby Diego Armando Maradona. Udało się wpłynąć na szefostwo światowej piłki, a los chciał, że legenda “Albicelestes” sama padła później “ofiarą” ekstremalnej wysokości. To ona prowadziła bowiem narodową drużynę, gdy zaliczyła wspomnianą wcześniej porażkę 1:6.
Wracając do meritum: rok po pierwszym wyroku FIFA oficjalnie odwołała swą decyzję. Estadio Hernando Siles i wszystkie inne stadiony położone ponad 3000 metrów nad poziomem morza wróciły do łask. Wciąż są piłkarskimi ewenementami, a reprezentacja Boliwii to jeden z zespołów o najdziwniejszym bilansie wyników. Ale czy można się dziwić, skoro w ich przypadku “przewaga własnego boiska” to zdecydowanie więcej, niż dla jakiejkolwiek innej drużyny?
***
Przygotowując ten tekst, korzystałem z poniższych źródeł:
The Breathtaking Football of Bolivia, “The University of Melbourne”
author picture

Kacper Klasiński

Spodobał Ci się tekst tego autora?

Czytaj kolejne
Źródło: własne

Dyskusja 18