Thrillery, festiwale goli, klęski FC Barcelony i AC Milanu. Najciekawsze ćwierćfinały w historii Ligi Mistrzów

Thrillery, festiwale goli, klęski Barcelony i Milanu. Najciekawsze ćwierćfinały w historii Ligi Mistrzów
Penacchio / PressFocus
Autor: Mateusz Hawrot 11 sie 2020 | 20:40
Grad goli, strzelone i niestrzelone rzuty karne, dziwne samobóje, wreszcie - niesamowite, piękne bramki. Łzy jednych, radość drugich. Zszokowani piłkarze, trenerzy i kibice. Mecze, które na zawsze zapisały się w historii piłki nożnej. Pościgi na stałe mające miejsce w annałach Ligi Mistrzów. Futbolowe uczty spod znaku najlepszych klubowych rozgrywek na świecie. Ćwierćfinały Ligi Mistrzów były w przeszłości potyczkami wywołującymi gigantyczne emocje.
Z okazji rozpoczynającego się jutro w Niemczech turnieju finałowego Ligi Mistrzów z udziałem ośmiu drużyn, zapraszamy Was na małą podróż w przeszłość. Wybraliśmy cztery najciekawsze ćwierćfinałowe dwumecze w historii rozgrywek, odkąd w 1992 r. przybrały one obecną nazwę. Dwa spotkania rozgrywano w dwóch ostatnich sezonach, ale przeniesiemy się także o odpowiednio 16 i 20 lat wstecz. Do czasów, w których na boiskach czarowały gwiazdy pokroju Rivaldo, Luisa Figo, Andrija Szewczenki czy młodziutkiego Kaki.
Dwumecze ułożyliśmy w kolejności chronologicznej.
***

1. Sezon 1999/00. Chelsea - FC Barcelona 4:6. (Pierwszy mecz: 3:1. Drugi mecz: 1:5 po dogrywce)

Szalony ćwierćfinał, który Chelsea przegrała na własne życzenie. W szeregach londyńczyków brylował wówczas duet Gianfranco Zola - Tore Andre Flo, po drugiej stronie popłoch w ataku siali Patrick Kluivert i Rivaldo, wspierani przez Luisa Figo, którego w kwietniu 2000 r. nikt jeszcze nie uważał za zdrajcę. W obronie u boku Franka de Boera dzielnie walczył 22-letni Carles Puyol, pomoc w ryzach trzymali Pep Guardiola i Phillip Cocu. Nic dziwnego, że eksperci widzieli w Barcelonie głównego kandydata do końcowego sukcesu.
“The Blues” mieli awans na wyciągnięcie ręki już po pierwszych 45 minutach meczu u siebie. Zafundowali Katalończykom blitzkrieg. Po pół godzinie gry pięknego gola z rzutu wolnego strzelił Zola, a w 34. i 38. min. dwie bramki dorzucił Flo. Trafienie na 3:0 było wyjątkowej urody, bo Norweg zaskoczył Ruuda Hespa imponującym lobem. Gdyby Chelsea poszła za ciosem po przerwie, z przyjezdnych być może nie byłoby czego zbierać. A tak Figo dał Katalończykom nadzieję na odwrócenie losów rywalizacji w rewanżu.
“Barca” faktycznie przystąpiła do drugiej potyczki z dużym animuszem, choć na prowadzenie wyszła szczęśliwie, po rykoszecie przy uderzeniu Rivaldo z rzutu wolnego. Gdy wynik podwyższył Figo, Anglicy byli w sporych tarapatach. Pomocną dłoń podał im wspomniany już Hesp, który w tylko sobie znany sposób postanowił podać przy rozgrywaniu piłkę wprost pod nogi Flo. Norweg musiał tylko posłać futbolówkę do pustej bramki. Koszmarny błąd golkipera mógł kosztować Barcelonę awans. Rozwścieczeni podopieczni Louisa van Gaala ruszyli do huraganowych ataków i zmasowanych wrzutek, czy to z boku boiska, czy stałych fragmentów gry. Najpierw na ich drodze stanęła poprzeczka, później słupek, ale finalnie w 83. minucie na 3:1 trafił Dani Garcia.
Do rozstrzygnięcia dwumeczu niezbędna okazała się dogrywka, choć zagubionych londyńczyków mógł dobić Rivaldo. Jeszcze w regulaminowym czasie gry zdołał jednak zmarnować rzut karny, nawet nie trafiając w bramkę. Brazylijczyk zrehabilitował się w stu procentach tuż przed upływem stu minut. Tym razem skutecznie wykonał “jedenastkę” podyktowaną za faul taktyczny Celestine Babayaro, ukaranego za to przewinienie czerwoną kartką. “The Blues” zaczęli tonąć, a zatopił ich w 104. min. Patrick Kluivert. Holender wykorzystał wrzutkę Daniego i głową ustalił wynik na 5:1.
Katalończycy, wbrew powszechnym przewidywaniom, nie sięgnęli ostatecznie po Puchar Mistrzów. W półfinale musieli uznać wyższość Valencii.

2. 2003/04. AC Milan - Deportivo La Coruna 4:5 (4:1 i 0:4)

Dwumecz, o którym ostatnio było głośno przy okazji spadku Deportivo na trzeci poziom rozgrywkowy w Hiszpanii. Wielu kibiców do dziś z utęsknieniem wspomina sezon 2003/04 Ligi Mistrzów, naznaczony fantastyczną grą klubów z drugiego szeregu - “Super Depor”, AS Monaco i FC Porto. Dzisiaj ekipa z Galicji jest niemal na dnie, ale szesnaście lat temu zachwycała całą Europę. Wyeliminowanie Milanu stanowiło wtedy niewyobrażalną sensację. “Rossoneri” liczyli na obronę wywalczonego rok wcześniej trofeum. Mieli fenomenalny skład, z Maldinim i Costacurtą w obronie, z kwartetem pomocników Pirlo-Gattuso-Seedorf-Kaka oraz duetem snajperów Inzaghi-Szewczenko.
A Deportivo? To też nie był zespół z przypadku, prowadzony do sukcesów przez Juana Carlosa Valerona i Waltera Pandianiego. Ale mało kto przypuszczał, że równocześnie zdolny do wyrzucenia za burtę wielkiego Milanu. Szczególnie po pierwszym spotkaniu na San Siro, zakończonym wynikiem 4:1 dla podopiecznych Carlo Ancelottiego. W odpowiedzi na gola Pandianiego, gospodarze zaaplikowali przybyszom z Hiszpanii pokaz dojrzałego futbolu. Na listę strzelców wpisali się: Kaka (dwukrotnie), Szewczenko oraz Pirlo. A wszystko to w błyskawicznym tempie. Cztery bramki. W 45., 46., 49. oraz 53. minucie. Ta ostatnia, autorstwa obecnego menedżera Juventusu, była wyjątkowo wyborna.
Nawet najwięksi optymiści z La Corunii nie mogli się spodziewać tego, co nastąpiło w rewanżu.
Gdy kilka dni później niezawodny Pandiani, przy biernej postawie defensywy Włochów, znów otwierał wynik meczu, goście z Mediolanu nie wydawali się tym zbytnio przejęci. Jakby myśleli, że rewanż po prostu trzeba “odbębnić” i szykować się do półfinału. Srogo się pomylili. Przy drugim golu, którego strzelił Juan Carlos Valeron w 35. minucie., znów zapomnieli o kryciu. A “Depor” nabrało wiatru w żagle. Uwierzyło, że awans jest możliwy. Albert Luque trafił na 3:0 jeszcze przed przerwą po asyście… golkipera, Jose Moliny. To była komiczna bramka, “Rossoneri” wyglądali jak dzieci zagubione we mgle. Fizycznie snuli się po murawie, myślami znajdowali się gdzieś indziej. Nagle to oni musieli gonić rezultat.
Pirlo i spółka potrzebowali jednego gola, ale tego dnia nie wychodziło im zupełnie nic. Kropkę nad “i” postawił rezerwowy Fran Gonzalez atomowym uderzeniem z lewej nogi.
Piłkarski świat przecierał oczy ze zdumienia. Oto skazywane na pożarcie Deportivo w kapitalnym stylu wykonało jeden z najlepszych, najbardziej pamiętnych comebacków w historii rozgrywek. Gdy w półfinale eliminowało ich FC Porto (1:0 w dwumeczu), wielu neutralnych kibiców żałowało, że Hiszpanie nie zmierzą się w bezpośrednim starciu o Puchar Mistrzów.

3. 2017/18. FC Barcelona - AS Roma 4:4 (4:1 i 0:3)

Dokładnie czternaście lat Liga Mistrzów czekała na kolejną drużynę, która na etapie ćwierćfinałów potrafiła w rewanżu odrobić trzybramkową stratę z pierwszego meczu. Możemy się tylko zastanawiać, czy większą sensacją była niesamowita pogoń Deportivo z 2004 r., czy równie imponujący pościg Romy za Barceloną z sezonu 2017/18. Różnica? Niewielka, bo “Giallorossi” nie przypieczętowali sukcesu czwartym golem, tylko zatrzymali się na trzech trafieniach na własnym boisku. Ale po kolei.
Nikt w rzymian nie wierzył. Do 1/4 finału awansowali ledwo, ledwo, tylko dzięki bramkom zdobytym na wyjeździe w rywalizacji z Szachtarem Donieck. Jeśli ktokolwiek miał nadzieje na niespodziankę, to pewnie wyzbył się jej w trakcie potyczki na Camp Nou. Po godzinie gry “Barca” prowadziła 3:0. Może i Roma walczyła, może i postawiła naprawdę niełatwe warunki, ale miała pecha. Najpierw do własnej siatki trafił Daniele De Rossi, a później Kostas Manolas. Po następnym golu, autorstwa Gerarda Pique, miało być po wszystkim. Nawet gdy “Giallorossi” w 80. min. dopięli swego za sprawą Edin Dżeko, to tuż przed końcem regulaminowego czasu gry na 4:1 podwyższył Luis Suarez. “Duma Katalonii” mogła powoli myśleć o półfinale.
W rewanżu “Barca”, tak jak kiedyś Milan, szybko straciła pierwszego gola, bo już w 6. minucie pojedynku w stolicy Włoch. Dżeko wygrał walkę z niemrawymi obrońcami ekipy z Katalonii i wlał w serca kibiców rzymian trochę nadziei. Tamtego wieczoru, dnia 10 kwietnia 2018 r., bośniacki napastnik stał się zmorą Pique. Środkowy obrońca Barcelony na pewno na długo zapamiętał rosłego snajpera. W 57. minucie znów nie potrafił go zatrzymać i tym razem uciekł się do faulu w polu karnym. Jedenastkę na gola zamienił De Rossi. Rywal Romy był już właściwie na deskach, należało go tylko dobić. Marc-Andre ter Stegen dwoił się i troił, broniąc strzały Radji Nainggolana czy Stephana El Shaarawy’ego. Skapitulował dopiero po główce Manolasa. Tym samym obaj autorzy samobójczych trafień z meczu na Camp Nou przeszli pełną rehabilitację. Goście nic nie wskórali. Podopieczni Eusebio Di Francesco zameldowali się w półfinale, gdzie po pełnym emocji dwumeczu odpadli z Liverpoolem.
Comeback Romy okazał się wyjątkowy jeszcze z jednego, istotnego powodu. Do momentu sensacji w Rzymie, Barcelona nie przegrała w tamtym sezonie LM ani razu. W lidze hiszpańskiej też nie miała na koncie choćby porażki. Nokaut zafundowany im przez “Giallorossich” był naprawdę szokujący. A jak nauczyła nas historia, “Blaugrana” nie wyciągnęła żadnych wniosków i rok później roztrwoniła zaliczkę w starciu z Liverpoolem.

4. 2018/19. Tottenham - Manchester City 4:4 (1:0 i 3:4)

I na zakończenie naszego kwartetu wybitnych, pamiętanych ćwierćfinałów, zaglądamy do poprzedniej edycji rozgrywek. Wprawdzie nie mieliśmy do czynienia z wybitnym pościgiem za stratami poniesionymi w pierwszym meczu, ale rewanż na Etihad Stadium z automatu dołączył do panteonu najbardziej niesamowitych spotkań w historii Ligi Mistrzów. O dramaturgię zadbali sędziowie ze wsparciem systemu VAR, lecz głównymi aktorami widowiska zdecydowanie byli piłkarze. I to obu drużyn.
Zwycięstwo Tottenhamu na własnym boisku nie wpłynęło na przewidywania ekspertów przed decydującym starciem. Skromny triumf londyńczyków (1:0) dalej stawiał Manchester City w korzystnej sytuacji, choć Pep Guardiola musiał liczyć się z tym, że każdy kolejny gol “Kogutów” na Etihad mocno komplikuje sprawę awansu jego zespołu. Tego, co działo się między 4., a 21. minutą rewanżu, nie przewidział jednak ani hiszpański menedżer, ani nikt inny.
Po bramce Raheema Sterlinga zanosiło się na udaną pogoń “Obywateli”. Sześć minut później Guardiola łapał się za głowę, bo na tablicy wyników widniało 1:2, po dwóch trafieniach niesamowitego Heung-min Sona. Trener City nie zdołał nawet przekazać podopiecznym wskazówek taktycznych, a ci już wyrównali, za sprawą Bernardo Silvy. A gdy w 21. minucie znów Hugo Llorisa pokonał Sterling, jakąkolwiek logikę trzeba było odrzucić na bok.
Po upływie godziny gry gospodarze po raz pierwszy przechylili szalę zwycięstwa na swoją stronę. Gol Aguero na tamten moment dawał im awans. Przez dokładnie czternaście minut. W 73. min. bramkę zdobył rezerwowy Fernando Llorente. Czy sędzia Cuneyt Cakir słusznie ją uznał? Wydawało się, że potencjalne odbicie piłki ręką sprawdzał na VAR-ze całą wieczność. Ostatecznie zapalił “Kogutom” zielone światło. W doliczonym czasie gry znów arbiter wystąpił w roli głównej. Guardiola i cała ławka City wyskoczyła w szale radości po trafieniu Sterlinga, ale po wideoweryfikacji okazało się, że asystujący Sergio Aguero nie zdążył wcześniej wrócić ze spalonego. Rollercoaster. Szaleństwo. Magia futbolu. I Tottenham w półfinale.
***
Zwolennicy formuły mecz-rewanż w fazie pucharowej Ligi Mistrzów nie muszą się silić na nadmierne argumenty. Wystarczy, że zaproszą osoby mające inne zdanie do zapoznania się z czterema wyżej opisanymi dwumeczami. A przecież emocjonujących ćwierćfinałowych potyczek było na przestrzeni ostatnich kilkunastu lat więcej. Liverpool i Chelsea z 2009 r., Bayern i Manchester United z 2010 r., Borussia Dortmund i Malaga z 2013 r., Barcelona i Atletico z 2016 r., Bayern i Real Madryt rok później. Możliwość odwrócenia losów rywalizacji zawsze otwiera furtkę do tak niesamowitych rozstrzygnięć, jak tych z udziałem Barcelony, Deportivo, Romy, Tottenhamu i innych.
Czy to oznacza, że turniej finałowy, który wystartuje już jutro, jest chybionym pomysłem? Absolutnie nie. Przecież i jedno spotkanie potrafi rozgrzać kibiców do czerwoności. W ciągu najbliższych dwunastu dni życzymy sobie jak najwięcej szaleństw godnych finału LM ze Stambułu w 2005 r. Niech futbol wynagrodzi to nam za tygodnie cierpień w okresie marzec-czerwiec.
***
W ciągu najbliższych kilku dni na naszym portalu będziecie mogli znaleźć kilkanaście różnych tekstów związanych z turniejem finałowym Ligi Mistrzów. Zaczniemy od niezbędnika kibica, który rozjaśni wam choćby najdrobniejszą wątpliwość związaną z regułami nowej formuły pucharowej.
author picture

Mateusz Hawrot

Spodobał Ci się tekst tego autora?

Czytaj kolejne
Źródło: własne
1500 PLN

TYLKO DO KOŃCA WRZEŚNIA! 1500 PLN we wszystkich bonusach, w tym zakład bez ryzyka 231 PLN!

2230 PLN

Zakład bez ryzyka 200 210 PLN + darmowy zakład za 20 PLN + bonus od pierwszej wpłaty 2000 PLN

3100 PLN

"Pakiet Pudziana" w wysokości 3000 PLN na start gry oraz "Siano wraca", czyli 100 PLN bez ryzyka

550 PLN

Cashback 500 550 PLN dla nowych graczy. Kod rejestracyjny: MEGABONUS550

550 PLN

Tydzień bez ryzyka dla nowych graczy w Superbet. Cashback 500 PLN + 50 PLN na start

Dyskusja 5

20 sie 2020 | 15:48
0
młodziutki Kaka? 2 tyg. potem kończył już 22 lata, młodziutki to jest np Ansu Fati
12 sie 2020 | 17:10
0
Deportivo-AC Milan to byly mecze.Do dzis pamietam ta niesamowita pogon pilkarzy La Coruna w rewanzu.A wszyscy ich skreslali po pierwszym meczu.Takie mecze zdarzaja sie rzadko.
11 sie 2020 | 22:27
0
Komentarz usunięty
11 sie 2020 | 23:02
0
Tylko ćwierćfinały, czytaj ze zrozumieniem
11 sie 2020 | 22:13
0
Chelsea Liverpool 7:5 (4:4; 3:1) w 2009 roku. To były mecze!
1500 PLN

TYLKO DO KOŃCA WRZEŚNIA! 1500 PLN we wszystkich bonusach, w tym zakład bez ryzyka 231 PLN!

2230 PLN

Zakład bez ryzyka 200 210 PLN + darmowy zakład za 20 PLN + bonus od pierwszej wpłaty 2000 PLN

3100 PLN

"Pakiet Pudziana" w wysokości 3000 PLN na start gry oraz "Siano wraca", czyli 100 PLN bez ryzyka

550 PLN

Cashback 500 550 PLN dla nowych graczy. Kod rejestracyjny: MEGABONUS550

550 PLN

Tydzień bez ryzyka dla nowych graczy w Superbet. Cashback 500 PLN + 50 PLN na start