Widzew wraca na salony. Lata upokorzeń, śmiechu i żartów już za nim. "Były zgliszcza, zostali tylko kibice"

Widzew wraca na salony. Lata upokorzeń, śmiechu i żartów już za nim. "Były zgliszcza, zostali tylko kibice"
własne
Autor: Jan Piekutowski 24 maj 2022 | 13:52
Gdyby Widzew Łódź w minioną niedzielę nie awansował do Ekstraklasy, świat pewnie by się nie zawalił. Przynajmniej nie ten w sensie ogólnym, bo przecież ten kibiców czterokrotnego mistrza Polski z pewnością zatrząsnąłby się w posadach. Jednakże jeśli w istocie istnieje katharsis, a po każdej burzy wychodzi słońce, Widzew na polskie salony wrócić musiał. To opowieść o ostatnim dniu tego wycieńczającego procesu.
W sezonie 2013/14 Widzew Łódź ostatecznie spadł z Ekstraklasy. Był to początek olbrzymich kłopotów łodzian, gdyż w kolejnych latach doszło nie tylko do pożegnania z 1. ligą, ale też de facto do zakończenia działalności klubu w jego dotychczasowym kształcie. Wieloletnia konstrukcja runęła, na miejscu dawnego giganta, do którego wciąż miłością nieskalaną pałali liczni kibice, nie było właściwie niczego. Były zgliszcza.
Dalsza część tekstu pod wideo
W 2015 roku spółka RTS Widzew Łódź SA upadła, a na jej miejsce powołano nowy podmiot - Stowarzyszenie Reaktywacja Tradycji Sportowych Widzew Łódź. Drużyna nie miała prawa do używania tradycyjnego herbu, większość zawodników - rzecz zrozumiała - rozpierzchła się po Polsce. Niemal jedynym podmiotem, poza niezłomnym Princewillem Okachim, który wciąż trwał przy klubie, byli kibice.
To kibice stworzyli nowy Widzew, zasiadając w jego zarządzie. To kibice grali wtedy w barwach upadłego klubu. Wreszcie - to kibice jeździli za Widzewem wszędzie, nawet jeśli wszędzie było maleńkim Żarnowem, przycupniętym w ogólnopolskim niebycie znajdującym się między Kielcami a Łodzią.
Miarą wydarzeń dotyczących ówczesnych zawirowań Widzewa niech będzie właśnie ten lipcowy wyjazd do Żarnowa. Drużyna, która jeszcze kilkanaście miesięcy wcześniej rywalizowała z najlepszymi ekipami w Polsce, teraz przyjeżdżała na sparingowe spotkanie na wsi. Obrazkiem, który przeszedł do historii z tamtego dnia nie jest żadna bramka, która padła w meczu z Lechią Tomaszów Mazowiecki. Obrazkiem tamtego dnia są kibice, którzy na maleńkim stadionie w Pilichowicach, gdzie dookoła spotkać można było więcej krów niż miejsc siedzących, zgromadzili się tak tłumnie, jak gdyby przyjechała tam sama FC Barcelona.
Dla lokalnej społeczności było to wydarzenie właśnie takiej rangi. Pojawili się niemal wszyscy - kto mógł, ten samochodem. Inni rowerami, najbardziej zdeterminowani pieszo. Młodzi, starzy, piękni, brzydcy, wegetarianie, mięsożercy, wysocy, niscy, kobiety, mężczyźni, wyliczać można bez końca. Najważniejsze jednak nie jest to, kim byli w sensie ogólnym, lecz to, co ich łączyło. Łączył ich Widzew, co pozostało niezmienne nawet po blisko siedmiu latach.
Gdy 22 maja 2022 roku znacznie większe tłumy zgromadziły się na przy Sercu Łodzi, oczom ukazywały się te same twarze, które były obecne też w Pilichowicach. W ciągu tych kilkudziesięciu miesięcy zmieniło się wszystko, klub przeszedł niesamowitą drogę. Nie zmienili się jednak kibice, a przynajmniej ten mały odsetek z nich. Nie zmienili się nie tylko dlatego, że ich twarze mógłbym rysować z pamięci po latach spędzonych razem na podwórku, lecz dlatego, że ich miłość do Widzewa nie wygasła. Bo to nie jest coś, co porzucić można i dotyczy to nie tylko Żarnowa.

***

28 kwietnia 2022 roku.
Nieświadomy niczego zamawiam Ubera, który ma mnie zawieźć pod Teatr Nowy w Łodzi. Nieświadomy niczego, bo pobliski adres wskazała moja partnerka, a ja mimo tego nie domyśliłem się, gdzie i dlaczego właśnie zostałem zaproszony. Nim jednak zacznie się "Seks dla Opornych" w reżyserii Pawła Pitery, muszę jakoś się tam dostać. Zatem Uber.
- Ogląda pan czasami piłkę? - słyszę zaraz po otworzeniu drzwi do taksówki.
- No tak, zdarza się.
- To powiem panu, że ja ich wszystkich kiedyś pozabijam! Pozabijam ich, zanim oni wykończą mnie! Ja już naprawdę nie mam siły - rzuca mój rozmówca, mimo że znamy się jakieś 43 sekundy.
- Kogo, jeśli wolno zapytać?
- Piłkarzy proszę pana, piłkarzy! Jest pan za ŁKS-em? - kręcę głową. - Nie? To znakomicie. Piłkarzy Widzewa mam już dość, proszę pana. Naprawdę nie mam siły do tego klubu, może pan mi pomoże znaleźć odpowiedź na moje pytanie. Jak to jest, że zespół, który zarabia takie pieniądze, który ma taki stadion, i który ma takich kibiców nie jest w stanie awansować do Ekstraklasy, nie jest w stanie zremisować nawet z Koroną - ciągnie taksówkarz.
- Wydaje mi się, że to złożony problem, bo przecież Widzew na początku sezonu...
- Nie! To nie jest złożony problem. Tu chodzi o pieniądze. Ja mam wrażenie, że w Widzewie jest jakaś grupa w szatni, nie wiem, może pod przewodnictwem Marcina Robaka, i oni się boją, że jak awansują do Ekstraklasy, to będą musieli mieć nowe kontrakty, które już nie będą tak atrakcyjne - snuje teorie pan Paweł.
- Oczywiście, pieniądze w klubie są wysokie, pewnie już teraz na poziomie Ekstraklasy, ale nie sądzę, żeby tak to mogło wszystko przebiegać.
- A ja już po prostu nie wiem. Nie wiem, proszę pana, naprawdę nie wiem. Po prostu, jeśli teraz im się nie uda, to powiem panu jedno - oni nie zasługują na tych kibiców. O, dojechaliśmy, proszę uważać, jak będzie pan wysiadał, bo tutaj jest naprawdę wąsko - żegna mnie mój kierowca.
Faktycznie, na Zachodniej w Łodzi jest wąsko. Niemal tak wąsko jak w Fortuna 1. Lidze, gdzie Widzew po porażce z Koroną jest trzeci i ma jeden punkt straty do wicelidera, którym jest Arka Gdynia.

***

22 maja 2022 roku.
W tabeli Fortuna 1. Ligi dalej jest ścisk, lecz dla kibiców Widzewa ma on już inny wymiar. Tym razem do łodzianie zajmują drugie miejsce i mają jedno "oczko" przewagi nad Arką. O bezpośrednim awansie do Ekstraklasy ma zatem zadecydować spotkanie z Podbeskidziem Bielsko-Biała. Warunek, który stawiają sobie wszyscy zgromadzenia dookoła Serca Łodzi jest prosty - drużyna nie może osiągnąć wyniku gorszego niż podopieczni Ryszarda Tarasiewicza.
Ponownie moje spotkanie z Widzewem zaczyna się od taksówki. Ponownie zostaję upolowany jeszcze zanim zdążę wygodnie usiąść na tylnej kanapie.
- O 12:40, tak? - zaczyna kierowca.
- Mecz tak, ale ja wolałbym dotrzeć tam wcześniej - odpowiadam z uśmiechem.
- Nie ma najmniejszego problemu. Pojedziemy tylko nieco inną drogą, bo kibiców i policji już jest tyle, że nie mam jak się przecisnąć - słyszę.
- A pan za kim jest? - pytam, ryzykując nieco, bo przecież gdyby za ŁKS-em, to zamiast na Piłsudskiego mógłbym zostać wywieziony gdzieś na Bałuty.
- Za Widzewem, oczywista kwestia.
- I jak odczucia? Bo jak czytałem i rozmawiałem z kilkoma osobami, to wrażenia są nieszczególne - pytam.
- Tak? To ja jestem bardzo spokojny. Oni to muszą zrobić. Dla nas, dla kibiców. Oni zasłużyli na ten awans.
Dojeżdżamy pod Serce Łodzi, chociaż precyzyjniej byłoby to określić jako okolice Serca Łodzi. Teren dookoła stadionu Widzewa to granatowo-czerwone morze, które faluje bez żadnego rytmu, faluje emocjami i śpiewami. Fauluje w rytm stukotu końskich kopyt, uryny lejącej się na zamknięty monopolowy, wesołych okrzyków dzieci, klaksonu taksówek, które zawracają na nieprzyzwoicie małej przestrzeni. Faluje razem z kibicami, którzy zgromadzili się tak tłumnie, że wygodniej iść z nimi ramię w ramię, niż próbować się przeciskać i kluczyć w wolnych przestrzeniach.
Do rozpoczęcia meczu z Podbeskidziem pozostała jeszcze grubo ponad godzina, ale Widzew już jest. Trybuna pod Zegarem też już zgłasza swoją obecność, bo gdy kieruję się w stronę Wejścia Szóstego, słyszę doping, który nieść może ze sobą tylko jeden sektor łódzkiego stadionu.

***

22 maja 2022 roku.
- Powiesz mi to przed kamerą? - pytam Bartka, jednego z kibiców Widzewa, jednego z tych, którzy kilka lat temu byli w Pilichowicach.
- Nie no, może lepiej nie - uśmiecha się do mnie.
Milczymy chwilę, stojąc przed Sercem Łodzi i patrząc na ludzi, którzy kłębią się przy bramkach.
- Nie no, jak nie awansujemy to ja się popłaczę - zaczyna nagle, a ja nagrywam, bo wiem, że bez tego nie zapamiętam tego zbliżającego monologu i jego tempa. - Miłość do Widzewa to jest miłość dozgonna, ale nieodwzajemniona. Mam wrażenie, że ten klub od dawna robi mnie w wała, najbardziej pod względem sportowym. My z siebie tutaj dajemy wszystko, na tej trybunie, pod Zegarem, i to od x czasu. A piłkarze... piłkarze nie dorównują nam poziomem - rzuca.
- A jak wrócicie do Ekstraklasy to twoje podejście się zmieni?
- Oczekiwania w Łodzi są zawsze na wygórowanym poziomie. Nawet jak będzie awans, to i tak ktoś będzie narzekał, że poziom nie ten, że styl nie ten, że szczęście. Ale dzisiaj liczy się tylko jedno, my to musimy zrobić.
- Podejrzewam, że w wypadku wygranej wtargnięcie na boisko będzie miało jednak inny charakter niż w wypadku porażki.
- Bartek Pawłowski... zdzieram dzisiaj z ciebie ceratę - kończy mój rozmówca.
Bartek zdania dotrzymał. Przynajmniej częściowo. Na boisko faktycznie wbiegł, pewnie jakieś trzy razy, ale - na szczęście - koszulka zdobywcy pierwszej bramki pozostała na jego ciele. Bo Widzew koniec końców wykonał swoje zadanie i zrobił coś, na co jego kibice faktycznie zasługiwali.

***

24 maja 2022 roku.
Duża część z nas nie pamięta silnego Widzewa Łódź. Bo kiedy Widzew ostatni raz był naprawdę silny? W latach 90.? Pod względem zwyczajowego biegu czasu są to lata temu, nie mówiąc już o piłkarskim terminarzu, który każe traktować te wydarzenia jako futbolową prehistorię. Inaczej jednak kwestia ta wygląda pod względem sportowym, a inaczej jeśli idzie o kibiców.
Teraz, po kilku dniach od powrotu Widzewa Łódź na europejskie salony, nadal nikt szczególnie nie zaprząta sobie głowy tym, w jakim stylu klubowi przyszło do tej upragnionej Ekstraklasy awansować. Na to wszystko przyjdzie jeszcze czas, kwestii tej nie można zbagatelizować, lecz najbliższe tygodnie, może nawet miesiące, kibice Widzewa spędzają w bańce, dzięki której unoszą się wysoko nad ziemią.
Serce Łodzi w minioną niedzielę wynosiło się w sposób zbliżony. To nie był mecz, który miał sektor rodzinny. Tam wszyscy zgromadzili się w jednym celu i końcowe minuty starcia z Podbeskidziem każdy, absolutnie każdy oglądał na stojąco. Ktoś może powiedzieć, że to kwestia normalna, szczególnie, gdy osiągasz historyczny sukces, lecz wrzawa ze strony fanów Widzewa była wrzawą zrodzoną nie tylko ze szczęścia, ale też lat bólu, tułaczki po zakamarkach polskiego futbolu. Po latach upokorzeń, śmiechu i żartowania, że Widzew znowu - znowu na tej ostatniej prostej - ostatecznie nie dał rady, przyszło katharsis. Kibicowskie oczyszczenie, w ramach którego piłkarze oraz działacze utonęli w rękach kibiców.
- Dla mnie to dzień jak co dzień - powiedział Janusz Niedźwiedź, którego spotkałem w korytarzu stadionu zaraz po końcowym gwizdku.
- To porozmawiamy chwilę?
- Nie, nie dzisiaj, żartuję sobie. Idę do rodziny na górę świętować, mamy to! - rzucił trener Widzewa i uściskiem dłoni pożegnał mnie przy windzie.
Tak, dla kibiców Widzewa Łódź to zdecydowanie nie był normalny dzień. To był dzień, który w ich pamięci zapisze się na długo. Na tych kilka chwil wróciły wszystkie wspomnienia o Wielkim Widzewie, który w Polsce liczył się nie tylko pod względem kibicowskim. Jednocześnie nie można powiedzieć, aby był to dzień, który tchnął wiarę w serce kibiców czterokrotnego mistrza Polski. Ta wiara była tam zawsze, nawet gdy przychodziło mierzyć się na sparingach w Żarnowie.
Jednym z najsłynniejszych cytatów z pierwszego "Blade Runnera" jest wypowiedź androida granego przez Rutgera Hauera: Wszystkie te chwile znikną w czasie jak łzy w deszczu. I chociaż w tej improwizowanej scenie postać z uniwersum Ridleya Scotta głosi prawdę uniwersalną, wszak była świadkiem statków szturmowych w ogniu sunących nieopodal Pasu Oriona i oglądała promieniowanie skrzące się w ciemnościach blisko wrót Tannhausera, to w wypadku 22 maja 2022 roku cytat ten, przynajmniej w moim sercu, nie ma racji bytu.
Widzew Łódź osiągnął rzecz monumentalną i odrodził się niczym feniks z popiołów. To już nie jest piękna tragedia, którą tak ukochał sobie ten zasłużony klub. To już jest samo piękno, którego skalę najlepiej oddaje tytuł genialnego filmu Sorrentino z 2013 roku lub - trzymając się naszych realiów - ten krótki cytat z Leszka Milewskiego. Bo czasami jedno słowo znaczy wszystko.
author picture

Jan Piekutowski

Spodobał Ci się tekst tego autora?

Czytaj kolejne
Źródło: własne