Paraliż w PKOl. Prezes może rządzić nawet z aresztu

Radosław Piesiewicz został zatrzymany przez służby w związku ze śledztwem w ws. Zondacrypto. Polskiemu Komitetowi Olimpijskiemu, któremu szefuje, grozi paraliż.
Piesiewicz został zatrzymany przez Centralne Biuro Zwalczania Cyberprzestępczości na zlecenie krakowskiego wydziału Prokuratury Krajowej. Wcześniej WP i TVN24 podały, że prezes PKOl przyjął drogi zegarek od szefa Zondacrpto Przemysława Krala. W zamian deklarował m.in. wsparcie u byłego premiera Mateusza Morawieckiego.
Działalność Piesiewicza obciąża wizerunek PKOl. Jego kadencja wygaśnie dopiero w kwietniu przyszłego roku. Wewnętrzna opozycja próbuje usunąć go ze stanowiska, ale nie jest w stanie niczego zdziałać. Piesiewicz zignorował wniosek 82 organizacji sportowych o zwołanie Nadzwyczajnego Walnego Zgromadzenia, na którym mógłby zostać odwołany.
Sytuacja jest skomplikowana, bo - jak przekonuje Otylia Jędrzejczak, prezes Polskiego Związku Pływania i wiceprezes PKOl, Piesiewicz mógłby kontynuować swoje rządy nawet z aresztu. Zgodnie ze statutem zarząd nie może działać bez prezesa.
- Jestem zaniepokojona, bo sytuacja w PKOl-u wygląda na mocno patową. Nie możemy nawet zwołać zarządu, by przedyskutować tę sprawę, bo wyłączne prawo zwoływania zarządu przysługuje prezesowi lub wyznaczonemu przez niego wiceprezesowi. Według mnie żaden z wiceprezesów nie został wyznaczony. Jako wiceprezesi nie mamy żadnych kompetencji nawet do zwołania zarządu i podjęcia jakichkolwiek działań - tłumaczyła Jędrzejczak w rozmowie z WP Sportowe Fakty.
- Statut PKOl-u znów okazał się dziurawy, bo w teorii nawet prezes zatrzymany i przebywający w areszcie normalnie może pełnić swoją funkcję. Argument do jego odwołania daje jedynie skazanie go - dodała.
Piesiewicz wielokrotnie podkreślał, że nie zamierza podawać się do dymisji. Możliwe zatem, że straci stanowisko dopiero w wyniku wygaśnięcia kadencji.