Co za spektakl w finale NBA. Sochan zagrał na oczach Trumpa

Słynna hala Madison Square Garden pękała w szwach, na trybunach był sam Donald Trump, ale New York Knicks przegrali 111:115 z San Antonio Spurs w trzecim meczu finałów NBA. Jeremy Sochan pojawił się na parkiecie, ale był na nim wyjątkowo krótko.
We wcześniejszych spotkaniach koszykarze Knicks byli lepsi od rywali. Wygrali dwa wyjazdowe mecze i we własnej hali chcieli wykonać kolejny krok w kierunku upragnionego tytułu.
Madison Square Garden gościła finał NBA po raz pierwszy w XXI wieku. Na trybunach zasiadł między innymi sam prezydent USA, Donald Trump.
Pierwsza kwarta należała do gości, którzy wygrali ją 33:22. W drugiej lepsza o 18 "oczek" była ekipa Knicks, która prowadziła dzięki temu 64:57.
Święto nowojorskich fanów zepsuli jednak Victor Wembanyama oraz Stephon Castle. Ten pierwszy rzucił aż 32 punkty i był najskuteczniejszym zawodnikiem meczu.
Dzięki wspomnianej dwójce San Antonio Spurs wygrało 115:111 i zmniejszyło straty w całej serii. Po trzech meczach koszykarze Knicks prowadzą 2:1 w rywalizacji do czterech zwycięstw.
Na parkiecie w Nowym Jorku pojawił się Jeremy Sochan. Reprezentant Polski odegrał jednak marginalną rolę w całym meczu - zagrał jedynie przez dziesięć sekund.