Ogromne męczarnie Anglików. Wtedy nadeszła 47. minuta meczu

Reprezentacja Anglii zdominowała Nową Zelandię, lecz kibice obejrzeli zaledwie jedną bramkę. Tuż przed przerwą trafił Harry Kane.
Ostatnie mecze nie przebiegały po myśli reprezentacji Anglii, która potykała się z Urugwajem (1:1) i Japonią (0:1). Szansa powrotu na właściwe tory nadarzyła się w sobotę, przy okazji starcia z Nową Zelandią.
Zgodnie z przewidywaniami na boisku stroną zdecydowanie groźniejszą byli podopieczni Thomasa Tuchela. Długo nie potrafili jednak sforsować defensywy rywala. Zaraz po pierwszym gwizdku blokowane były bowiem uderzenia Jordana Hendersona, Johna Stonesa i Harry'ego Kane'a.
Przy odrobinie lepszym wykończeniu na miano bohaterów faworyta mógł zapracować duet z Aston Villi - Ollie Watkins i Morgan Rogers. Ich strzały przelatywały jednak minimalnie nad bramką rywali.
Nowozelandzka obrona finalnie została rozmontowana dopiero w doliczonym czasie pierwszej połowy. Na listę strzelców wpisał się Harry Kane, który wykorzystał dobrą wrzutkę od Djeda Spence'a.
W przerwie meczu Tuchel całkowicie wymienił skład i posłał do boju aż 11 świeżych graczy. Roszady szybko przyniosły efekt. Zaraz po wyjściu z szatni mogło być 2:0, ale tylko w słupek trafił Dan Burn.
Anglia nie zwalniała tempa i kreowała sobie kolejne okazje. W mur z rzutu wolnego uderzył Reece James. Do groźnej sytuacji doszedł też Ivan Toney, ale chwilę wcześniej został złapany na spalonym. Zablokowany przez defensora rywali został natomiast Jude Bellingham.
Na przestrzeni całego meczu Anglicy oddali aż 23 strzały, lecz tylko jeden z nich trafił do siatki. Anglia finalnie ograła Nową Zelandię 1:0.