Leśnodorski broni Żewłakowa. Zdradził kulisy. "Realny wpływ był znacznie mniejszy"

Michał Żewłakow rozstał się niedawno z Legią Warszawa. W obronie byłego dyrektora sportowego "Wojskowych" w rozmowie z Tomaszem Ćwiąkałą stanął były właściciel Legii, Bogusław Leśnodorski.
Zdaniem dawnego prezesa Legii Żewłakow nie miał decydującego wpływu na decyzję o zatrudnieniu Edwarda Iordanescu. Leśnodorski uważa wręcz, że gdyby to były reprezentant Polski miał ostatnie słowo, powierzyłby zespół innemu trenerowi.
- Wiele mówi się też o Michale Żewłakowie. Problem polega na tym, że brał na siebie odpowiedzialność za niepowodzenia i występował publicznie jako twarz projektu. W efekcie wielu ludzi uznało, że miał decydujący wpływ na wszystko, co działo się w klubie. Moim zdaniem rzeczywistość wyglądała inaczej. Jego realny wpływ był znacznie mniejszy, niż mogło się wydawać - powiedział Leśnodorski.
- Choćby kwestia wyboru trenera Iordanescu. Jestem przekonany, że gdyby wszystkie decyzje zależały od Michała, to wybrałby innego trenera. Ostatnio sporo z nim rozmawiałem i mam wrażenie, że zdobył perspektywę, której wcześniej sam się nie spodziewał. Myślę, że za jakiś czas bardzo ciekawie byłoby posłuchać jego szczerej rozmowy o tym okresie - podkreślił.
Leśnodorski uważa, że Żewłakow wykonał sporo dobrej pracy jako dyrektor sportowy Legii. Jednocześnie zwraca uwagę na to, iż były reprezentant Polski miał ograniczone możliwości finansowe.
- Warto też pamiętać, że za jego kadencji Legia sprzedała piłkarzy za blisko 20 milionów euro. Były transfery, które można uznać za bardzo udane, a klub odniósł z nich wymierne korzyści finansowe - sprzedaż Kapuadiego za taką kwotę to kosmos, wcześniej była dobra suma za Ziółkowskiego. Problem w tym, że mimo wpływów z transferów i gry w europejskich pucharach nie było widać, aby te środki zostały odpowiednio zainwestowane w drużynę. Trudno dziś jednoznacznie powiedzieć, gdzie dokładnie trafiły te pieniądze. To właśnie dlatego poziom frustracji i możliwości działania był w jego przypadku ograniczony - przyznał.
- Zresztą nie da się oszukać rzeczywistości. Żaden dyrektor sportowy nie jest magikiem. Nie da się regularnie sprzedawać zawodników za pięć milionów euro i zastępować ich lepszymi piłkarzami za milion. Tak piłka nożna nie działa. Jeżeli sprzedajesz zawodnika za pięć milionów euro, to musisz zakładać, że piłkarz kupiony za milion będzie zwyczajnie słabszy. Tym bardziej że na europejskim rynku transferowym różnica między jednym a trzema milionami euro często nie ma większego znaczenia. To są kwoty, które nie pozwalają konkurować o naprawdę jakościowych zawodników - zakończył.
