Miał być następcą legendy Legii. Przetrwał w klubie cztery miesiące. "Absurdalny ruch"

Był ściągany do Legii Warszawa jako potencjalny następca Artura Boruca. Nie zdołał jednak zastąpić legendy nawet w kilku procentach. Richard Strebinger klub opuścił w try miga. Szkoda gadać.
Richard Strebinger rozpoczynał karierę w ojczyźnie. Już wtedy przewidywano mu solidną karierę. Potwierdzeniem tego było zainteresowanie ze strony uznanych klubów. Koniec końców w wieku 15 lat bramkarz przeprowadził się z Austrii do Niemiec. Został nowym piłkarzem Herthy Berlin.
W następnych latach golkiper przeszedł przez kolejne szczeble młodzieżowe. W 2010 roku został etatowym graczem drugiego zespołu. Miał nadzieję, że z czasem uda mu się zadebiutować w pierwszej drużynie. Tak się jednak nie stało. Wobec tego w 2012 roku Strebinger odszedł z klubu.
Zawodnika ściągnął Werder Brema, który potrzebował uzupełnić skład. Strebinger został pierwszym bramkarzem rezerw i trzecim golkiperem ekipy rywalizującej w Bundeslidze. W sezonie 2014/15, w wieku 21 lat, zadebiutował w najwyższej klasie rozgrywkowej. W dwóch starciach zmienił pomiędzy słupkami kontuzjowanego Raphaela Wolfa.
Po debiucie postanowił znowu zmienić otoczenie i poszukać regularnej gry. Pozostałą część kampanii 2014/15 spędził na wypożyczeniu do Jahnu Ratyzbona. W trzeciej klasie rozgrywkowej radził sobie nienajgorzej. Klub nie zdecydował się jednak na wykupienie go. W związku z tym po kilku miesiącach Strebinger znalazł się w punkcie wyjścia.
Koniec końców na sprowadzenie go zdecydował się ojczysty Rapid Wiedeń. Wyłożył za niego pół miliona euro. Bramkarz odpłacił się za zaufanie. Wskoczył do podstawowego składu praktycznie od początku i przez kilka lat właściwie nie oddawał w nim miejsca. Z gry wykluczały go tylko nawracające urazy pleców, z którymi mierzył się wcześniej.
W klubie spędził siedem lat. Wystąpił w dziesiątkach meczów austriackiej ekstraklasy i Pucharu Austrii. Występował też w eliminacjach Ligi Mistrzów, eliminacjach Ligi Europy i samej Lidze Europy. W międzyczasie zadebiutował w reprezentacji. W 2018 roku zanotował jedyny występ w kadrze, zachowując czyste konto w sparingu Austrii z Danią.
Na stałe na boczny tor musiał usunąć się dopiero w rozgrywkach 2021/22. Wówczas przez kilka miesięcy borykał się z problemami zdrowotnymi. Po powrocie do treningów nie wrócił do pierwszej jedenastki. Stało się jasne, że albo zaakceptuje rolę rezerwowego gracza, albo poszuka sobie nowej ekipy.
Koniec końców uwagę na niego zwróciła Legia Warszawa. Ściągnęła go za darmo w lutym 2022 r., dostrzegając w nim następcę Artura Boruca. Eksperci ocenili jednak ten ruch jako średnio zasadny, wręcz absurdalny, biorąc pod uwagę, że o miejsce między słupkami rywalizowali wówczas również Cezary Miszta i Kacper Tobiasz.
Legia miała jednak z niego jakiś pożytek. Po sześciu spotkaniach spędzonych na ławce rezerwowych Strebinger doczekał się sześciu meczów rozpoczętych w podstawowym składzie. Wpływ na to miały zawieszenie Boruca, okropna dyspozycja Miszty oraz kontuzja Tobiasza. Bramkarz nie wyróżnił się jednak niczym konkretnym. Nie zachował nawet czystego konta.
Na zakończenie rozgrywek golkiper został odstawiony od składu. Nie został jednak "dwójką", a... "piątką". W hierarchii przed nim znaleźli się nie tylko Boruc, Miszta i Tobiasz, lecz także awansowany z ekipy rezerw Maciej Kikolski. W czerwcu Strebinger rozwiązał umowę z klubem. Choć kontrakt i tak wygasał za kilkanaście dni. Z opcji przedłużenia nie skorzystano.
Po kilku miesiącach na bezrobociu golkiper przeszedł z SV Ried. Nie udało mu się tam zadebiutować. W związku z tym w 2023 roku przeszedł do Kapfenbergu, gdzie przez dużo czasu pozostawał "jedynką". Miejsce w składzie klubu z zaplecza austriackiej ekstraklasy stracił w trwających rozgrywkach. Wszystko wskazuje na to, że tak już zostanie.
***
Tekst powstał w ramach cyklu "Polska Piłka", w którym wspominamy m.in. piłkarzy biegających niegdyś po polskich boiskach, pamiętne mecze ligowe i przedstawicieli Ekstraklasy w Europie, a także nieco zapomniane już kluby z naszego kraju.