Nie Brazylia z Pelem. Nie Holandia z Cruyffem. Pierwszą genialną reprezentację mieli Węgrzy

„Kiedyś to było” – mogą powiedzieć starsi fani w kontekście jednej z najlepszych reprezentacji w historii futbolu. Węgierska „Złota Jedenastka” w ciągu sześciu lat swojego istnienia przegrała tylko jeden mecz. Niestety, ten najważniejszy, czyli finał Mundialu 1954. Niemniej jednak na zawsze zapisała się w historii futbolu, a nad Balatonem jej historia jest wciąż żywa.
Piłka nożna została zrewolucjonizowana w okresie od 4 czerwca 1950 do 19 lutego 1956. To właśnie wtedy Węgrzy wyrzucili do kosza wcześniejsze założenia futbolu i stworzyli coś, co w późniejszych latach miało ogromny wpływ na rozwój dyscypliny. Całkowicie zmienili obraz meczów piłkarskich, niszcząc praktycznie każdy zespół, który stanął na ich drodze.
Ta drużyna nie wzięła się znikąd. Po prostu na lata 50. przypadł okres jej świetności. Wszystko zaczęło się już pod koniec lat 30., kiedy „Madziarzy” zaczęli odnosić swoje pierwsze wielkie sukcesy – chociażby srebro MŚ 1938. Zawodnicy jak Sárosi, Zsengeller, Kohut, Lázár czy Toldi byli wtedy jednymi z najlepszych na świecie. To był też okres, kiedy węgierskie kluby – Ferencváros i Ujpest – wiodły prym w europejskich pucharach.
To był prolog do tego, co miało nastąpić w kolejnych latach. Początkiem złotej ery było zatrudnienie na stanowisku trenera Reprezentacji Gustawa Szebesa. To on zebrał wyjątkowych piłkarzy – jak Puskás czy Kocsis, do dziś często uważanych za najlepszych w dziejach – i nakazał im grać kompletnie inny futbol. Szebes stał się prekursorem tego, co możemy dziś oglądać na piłkarskich boiskach.
Wyrzucił do kosza ówczesny popularny system gry, czyli WM, który został wprowadzony w 1925 roku przez trenera Arsenalu, Herberta Chapmana. Mimo swojej schematyczności ta taktyka utrzymała się ćwierć wieku. Jej założenie było proste – zespół był dzielony na dwie formacje, ustawione na kształt tych liter. M to była piątka broniąca, a W atakująca, która praktycznie nie miała zadań defensywnych. Skutkowało to bardzo siermiężną grą, która polegała na przejęciu piłki przez obrońców i wykopanie jej na aferę w stronę napastnika. Była to gra – jak mawiał trener Wojciech Łazarek – na tzw. udo: albo się udo, albo nie udo. Węgrzy postanowili grać inaczej i w tym tkwił ich późniejszy sukces.
Nowa era futbolu
Gustaw Szebes stwierdził, że WM to przeżytek i żeby zdominować rywala, potrzebny jest inny schemat, który zaskoczy rywali. W związku z tym – poza świetnym przygotowaniem taktycznym – dał swoim piłkarzom trochę luzu na boisku. Improwizacja przyniosła bardzo wymierne rezultaty.
Niezwykle ofensywne ustawienie 4-2-4, które momentami przechodziło nawet na 2-4-4(!) to była woda na młyn jedenastki, którą stanowili Grosics - Buzánszky, Lantos, Lórant, Zakarias – Bozsik, Hidegkuti – Budai, Puskás, Kocsis, Czibor. To był początek nowej ery futbolu. Patenty Szebesa później wprowadzili u siebie Brazylijczycy, a w latach 70. mocno inspirowali się nimi Holendrzy, którzy wtedy zdominowali światową piłkę nożną.
I trudno było się temu dziwić. Grające według utartych schematów drużyny były zaskoczone wymiennością pozycji nie tylko poszczególnych zawodników, ale i całych formacji. Ponadto nowe ustawienie generowało zupełnie inne możliwości dla konkretnych pozycji. Napastnik został cofnięty, dzięki czemu stał się bardziej uniwersalny i kreatywny, boczni obrońcy zyskali miejsce na podłączanie się do akcji ofensywnych, a tyły zabezpieczała dwójka pomocników. Rywale dosłownie głupieli na murawie, nie mając żadnego pomysłu na to, jak powstrzymać Węgrów oraz jak połatać swoją grę defensywną.
„Aranycsapat”, czyli po węgiersku „Złota Jedenastka” narodziła się w 4 czerwca 1950 roku. To właśnie wtedy rozpoczął się niesamowity marsz – 32 mecze bez porażki. Fenomenalna seria miała swój początek w Warszawie, kiedy to Polacy podjęli „Madziarów” i polegli 2:5. Honorowe trafienia dla „Biało-czerwonych” zaliczyli Zdzisław Mordawski oraz Gerard Cieślik. To był pierwszy z 32 meczów bez porażki.
Węgrów bali się wszyscy. Anglicy myśleli, że będą w stanie im się przeciwstawić, ale 23 listopada 1943 roku zostali brutalnie sprowadzeni na ziemię. Po raz pierwszy w swojej historii przegrali na Wembley z drużyną z kontynentu. 3:6! Pomni rewanżu wybrali się do Budapesztu, gdzie dostali jeszcze większe baty – 1:7. Nikt nigdy – ani wcześniej, ani później – tak nie złoił skóry synom Albionu.
Jednak warto zwrócić uwagę, że te hokejowe wyniki osiągane przez „Złotą Jedenastkę” nie były wyłącznie do statystyk. Przekładały się one także na sukcesy. Złoty medal na Igrzyskach Olimpijskich w Helsinkach po wygranej z bardzo silną wówczas Jugosławią 2:0.
Nic więc dziwnego, że na MŚ 1954 w Szwajcarii piłkarze znad Balatonu jechali w roli murowanych faworytów. Tym bardziej że awansowali na nie praktycznie się nie pocąc. Polacy, mając w pamięci poprzednie tragiczne wyniki, zrezygnowali z gry, nie chcąc kolejnych upokorzeń. Poza tym nasza reprezentacja była wtedy w mocnej przebudowie i trudno było ustabilizować formę.
Szwajcarska katastrofa
Złota Jedenastka pojechała więc do Szwajcarii jak po swoje. Początkowe wyniki nie zwiastowały nadchodzącej katastrofy. Węgrzy „przeszli” się po Korei Południowej (9:0), a następnie odprawili z kwitkiem RFN 8:3. W ćwierćfinale trafili na Brazylijczyków, ale niespecjalnie zrobiło to na nich wrażenie, bo wygrali 4:2. Pierwszym poważnym sprawdzianem okazał się półfinał z broniącym tytułu Urugwajem, bo potrzebna była dogrywka, ale ostatecznie i tutaj padł wynik 4:2 dla podopiecznych Szebesa. Całkiem łatwa droga do finału, gdzie znów na Puskása i spółkę czekała RFN.
Co mogło pójść źle? 8:3 w grupie. Teraz miało być podobnie. I na to się w sumie zanosiło, bo po chwili było już 2:0 dla dominatorów futbolu z tamtego okresu. No i zaczął się robić smród. Pycha kroczy przed upadkiem. I Węgrzy upadli z wielkim hukiem. Zgubiła ich pewność siebie, a Niemcy doprowadzili do wyrównania. Trochę to ocuciło Madziarów, którzy szarżowali na bramkę rywali, ale albo trafiali prosto w golkipera, albo walili w obramowanie. No jak pech, to pech.
Niemający nic do stracenia zawodnicy RFN odpowiedzieli sporadycznymi atakami, aż jeden z nich zakończył się w siatce tych, którzy rzekomo byli nie do pokonania. Nie bez winy samych Węgrów, którzy w tej sytuacji bronili „na Burligę”. Sensacja! 3:2 dla skazanych na pożarcie Niemców. Później o tym meczu mówiono „Cud w Bernie”. Węgrzy jeszcze gonili wynik, Puskas trafił do siatki, ale był na spalonym. Koniec marzeń o Pucharze Julesa Rimeta. Początek końca „Złotej Jedenastki”.
Można powiedzieć, że Węgrzy po tamtej porażce nie podnieśli się do dzisiaj. Najlepiej świadczy o tym fakt, że nad Balatonem wciąż żywa jest legenda tamtej drużyny i wciąż wspomina się ją z rozrzewnieniem. Ale wróćmy do tego, co było po finale. Naród węgierski nie był w stanie przełknąć tej porażki. Podobnie jak komunistyczna władza. To była klęska, której nic nie zapowiadało. Wiadomo, każda seria kiedyś się kończy, ale na Węgrzech liczono, że stanie się to jednak po tym feralnym 33. meczu, który miał być najważniejszy w tym maratonie zwycięstw.
Mimo kolejnych osiemnastu zwycięstw z rzędu nie wybaczono tej kompromitującej wpadki z Berna. Fantastyczna Era zakończyła się 3 kwietnia 1956 roku, kiedy Turcy pokonali u siebie „Złotą Jedenastkę” 3:1. Chwilę później w na Węgrzech wybuchło powstanie ludowe i część piłkarzy wyjechała z kraju, aby grać za granicą, m.in. Puskás do Realu Madryt. Od tamtej pory węgierska piłka przeżywa permanentny kryzys.
Niemniej jednak była to wyjątkowa piłkarska epoka. Epoka, która zmieniła oblicze futbolu. Węgrzy natomiast mogli się pochwalić niebywałymi statystykami. Liczba kolejnych meczów bez porażki – 32. Bilans bramkowy? 142-31! Niepojęte. Nic więc dziwnego, że starsi fani futbolu mogą powiedzieć, że „kiedyś to było”. Jaka drużyna teraz może się zbliżyć do tamtych wyników? Żadna, wiadomo. Ale też futbol był inny, zmieniał się, były warunki do tego rodzaju niesamowitych wydarzeń. Szczęśliwi ci, którzy mogli tego doświadczać na stadionach.
Paweł Podsiadło