Artykuł sponsorowany
Smutek, radość, śpiew i 50 tysięcy kroków. Budapeszt 2026, dzięki za ten finał!

To był mój pierwszy finał Ligi Mistrzów. I choć jestem rozczarowany wynikiem, to wspomnienia z tych dwóch dni w Budapeszcie zostaną ze mną na lata.
Maj 2026 roku był wspaniały dla kibiców Arsenalu. Po porażce z Manchesterem City w połowie kwietnia zespół Mikela Artety wygrał wszystkie ligowe mecze do końca sezonu i zapewnił sobie wyczekiwany od 22 lat tytuł mistrzowski. W niedzielę w Londynie odbyła się parada wieńcząca ten historyczny sezon, na której, według szacunków mediów, miało się pojawić nawet ponad milion fanów.
Wierzyli oni, że będą razem z drużyną świętować podwójną koronę - triumf w Premier League i w Lidze Mistrzów - ale na pierwsze, historyczne zwycięstwo w Champions League będą musieli jeszcze poczekać. Arsenal przez całe rozgrywki nie poniósł porażki, ale w sobotę w Budapeszcie rzuty karne lepiej wykonywali piłkarze PSG i to oni podnieśli uszaty puchar.
Byłem tam i przeżywałem to dzięki Oppo - partnerowi Ligi Mistrzów. Na własne (oczy) i uszy przekonałem się, jak wielkim wydarzeniem jest finał tych najważniejszych klubowych rozgrywek. Razem z setkami tysięcy kibiców z Londynu, Paryża i wszystkich stron świata spacerowałem ulicami stolicy Węgier i razem z ponad 61 tysiącami fanów na Puskas Arena przez ponad dwie godziny przeżywałem to, co na murawie pokazuje "22 milionerów w krótkich spodenkach".
Rywalizacja drużyn była wyrównana, pewnie mało porywająca, Arsenal skupił się na tym, co robi najlepiej, czyli bronieniu dostępu do własnej bramki. Piłkarze PSG atakowali, ale zwykle nie umieli się przebić. Do wyrównania potrzebowali rzutu karnego. Im bliżej karnych, tym bardziej oba zespoły obawiały się straty gola. Tym bardziej też były zmęczone. Widz, który nie jest kibicem jednych ani drugich, mógł się wynudzić.
Ale na stadionie takie spotkania przeżywa się inaczej. Długo (a może nigdy) nie zapomnę tych emocji - wybuchu radości po niespodziewanie szybkim golu Kaia Havertza, długich minut nerwów i stresu, czy nie pękną pod naporem najlepszej ekipy w Europie, frustracji na niektóre decyzje sędziego (choć na koniec wykonał swoją robotę bardzo dobrze) i poczucia żalu i pustki po ostatnim karnym, zmarnowanym przez Gabriela.
To był wyczerpujący wieczór pod kątem emocjonalnym i intensywny wyjazd pod koniec fizycznym. Przez dwa dni przeszedłem po Budapeszcie prawie 50 tysięcy kroków. By samemu jak najwięcej zobaczyć, poczuć i doświadczyć. I by możliwie jak najlepiej podzielić się tym z Wami za pośrednictwem relacji na Instagramie Meczyków.
Zdjęcia i nagrania robiłem kapitalnym smartfonem Oppo Find X9 Ultra, który ma wszystko, ale przede wszystkim najlepszy na rynku aparat z niesamowitym zoomem optycznym. Zapewne nawet w połowie nie wykorzystałem jego potencjału, ale i tak byłem zachwycony. Zwłaszcza na Wzgórzu Zamkowym w Budapeszcie, gdzie wjechałem kolejką, by podziwiać panoramę stolicy Węgier. To niezwykle "fotogeniczne" miasto. Szeroki Dunaj i jego dwa piękne brzegi, imponujące mosty, dostojna, spokojna strona Budy i nowoczesny, tętniący życiem Peszt.
Drugą oś tworzą kultowy, potężny gmach węgierskiego Parlamentu i położony blisko stadion. Z daleka szary i masywny, z bliska jego bryła zyskuje więcej lekkości. Będę go wspominał z żalem. Nie tylko przez wynik, ale też dlatego, że na PGE Narodowym - o kilka tysięcy miejsc za małym - nie odbędzie się finał Ligi Mistrzów. Przynajmniej do ewentualnej rozbudowy.
Węgrzy okazali się świetnymi organizatorami. Miasto było świetnie przygotowane do ugoszczenia kilkuset tysięcy fanów z całego świata. Komunikacja była sprawna, ulice spokojne i przystrojone, organizacja dojścia i wejścia na wszystkie strefy kibica i na stadion sprawna i bezpieczna. Można było czuć się bezpiecznie, zająć zabawą i śpiewaniem.
Nie wszystko było jednak idealnie. Przeniesienie meczu na 18, o trzy godziny wcześniej niż dotychczas, może i jest zrozumiałe pod kątem transmisji i ze względów organizacyjnych, ale rozgrywanie finału LM przy świetle dziennym odbiera mu sporo aury. Nietrafionym pomysłem było też zagranie hymnu Champions League na słabo nagłośnionym fortepianie. Ludzie zrobili (i zapłacili wiele), by być na tym finale. Marzyli o tej chwili od lat. Pozwól im normalnie wysłuchać tej kultowej melodii.
Na koniec to są jednak niuanse. Mateusz Borek powiedział po meczu, że Budapeszt - jak Paryż 20 lat wcześniej - będzie dla kibiców Arsenalu miastem przeklętym. Ale oprócz sportowego rozczarowania, zabieram ze sobą bagaż innych, wspaniałych przeżyć, dziesiątki zdjęć i nagrań i wiarę, że kolejny taki weekend nadejdzie szybciej niż za kolejne dwie dekady. Madryt 2027? Poprzeczka wisi wysoko.
Artykuł powstał przy współpracy płatnej z marką OPPO.