Wrze po półfinale MŚ. Wskazali głównego winnego w angielskiej kadrze. "Przepaść"
Reprezentacja Argentyny w niezwykłych okolicznościach wygrała 2:1 z Anglią i awansowała do finału mistrzostw świata. Eksperci nie mieli wątpliwości, kto najbardziej zawiódł w tym spotkaniu.
W pierwszej połowie klarownych sytuacji bramkowych było jak na lekarstwo. Łącznie do przerwy oglądaliśmy trzy strzały, a żaden z nich nie leciał nawet w bramkę.
Na boisku momentami bywało za to bardzo ostro. Sędzia długo czekał jednak z kartkami. Pierwszą z nich wyciągnął w 37. minucie, choć mógł zrobić to znacznie szybciej.
- Obyście nigdy nie byli tak niepotrzebni, jak piłka w meczu Anglii z Argentyną. 0 celnych strzałów i 19 fauli w pierwszej połowie - skwitował Dawid Szymczak ze Sport.pl.
W drugiej części spotkania emocji było już znacznie więcej. Mecz otworzył się po bramce Anthony'ego Gordona. Argentyńczycy ruszyli wówczas do odrabiania strat.
Pierwsze skrzypce w angielskiej kadrze grał Jordan Pickford. Golkiper jak w transie bronił kolejne strzały "Albicelestes". Wyspiarze momentami bronili się praktycznie całym zespołem.
Gdy wydawało się, że Anglicy utrzymają korzystny wynik do końcowego gwizdka, Argentyna pokazała wielką klasę. Najpierw wyrównał Enzo Fernandez, a później wygraną obrońcom tytułu dał Lautaro Martinez.
- I Messi kończy taki mecz dwiema asystami wprowadzającymi swój kraj do finału mistrzostw świata, aha - skwitował Marcin Długosz. - Nieprawdopodobny mental Argentyny! - pisał Tomasz Włodarczyk, redaktor naczelny Meczyki.pl.
Wielu ekspertów podkreślało, że fatalna końcówka jest winą Thomasa Tuchela. Selekcjoner reprezentacji Anglii kompletnie nie trafił ze zmianami, w przeciwieństwie do Lionela Scaloniego.
- Argentyna po tym straconym golu wręcz zniszczyła Anglię. Jak oni ruszyli, jak nawet na moment nie zwątpili. I jeszcze klimat trybun. Co to będzie za finał! - pisał Sebastian Chabiniak z Eleven Sports.