“Absolutnie kompromitujące”. Szokujące, co zrobili Anglicy. I jeszcze te słowa Tuchela
Wywalczyli to, wydarli, wyszarpali. Argentyńczycy w półfinale mistrzostw świata zostawili na murawie wszystko, od potu, przez krew, po całe serducho. To zdecydowanie nie był najpiękniejszy mecz tego mundialu, ale być może najbardziej intensywny. A pod tym względem nie da się pokonać “Albicelestes”.
W pierwszej połowie rzeźnia, bijatyka i piłkarska burda. W drugiej roller coaster, zwroty akcji i wreszcie gigantyczna euforia obrońców tytułu. Tak w skrócie można podsumować drugi półfinał mistrzostw świata. O ile wtorkowe zwycięstwo Hiszpanii było pokazem kunsztu, jakości i techniki, o tyle Argentyńczycy udowodnili, że w futbolu przede wszystkim liczy się pasja. Charakter, wola walki i gotowość do poświęceń. Podopieczni Lionela Scaloniego indywidualnie może nie są lepsi od Anglików, ale to im zależało zdecydowanie bardziej, co w ostatecznym rozrachunku miało kluczowy wpływ.
To naprawdę niesamowite, jak silny mental ma ten zespół. Niezależnie, ile ciosów przyjmie, praktycznie zawsze wyprowadzi o jeden więcej. W momentach największej trwogi, kiedy wielu kibiców może pomyśleć: “No nie, z tego już nie wyjdą”, oni znajdują w sobie jeszcze dodatkowe, dotychczas głęboko skrywane pokłady energii. Byli jedną nogą poza turniejem w starciu z Egiptem i wrócili. Przetrwali dogrywki z Republiką Zielonego Przylądka i Szwajcarią. Nie złamali się nawet, kiedy przegrywali z Anglią do 84. minuty. Ich naprawdę wzmacnia wszystko, od czego nie umierają.
Z nożem w zębach
O tym, jak może wyglądać cały ten mecz, świadczyła sytuacja już z drugiej minuty, kiedy Paredes “zameldował się” Bellinghamowi. Argentyna od razu chciała podostrzyć, wciągnąć rywali w swoją grę - brudną, szarpaną, pełną fauli. stempli i skrobnięć po kostkach. Anglicy zrobili dokładnie to, czego nie powinni, czyli poszli na dosłowną wymianę ciosów, zapominając o grze w piłkę.
Środowy mecz zapisał się w historii, chociaż niekoniecznie z takich powodów, jakich oczekiwaliby kibice. Opta podała, że po raz pierwszy w meczu mistrzostw świata nie oddano ani jednego strzału w pierwszych 30 minutach. Do przerwy popełniono aż 19 fauli, co stanowiło XXI-wieczny rekord mundiali. Na pierwsze uderzenie w światło bramki kibice musieli czekać aż do 47. minuty, kiedy Pickford zatrzymał Alvareza. W pierwszych trzech kwadransach obie drużyny wykręciły łącznie 0,08 oczekiwanego gola. W pewnym momencie mecz przerodził się w survival. A jeśli ktoś opanował do perfekcji sztukę przetrwania, to właśnie Argentyńczycy.
- Patrząc na przebieg spotkania, to najbardziej cieszyć się może Hiszpania, widząc, ile energii, ile poświęcenia muszą włożyć obie drużyny. A to może mieć bardzo duże znaczenie w perspektywie finału - powiedział Grzegorz Mielcarski, komentując spotkanie na antenie TVP Sport. - Kocham takie mecze. Faule, pasja, walka, zaangażowanie. O to w tym chodzi - zachwycał się Micah Richards, ekspert BBC.
Klęska minimalizmu
W drugiej połowie “bitka” zamieniła się już w prawdziwe piłkarskie show. Problem Anglii polegał na tym, że zadowoliła się przeprowadzeniem zaledwie jednej akcji bramkowej. Od momentu trafienia Gordona podopieczni Tuchela najzwyczajniej w świecie przestali grać w piłkę. Oddali inicjatywę, okopali się przed własną bramką i czekała na końcowy gwizdek. Takie podejście mogło sprawdzić się w rywalizacji z Meksykiem. Ale pozwolenie komuś takiemu jak Leo Messi na swobodne rozgrywanie piłki, to proszenie się o kłopoty.
Ostatnie dwa kwadranse to była nawałnica na bramkę bezradnych “Synów Albionu”. Jedni grali w piłkę, drudzy myśleli tylko o tym, jak wybić ją spod własnej szesnastki. Pomiędzy bramkami Gordona i Lautaro Anglia miała 12% posiadania piłki. To jest wynik wstydliwy i absolutnie kompromitujący. Mając w pomocy Rice'a, Andersona, Bellinghama, czyli zawodników, za których płaci się setki milionów euro, nie możesz parkować autobusu i przez 40 minut modlić się o nieskuteczność rywali. Pickford raz zatrzymał Paredesa, Mac Allister obił słupek, ale przy tak miażdżącej przewadze Argentyńczyków w końcu coś musiało wpaść. A kibiców ekipy z Wysp Brytyjskich najbardziej boleć może fakt, że człowiek odpowiedzialny za taki obrót spraw, zdaje się w ogóle nie dostrzegać swojej winy.
- Skoro przegraliśmy, łatwo powiedzieć, że moje decyzje były złe. Ja niczego nie żałuję. To był jeden z naszych najlepszych meczów. Po porażce zawsze jest milion trenerów, którzy wszystko wiedzą lepiej. Naszym problemem nie była struktura i ustawienie - rzucił Tuchel po meczu.
Słysząc to, Anglicy mogą łapać się za głowy. Naprawdę trudno zrozumieć trenera, który dysponując takimi zasobami jakości i potencjału, uważa, że najlepszym rozwiązaniem jest obrona Częstochowy. Przecież nawet Egipt przy jednobramkowym prowadzeniu z Argentyną wykazywał się znacznie większym zapałem w ofensywie niż Kane, Bellingham i spółka. Trudno zresztą, żeby piłkarze ruszali do ataku, skoro selekcjoner swoimi decyzjami wysyła jasny sygnał - defensywa ponad wszystko. Przed bramką wyrównującą Tuchel przeprowadził trzy zmiany, wpuszczając z ławki samych obrońców - Ezriego Konsę, Dana Burna i Nico O’Reilly’ego. Gracz Aston Villi zmienił Gordona, co mogło przypominać sytuację z półfinału Ligi Mistrzów sprzed dwóch lat. Bayern w rewanżu na Bernabeu prowadził 1:0, po czym Tuchel najpierw wpuścił Kim Min-jae za Leroya Sane, a potem zdjął jeszcze Kane’a i Musialę. Następnie Joselu wbił dwa gole i wysłał Real do finału. Tak się kończy świadoma rezygnacja z prób podjęcia ofensywnych działań.
Pod kątem zarządzania meczem Tuchel został nie tyle ograny, co zdeklasowany przez Scaloniego. Mając kadrę tak napakowaną po brzegi talentem, nie możesz oddać rywalom wszystkich narzędzi i liczyć na łut szczęścia. Defensywne usposobienie przy korzystnym wyniku mogło przejść z Meksykiem. przyniosło efekty z Norwegią. Jednak w ten sposób nie zostaniesz mistrzem świata. W końcu Anglia trafiła na siłę, której nie była w stanie się przeciwstawić.
GOAT jest jeden
Messi, Messi, Messi. Napisano już o nim wszystko, obdarowano każdym epitetem, a on wciąż nie ma dość. W wieku 39 lat nadal potrafi sprawić, że cały świat wstrzymuje oddech, czekając na to, co tym razem zrobi z piłką przy lewej nodze. Czy sam strzeli gola, czy pośle asystę, a może jak za najlepszych czasów przeprowadzi rajd, wrzucając kolejnych rywali na karuzelę. Repertuar jest szeroki, pole możliwości nieograniczone, a liczba powodów do zachwytu wręcz nieskończona.
Dwie asysty “La Pulgi” otworzyły Argentynie bramy kolejnego finału. Łącznie ma na koncie 12 otwierających podań na mistrzostwach świata, najwięcej w historii. Na tym turnieju jest liderem pod względem udziałów przy bramkach (12 G/A), udanych dryblingów (24) i wykreowanych szans (25). Przypomnijmy, mówimy o 39-latku. Jego rówieśnik, Novak Djoković, wciąż jest wielki, ale już nie najlepszy. W bezpośrednich pojedynkach z Jannikiem Sinnerem i Carlosem Alcarazem stary mistrz musi zaakceptować wyższość młodszego pokolenia. Tymczasem w futbolu wciąż nie znalazł się ktoś, kto grałby lepiej od Leo Messiego. Pewnie, że Haaland, Mbappe, Bellingham czy Yamal są świetni, topowi etc. Ale geniusz z Rosario góruje nad wszystkimi.
18 grudnia 2022 roku Messi przeszedł futbol, zostając mistrzem świata. Sam wielokrotnie mówił później, że w piłce już nic lepszego go nie spotka i jako sportowiec czuje się całkowicie spełniony. Po mundialu w Katarze już nic nie musi. Tylko może. I to wciąż wystarcza.