Ależ rozczarowanie. W pomocy zapalnik, w ataku pozorant. "Legendy łapały się za głowy"

Ależ rozczarowanie. W pomocy zapalnik, w ataku pozorant. "Legendy łapały się za głowy"
Icon Sport / pressfocus
Wojciech - Klimczyszyn
Wojciech KlimczyszynDzisiaj · 09:00
Pierwszy poważny kandydat do mistrzostwa wszedł do gry. Brazylia rozpoczęła walkę o szósty tytuł od remisu z Marokiem. Biorąc pod uwagę jakość gry i intensywność, był to prawdopodobnie najlepszy jak dotąd mecz tych mistrzostw świata. Jednocześnie – mocno rozczarowujący dla pretendenta.
Jaka presja ciąży na Brazylijczykach - wszyscy wiedzą. To jedyny kraj, który brał udział we wszystkich edycjach od powstania turnieju w 1930 roku, a ich pięć złotych medali to oczywiście rekord. Jednak ostatni taki sukces miał miejsce w 2002 roku, co oznacza, że „Canarinhos” notują właśnie najdłuższą serię bez zdobycia trofeum. Klęska na północnoamerykańskiej ziemi postawiłaby ten zakochany w futbolu kraj w kolejnej żałobie. Pierwsze spotkanie na mundialu nie przyniosło wstydu, choć niewiele brakowało, by tak się stało.
Dalsza część tekstu pod wideo

Tylko zryw indywidualności

Siedzący na ławce rezerwowych, kontuzjowany Neymar przecierał oczy ze zdumienia. W pierwszej połowie jego koledzy wyglądali, jakby myślami byli jeszcze w ojczyźnie, bawiąc się na plaży Copacabana i popijając drinki z palemką. Rywale prezentowali się jak zgrany zespół, oni sami – jak zlepek indywidualności, i to nie do końca najwyższej próby. Brazylijczycy oddali graczom Maroka piłkę i pozwolili im grać. Dość powiedzieć, że w pierwszych 10 minutach piłkarze z Afryki Północnej mieli 65 procent posiadania i oddali sześć strzałów. Przed upływem pół godziny prowadzili już w najważniejszej statystyce.
Pięciokrotni mistrzowie świata, prowadzeni przez Carlo Ancelottiego, długo nie potrafili złapać odpowiedniego rytmu, jednak jakość poszczególnych gwiazd ostatecznie doszła do głosu. I tak, wreszcie do czegoś w reprezentacji przydał się Vinicius Junior. Skrzydłowy Realu Madryt w pierwszej połowie przyzwoicie rozgrywał i zdobył piękną bramkę, żeby chwilę po tym dosłownie zgasnąć do końca spotkania. Paliwa do jako takiego grania wystarczyło mu na godzinę – ostatnie 30 minut spędził na dobrze znanej z występów u „Królewskich” dreptaninie. Zero pożytku w ataku, jeszcze mniej w defensywie. A i tak był to najlepszy zawodnik „Canarinhos” w całym meczu.
Znów bardzo przeciętny mecz rozegrał Raphinha. Cztery lata temu, gdy Brazylia odpadała w ćwierćfinale z Chorwacją, skrzydłowy Barcelony kończył turniej jako zawodnik, który oddał najwięcej strzałów na bramkę (łącznie sześć) bez strzelonego gola. Tym razem gracz z numerem “11” miał być gotowy, by zaznaczyć swoją obecność w bardziej pozytywny sposób. W kwalifikacjach do mundialu miał udział przy większej liczbie bramek niż jakikolwiek inny reprezentant Kraju Kawy (pięć goli i dwie asysty), a w barwach Barcelony zanotował 21 trafień i siedem asyst w 33 występach. Z kolei pierwszy mecz na mundialu zagrał – jak to mówią Hiszpanie – na sucho. Bardzo chaotyczny na swoim prawym skrzydle, niechlujny w podaniach, biegający bez mapy.
Można byłoby jeszcze coś powiedzieć o trzecim amigo w ataku, ale lepiej spuścić zasłonę milczenia nad Igorem Thiago. Nie dawał nic w ofensywie, zepsuł znakomitą okazję po niezłej wrzutce Viniciusa, a potem już wyłącznie głupio faulował. Wymowny był obrazek wychwycony przez realizatora, gdy za głowy złapali się Ronaldo Nazario i Kaka. Chyba nie przypuszczali, że w pierwszej linii po ich generacji przyjdzie taka posucha.

Ból głowy Ancelottiego

Tym bardziej niezadowoleni byli brazylijscy kibice zgromadzeni na MetLife Stadium, domagający się wejścia Endricka. Zamiast niego zobaczyli kompletnie nietrafione zmiany, bo ani Matheus Cunha, ani Luiz Henrique po przerwie nie wnieśli niczego świeżego.
To było trudne, skomplikowane spotkanie. W drugiej połowie graliśmy lepiej, ale i tak musimy poprawić naszą grę – mówił na gorąco po meczu Ancelotti w brazylijskiej telewizji. - W jakimś konkretnym obszarze? – dopytywali dziennikarze. – Nie – uciął włoski szkoleniowiec, który nie wyglądał na szczęśliwego po ostatnim gwizdku. Trudno mu się dziwić, ale sam doprowadził do tej sytuacji.
Selekcjoner nie dość, że nie trafił ze zmianami, to można mieć również wątpliwości, czy właściwie dobrał wyjściową jedenastkę. Oprócz Igora Thiago beznadziejne trzy kwadranse zaliczył Ibanez, a zwłaszcza Casemiro. Defensywny pomocnik Manchesteru United przypominał swoją najgorszą wersję: wiecznie spóźnionego w interwencjach, chaotycznego, będącego boiskowym „zapalnikiem”. Nie rokuje to najlepiej na dalszą część mundialu.
Blady start przyniósł Brazylii jeden zdobyty punkt, który w ostatecznym rozrachunku może się przydać. W tej sytuacji Ancelotti zyska nieco więcej czasu na znalezienie ustawienia, które przede wszystkim lepiej zbalansuje zespół. Jego ekipa wyglądała jak drużyna, która mało ze sobą pracowała. Słabo broniła, na początku dała się zdominować, a krwawienie udało się powstrzymać dopiero po zmianie formacji na 4-3-3. Jednak wielu piłkarzy gra na pozycjach i w rolach, które nie pozwalają wyciągnąć z nich tego, co najlepsze. Igor Thiago niewiele wnosi do gry po ziemi, Raphinha ma mało okazji do wchodzenia w pole karne, a defensywni pomocnicy są zmuszeni do pokrywania ogromnych przestrzeni... Przed nimi mnóstwo pracy, ale pozostaje też wrażenie, że indywidualny talent w ataku (patrz: Vinicius) może rozstrzygać mecze, w których Brazylia nie będzie dominować.

18-latek na radarze

Warto poświęcić kilka słów Marokańczykom. Potwierdzili, że ich rewelacyjna forma z poprzedniego mundialu w Katarze oraz z ostatniego Pucharu Narodów Afryki nie była dziełem przypadku. Zespół grał bardzo odważnie, a „Lwom Atlasu” przewodziło dwóch liderów: Brahim Diaz (kapitalna pierwsza połowa z asystą przy golu) i Achraf Hakimi na prawej obronie. Pewność siebie, wiara we własne umiejętności, a nawet komfort, jaki odczuwali podczas tego meczu, świadczą o tym, że ta drużyna nie boi się nikogo i jest w pełni gotowa przynajmniej do powtórzenia sukcesu sprzed czterech lat.
I jeszcze dwa słowa o odkryciu tego spotkania. Gdyby losy potoczyły się inaczej, prawdopodobnie nie zobaczylibyśmy dzisiaj talentu Ayyouba Bouaddiego - 18-latek biegający z pełnym zaangażowaniem w środku pola zaliczył dopiero swój czwarty występ w reprezentacji, i to akurat w tak ważnym starciu przeciwko Brazylii.
Na szczęście dla fanów Maroka, nastolatek zamiast czekać na szansę gry w seniorskiej kadrze Francji, podjął decyzję o zmianie barw narodowych na kraj swoich przodków. I to zaledwie miesiąc przed rozpoczęciem turnieju. Rośnie bardzo inteligentny, uzdolniony środkowy pomocnik. A sam fakt, że jego idolem jest Luka Modrić, mówi o nim bardzo wiele. Miejmy na niego oko.

Przeczytaj również