Armagedon u uczestnika mundialu! Niebywałe, co stało się w trakcie turnieju

Armagedon u uczestnika mundialu! Niebywałe, co stało się w trakcie turnieju
Martin Zabala / PressFocus
Adam - Kowalczyk
Adam KowalczykDzisiaj · 12:30
Może i Polska nie gra na tegorocznych mistrzostwach świata, ale i tak największe sceny na turnieju dzieją się w obozie biało-czerwonych. W reprezentacji Tunezji panuje prawdziwy chaos. Nie dość, że “Orły Kartaginy” skompromitowały się w pierwszej kolejce, to ich selekcjoner został zwolniony w środku turnieju. A zastąpi go nie byle kto, bo jeden z najbardziej wyrazistych selekcjonerów na planecie - Hervé Renard.
Kadencja Sabriego Lamouchiego w roli selekcjonera tunezyjskiej kadry wygląda dziś absurdalnie. 54-latek objął drużynę w marcu, zagrał z nią cztery mecze towarzyskie, a po pierwszym meczu o stawkę wyleciał z posady. Tunezyjczycy zagrali ze Szwecją absolutny piach, ponosząc dewastującą porażkę 1:5. Oczywiście poniekąd można było się tego spodziewać, w końcu podobne lanie “Orły Kartaginy” przyjęły dziewięć dni wcześniej od Belgii (0:5), ale raczej nikt by nie pomyślał, że dla selekcjonera skończy się to nagłą utratą pracy. Człowiek, który miał być “strażakiem” na czas mundialu, został zwolniony po pierwszym meczu turnieju, mimo że przepracował z kadrą raptem dwa zgrupowania.
Dalsza część tekstu pod wideo

Jak to się zaczęło?

Gdy Lamouchi obejmował tunezyjską drużynę narodową, kibice byli już zmęczeni innym selekcjonerem - Samim Trabelsim. Pod jego wodzą “Orły Kartaginy” zagrały bardzo słaby Puchar Narodów Afryki. Oklep od Nigerii (po 70. minucie złagodzony dwoma golami pocieszenia), zakończone remisem męczarnie z Tanzanią, a na koniec odpadnięcie z grającym w dziesiątkę Mali na etapie 1/8 finału. To wszystko przyprawiało o nerwy, szczególnie, że dla Tunezji był to drugi fatalny występ na PNA z rzędu, zaraz po wstydliwym odpadnięciu na etapie fazy grupowej w poprzedniej edycji.
Koniec mistrzostw kontynentu oznaczał więc dla Trabelsiego koniec pracy. Jedyne, co pozostawił po swoim odejściu, to zdobyty wcześniej bilet na mundial. Tunezja pod jego wodzą wygrała bowiem eliminacyjną grupę H, lecz trzeba przyznać, że nie było to wielkie osiągnięcie. Realnie nie miał jej kto zagrozić, a rywale tacy jak Namibia, Liberia czy Malawi to ekipy kilka klas słabsze. Niemniej awans na MŚ już był, tylko nie miał kto Tunezyjczyków na amerykańskiej imprezie poprowadzić.
Wtedy do akcji wkroczył wspomniany Sabri Lamouchi, któremu dano niecałe pół roku, by przygotować kadrę na turniej. Jedyne mecze, jakie mógł rozgrywać, to sparingi. W teorii zaczął solidnie, bo od 1:0 z Haiti i 0:0 z Kanadą. Już wtedy jednak kibice miewali zarzuty co do jego decyzji.
- Gorące głowy piłkarskich prezesów to nic nowego w Afryce. Uważam, że Lamouchi zdążył zasłużyć sobie na utratę stanowiska wcześniej niż przy okazji pierwszego meczu kadry na mundialu - twierdzi Adam Zmudziński z igol.pl, który jest na bieżąco z sytuacją w tunezyjskiej kadrze.
- Mając zaledwie kilka miesięcy czasu oraz cztery spotkania towarzyskie na przygotowanie, Lamouchi chciał dokonać rewolucji. Drastycznie odstawił kilku wiekowych i zasłużonych zawodników, w tym kapitana Ferjaniego Sassiego. Zrobił to, nie mając odpowiednich następców. Ponadto próbował zerwać z wieloletnią specyfiką gry tunezyjskiej kadry, opartą na inklinacjach defensywnych - wyjaśnia nasz rozmówca.
Sassi, Mariah, Maaloul - to najbardziej znane nazwiska, które ze względu na decyzję trenera Lamouchiego oglądają mundial w telewizji, zamiast na nim grać. Ten pierwszy wykręcił już 101 występów w kadrze, a pod koniec zeszłego roku odebrał nagrodę piłkarza sezonu w lidze katarskiej. Dwaj ostatni zagrali zaś dla reprezentacji odpowiednio 95 i 94 razy. Wśród nieobecnych wymieniany jest też doświadczony Naim Sliti, który w tym roku zakończył karierę reprezentacyjną. I choć Tunezji bez dwóch zdań potrzebna jest wymiana pokoleniowa, to tak gwałtowna rezygnacja z niektórych postaci ewidentnie źle wpłynęła na drużynę.

Już przed MŚ było źle

Światło lampki ostrzegawczej można było dostrzec już w ostatnich sparingach przed turniejem. Z Austrią Tunezja przegrała 0:1, mimo że od 27. minuty grała w przewadze. Z Belgią - szkoda gadać. “Orły Kartaginy” na boisku nie istniały, a rywale rozbili ich aż 5:0. To było tylko preludium do mundialowego kataklizmu, jaki nastąpił w pierwszym meczu ze Szwecją.
- Spotkanie ze Szwecją pokazało, że trener kompletnie się zagubił w tym, do czego dążył. Wyszedł na ten mecz bez nominalnego napastnika oraz z zaledwie jednym nominalnym skrzydłowym. To nie miało prawa się udać - zauważa Zmudziński.
I się nie udało. Porażka 1:5 ze Szwecją była dla Tunezji absolutnie druzgocąca, i to nie tylko ze względu na skalę wyniku. Raz, że dublet ustrzelił Yasin Ayari, czyli pomocnik, o którego tunezyjska federacja wcześniej się starała. Dwa, że zespół Lamouchiego był na murawie absolutnie bezradny. Brakowało planu, na placu gry panował chaos, a zawodnicy gubili się, często popełniając najprostsze błędy.
Można pomyśleć, że gorzej na starcie turnieju być nie mogło. Wszystko do czasu, aż szokujące wieści z tunezyjskiego obozu przekazał Romain Molina. Kilka godzin po meczu ze Szwecją, Lamouchi miał zostać zwolniony z posady. Wieczorem oficjalny komunikat opublikowała sama federacja, jednak prawdziwy cyrk dopiero nadchodził.

Biały Czarodziej w centrum chaosu

Nagle post o zwolnieniu selekcjonera został usunięty. W środku nocy francuski dziennikarz poinformował zaś, że Lamouchi… poprowadził poniedziałkowy trening drużyny. Jakby nic się nie stało. Zaledwie po godzinie pojawiła się sensacyjna informacja, że “Orły Kartaginy” awaryjnie przejmie Hervé Renard - jedna z najbardziej legendarnych postaci w afrykańskim futbolu. To człowiek, który w 2012 roku sensacyjnie wygrał Puchar Narodów Afryki z Zambią, a trzy lata później powtórzył ten sukces z Wybrzeżem Kości Słoniowej. Prowadził też Maroko, któremu dał pierwszy awans na MŚ od 20 lat. Parafrazując Jerzego Engela, nie było to wówczas to samo Maroko, co obecnie. Hakimi uchodził jeszcze za młody talent Realu Madryt, a piłkarzy o potencjale Bouaddiego, Saibariego czy El Khannoussa było znacznie mniej niż dziś. Mimo to, “Lwy Atlasu” pokazały się całkiem nieźle w trudnej grupie z Hiszpanią, Portugalią i Iranem. Gdyby nie pechowo tracone gole w końcówce, kto wie, czy nie zagraliby nawet w fazie pucharowej.
Nie każdy może jednak powyższe osiągnięcia pamiętać, biorąc pod uwagę, że postać Renarda została ostatnimi czasy zmitologizowana przez jeden mecz: Argentyna - Arabia Saudyjska (1:2) na mundialu w Katarze. “Zielone Sokoły” pod wodzą Francuza zostały jedyną drużyną na turnieju, która zdołała pokonać “La Scalonetę”. Przerwały też jej imponującą serię 36 meczów bez porażki. To właśnie po tym meczu o “geniuszu w białej koszuli” zrobiło się najgłośniej. Kolejne okrążenia po sieci robiły klipy z jego przemów w szatni, a także cytat z rozmowy z Przeglądem Sportowym, w trakcie której wspomniał, że jego dziadkowie byli Polakami. Renard stał się jednym z najbardziej rozpoznawalnych selekcjonerów na świecie, a jego stylowi bycia dodatkowo schlebiały sportowe osiągnięcia.
Od blisko czterech lat spektakularnych historii w portfolio Renarda jednak brakuje, więc to idealny moment, by wrócić. Faktem jest, że Tunezja to największe wyzwanie w dotychczasowej karierze selekcjonera - po raz pierwszy nie będzie tu bowiem żadnego czasu na przygotowanie, żadnych wstępnych testów. Francuz musi sprawdzić się w roli strażaka. A pożar do ugaszenia jest ogromny, bo w tunezyjskich strukturach płonie absolutnie wszystko, włącznie z gabinetami.
- Mecze z Belgią i Szwecją to dwa fatalne niepowodzenia Sabriego Lamouchiego, którego napięcia z federacją, a przede wszystkim z duetem Hussein Jenayah (wiceprezes) - Ziad Jaziri (dyrektor generalny), stale narastały. Ingerencja władz federalnych w wybór kadry na mistrzostwa świata, wpływ na to, którzy zawodnicy będą grać: trener nie miał takiej samej swobody jak jego poprzednicy - wyjaśnia Molina, który postanowił publicznie przedstawić kulisy zatrudnienia Renarda przez Tunezyjski Związek Piłki Nożnej.
- Zarząd przygotowywał się na przybycie Mondhera Keibaera, który miał przejąć obowiązki trenera tymczasowego. Wszystko wydawało się ustalone, dopóki nie zaczęły się polityczne intrygi wokół Hervé Renarda - napisał dziennikarz na portalu sportnewsafrica.com.

Oszukać przeznaczenie

Według Moliny zirytowany sposobem zarządzania federacji był sam prezydent Republiki Tunezji, który osobiście miał zająć się zatwierdzeniem kandydatury nowego selekcjonera. Renarda wybrano więc też w celu złagodzenia nieuniknionej katastrofy wizerunkowej, gdyż jego postać cieszy się bardzo pozytywną renomą. I rzeczywiście, nawet jeśli 57-latek nie podoła wyzwaniu, to trudno będzie go za cokolwiek obwiniać. Szczególnie, że pozostali rywale Tunezji na MŚ - Japonia i Holandia - są w meczu z nią zdecydowanymi faworytami.
- Renard już niejednokrotnie pokazywał, że potrafi sobie świetnie poradzić w miejscu, w którym dzieje się bardzo źle. Arabię Saudyjską na tegoroczny mundial udało mu się wręcz “wciągnąć” podczas drugiej kadencji [od października 2024 do kwietnia 2026 roku - przyp. red.]. Sytuacja w Tunezji jest jednak wyjątkowo beznadziejna. Francuz ma bardzo mało czasu, więc podejrzewam, że spróbuje przywrócić drużynę do ustawień fabrycznych i zagrać skrajnie defensywnie, uprzykrzając życie rywalom tak bardzo, jak tylko się da. Jeśli tak będzie, to spodziewam się lekkiego progresu, bo większość piłkarzy przynajmniej będzie wiedziała, jak ma grać - tłumaczy nam Zmudziński.
- Nie będę odkrywczy, ale nie sądzę, że Tunezja zdobędzie jeszcze jakieś punkty na tych MŚ. Nawet, jeśli Renard zdąży odzyskać część DNA zespołu, to piłkarze i tak przeżyją mentalny rollercoaster, który może blokować ich ambicje. Do tego Holandia i Japonia w teorii zdają się być trudniejszymi rywalami od Szwecji. Myślę, że Tunezja przegra te dwa mecze, ale nie aż tak wysoko, jak ze Skandynawami - typuje nasz rozmówca.
I na tym można skończyć, bo patrząc realistycznie, widzimy podobny scenariusz. Należy jednak pamiętać, że mundial to wciąż mundial i rządzi się swoimi prawami. Przez ostatni tydzień obejrzeliśmy wiele meczów, które pokazały nam, że papier nie przyjmie wszystkiego. Także nastawiajcie budziki na 21 czerwca, bo to wtedy, o szóstej rano, Tunezja zagra z Japonią o wszystko. Już z prawdziwą ikoną reprezentacyjnej piłki na kierownicy.

Dyskusja

Przeczytaj również