Arsenal ma gwiazdę, o której mówi się za mało. "Tak dobry, że można o tym zapomnieć"
Jasne było, że mecz Atletico z Arsenalem nie okaże się tak spektakularny, emocjonujący i jakościowy piłkarsko jak wtorkowe show PSG z Bayernem. Na nudę w Madrycie narzekać jednak nie mogliśmy, a wyróżnić warto szczególnie dwa nazwiska. I wcale nie chodzi nam o oficjalnego MVP tego spotkania.
Internet od dawna zalany był memami o rywalizacji Atletico z Arsenalem jako starciu dwóch “zabójców” futbolu, Diego Simeone i Mikela Artety. Żarty o xG 0.00 - 0.00 i możliwych 210 minutach bez goli spotęgowało to, co zaserwowali nam we wtorek piłkarze PSG i Bayernu. Być może najlepszy mecz w historii Ligi Mistrzów zakończony wynikiem 5:4 ułożył poprzeczkę tak wysoko, że przesiadka na wyrachowaną piłkę Simeone i Artety zapowiadała się co najmniej mało ekscytująco. Nawet jeśli akurat “Atleti” w ostatnich miesiącach wykręcało solidne wyniki bramkowe, nie nudziło, a Arsenal w Champions League potrafił być w tym sezonie bardziej niesztampowy niż na krajowym podwórku. Choćby w październiku, gdy to samo Atletico rozsmarował u siebie 4:0, zamykając wynik w mniej niż 15 minut drugiej połowy.
Teraz czterech goli nie było, padły dwa, po jednym na stronę, w obu przypadkach z rzutu karnego. Ale - kurczę, może to kwestia naprawdę niskich oczekiwań - trudno nazwać środowy mecz nudnym.
Po kolei. W 30 minut więcej oglądaliśmy składnych akcji niż… fauli. Tu błysnął mocno krytykowany ostatnio Noni Madueke, tam wysiłek Viktora Gyokeresa zmarnował Martin Odegaard. Atletico odpowiadało głównie efektownym Julianem Alvarezem, który jak zwykle potrafił stworzyć coś z niczego. Oczywiście, do przerwy obie ekipy raczej nie podejmowały ryzyka, choć lepiej prezentował się skuteczny w kontroli Arsenal, za co zresztą dostał nagrodę w postaci karnego Gyokeresa (co za bomba z 11. metra!). Był to inny wymiar futbolu niż w Paryżu, na pewno taki, który nie przyciągnie młodego widza pragnącego krótkich treści na TikToku, a jeśli już długich, to non stop na pełnej mocy. Z drugiej strony, nie zawsze będziemy równać do takich kozaków jak gwiazdy wtorkowego półfinału. W środę grały mniej jakościowe drużyny z inną filozofią piłki nożnej - po prostu. Naturalne, że mniej interesującą, porywającą, widowiskową.
W drugiej połowie Atletico, do przerwy poza próbami Alvareza i wsparciem Griezmanna bezzębne, wrzuciło wyższy bieg. Frukty przyszły szybko, bo o ile najpierw Raya i Gabriel sobie poradzili, o tyle potem robotę utrudnił im Ben White. Anglik, solidnie naznaczony kontuzjami, w ostatnich kilkunastu miesiącach mocno obniżył loty, a nawet zdrowy miał też niewielkie zaufanie Artety i… to było widać. Karnego sprokurował może pechowo (Alvarez trafił perfekcyjnie), natomiast całościowo miał sporo problemów z rywalami, przede wszystkim Lookmanem - groźnym, ale bez nastawionego właściwie celownika. Po golu na 1:1 Atletico złapało momentum, pachniało drugą bramką, zawodził Lookman, w poprzeczkę huknął Griezmann i… mecz faktycznie siadł.
Arteta zareagował zmianami, gospodarze zwolnili tempo, goście odzyskali rytm. A jednak znów zrobiło się gorąco, po tym jak nierozważny, spóźniony Hancko nastąpił na Eze. Kontakt był lekki, karny miękki, ale trudno zrozumieć, dlaczego Danny Makkelie, jak już wskazał na 11. metr, po analizie VAR odwołał tę decyzję. Nie był to oczywisty błąd, łatwiej skłonić się ku “jedenastce”, lecz Holender, ku zdumieniu Mikela Artety, który nie krył wściekłości, cofnął karnego. To może rzutować na wynik całego dwumeczu.
Dwumeczu, który - czego także mogliśmy się spodziewać - rozstrzygnie się we wtorek 5 maja w Londynie. Całościowo remis wydaje się zasłużony, z lekkim wskazaniem na Atletico. Arsenal może być niepocieszony po dużej kontrowersji z karnym, ale remis na wyjeździe, w osłabionym składzie, to cenny kapitał. Szczególnie, że “Kanonierzy” naprawdę wydają się być wypompowani całym sezonem, a przecież zanim rozegrają rewanż, mają jeszcze sobotni mecz wagi ciężkiej z Fulham w lidze. Sam rewanż “na żyletki’ zapowiada się emocjonująco, wynik i przebieg starcia w Madrycie to determinuje, zaś stawka jest przecież potężna.
Mówiliśmy o gigantach z PSG i Bayernu, tutaj na koniec warto wspomnieć o bohaterach obu stron. Statuetkę MVP zgarnął żegnający się z Madrytem w Lidze Mistrzów Antoine Griezmann, ale nam bardziej przypadła do gustu gra Alvareza. O Argentyńczyku było głośno przed gwizdkiem, bo nasilały się plotki o możliwym odejściu latem, “Cholo” sam rzucił nazwami zainteresowanych napastnikiem Barceloną i… właśnie Arsenalem. Spekulacje na razie zostały przecięte przez prezesa “Atleti”, a sam mistrz świata skupił się na boisku. I świetnie, bo zagrał kawał meczu. Sprawiał mnóstwo problemów “Kanonierom”, kreował, strzelał (ach, ta petarda z wolnego, o włos!), tyle, ile starczyło mu sił. Nie ma przypadku, że ofensywa gospodarzy siadła, gdy obolały zgłosił konieczność zmiany. Zupełnie się nie dziwimy zakusom innych klubów na Alvareza. Piękny piłkarz.
U gości jak zwykle imponował wszędobylski, zorganizowany i piekielnie inteligentny piłkarsko Declan Rice. Często jednoosobowa maszyna, choć warto też docenić solidny mecz Martina Zubimendiego. O tym, jak mocny i kluczowy jest Rice, słychać jednak często, na pewno częściej niż peany na temat Williama Saliby. A Francuz absolutnie zasługuje na słowa uznania. To dziś - właściwie od dłuższego czasu - ścisły światowy top na pozycji środkowego obrońcy. Znów zagrał na wysokim poziomie, do czego zdążył przyzwyczaić, nawet jeśli robi to dość dyskretnie. Nie ściąga uwagi kamer tak jak Gabriel Magalhaes, to nie typ “viralowca”, przemawia natomiast na boisku. Jest tak dobry i równy, że można o tym zapomnieć. Saliba, Rice czy Eze powinni być kluczami na wymagającym finiszu sezonu “The Gunners”.