Atomowy początek Lewandowskiego! Messi mógł podziwiać, Suarez "zezłomowany"
Robert Lewandowski w hitowy mecz z Interem Miami (1:1) wszedł tak, jakby przed pierwszym gwizdkiem dostał od Kazimierza Węgrzyna słynne wiaderko witamin. Później nie było już tak spektakularnie, ale Polak i tak może być z siebie zadowolony.
Chociaż delikatnym faworytem bukmacherów było Chicago Fire, przed pierwszym gwizdkiem to skład gości z Miami mógł robić zdecydowanie większe wrażenie. W ataku Leo Messi i Luis Suarez, w pomocy Rodrigo de Paul, na środku obrony Casemiro, który w ostatnim czasie został cofnięty pięterko niżej. Jedenastka gospodarzy dla postronnego kibica wyglądała już mniej spektakularnie - na pierwszy plan wybijał się w zasadzie tylko Robert Lewandowski.
Szybko okazało się natomiast, że nazwiska nie grają. To “Strażacy” z Chicago lepiej weszli w mecz, a pierwsze skrzypce od początku grał 38-letni Polak. Mógł i powinien zacząć od “niewidocznej” asysty, bo kapitalnie przepuścił piłkę, ale Robin Lod w świetnej sytuacji posłał piłkę praktycznie w… trybuny.
To na szczęście nie zniechęciło Lewandowskiego, który stwierdził najwidoczniej, że skoro futbolówki do siatki nie potrafią skierować jego koledzy, to on zrobi to za nich. W 10. minucie Polak wykorzystał bardzo dobre dośrodkowanie Andrew Gutmana z lewego skrzydła i strzałem z powietrza, pod samą poprzeczkę, pokonał bramkarza Interu.
Im dalej w las, tym “Lewy” miał już trudniejsze zadanie. Goście po stracie gola ewidentnie ożyli i w pewnym momencie zaczęli wręcz tłamsić gospodarzy. Uaktywnił się przede wszystkim Messi, który oddawał mnóstwo strzałów, ale tym razem miał dość kiepsko nastawiony celownik. Argentyńczyk zaliczał natomiast przynajmniej przebłyski, potrafił zagrozić bramce rywali, czasami zanotował też jakieś nieoczywiste i napędzające podanie. Tego samego nie można powiedzieć i napisać o Suarezie. Urugwajczyk ewidentnie jest już po drugiej stronie rzeki. Ociężały, spóźniony, coraz gorszy technicznie.
Trudno uwierzyć, że “El Pistolero” jest tylko rok starszy od Lewandowskiego. Niegdyś dwie wielkie strzelby Barcelony dziś są na zupełnie innych biegunach. Podczas gdy udane zagrania Suareza można było policzyć na palcach jednej ręki (w zasadzie wszystkie nie byłyby nawet potrzebne), Lewandowski potrafił zaimponować w nawet niepozornych sytuacjach. Jak wtedy, gdy sprytnie dał się sfaulować i kartkę musiał obejrzeć Maximiliano Falcon.
Mecz ostatecznie zakończył się podziałem punktów, bo już w drugiej połowie do siatki trafił Casemiro, który świetnie dołożył głowę po dośrodkowaniu Messiego z rzutu rożnego. Duet brazylijsko-argentyński jak najbardziej można pochwalić, ale… tej bramki w ogóle nie powinno być. Powtórki pokazały bowiem, że gościom korner się po prostu nie należał.
Lewandowski natomiast po piorunującym początku trochę zgasł. Starał się, wychodził do gry, klepał z kolegami, ale po 90 minutach nadal miał na koncie tylko jeden strzał - ten zakończony golem. Piorunująca skuteczność, trzeba przyznać. Messi próbował aż dziewięć razy, a sposobu na pokonanie dobrze dysponowanego Chrisa Brady’ego nie znalazł.
W końcówce kamery jeszcze raz skupiły się na Polaku, ale tym razem już nie po jakimś mniej lub bardziej spektakularnym zagraniu. To akurat rzadkość, ale “Lewy” znalazł się w centrum małej bijatyki. Zaczepił go Ian Fray, a Polak nie miał zamiaru tak tej sprawy zostawić. Raz odepchnął rywala, potem do akcji wkroczył też m.in. Rodrigo de Paul. Zrobiło się gorąco, co z perspektywy trybun oglądała rekordowa w historii Chicago Fire publika. Na trybunach zasiadły 63 094 osoby.
Lewandowski występ w ligowym hicie zakończył więc z bramką. A jak wypadł w innych statystykach? Docenić warto fakt, że był najczęściej faulowanym piłkarzem na murawie, bo rywale po starciach z nim przekraczali przepisy czterokrotnie. Polak podjął ponadto trzy próby dryblingu i dwie z nich były skuteczne. W polu karnym przeciwnika miał tylko dwa kontakty, ale z jednego z nich potrafił zrobić najcenniejszy użytek.
Trzeba przyznać, że Polak ewidentnie rozkręca się za oceanem. W 13 meczach strzelił już siedem goli i zaliczył dwie asysty. Ostatnio złapał mini-serię, bo nie dość, że zdobywał bramki w trzech spotkaniach z rzędu, to łącznie miał w nich udział przy pięciu trafieniach. Żałować może jedynie tego, że tym razem nie zapewnił drużynie zwycięstwa, bo ono mogłoby przybliżyć czwartych aktualnie w konferencji wschodniej “Strażaków” właśnie do drugiego Interu. Teraz “Lewy” i spółka mają cztery punkty mniej, natomiast muszą też rozegrać zaległy mecz.
Dobrze widzieć, że Lewandowski nadal jest w dobrej formie i potwierdza to w kolejnym klubie.