Wielkie show gwiazdy Barcelony! Jest dziś najlepszy na świecie
Aż trudno uwierzyć, że Barcelona pozostaje bez triumfu w Lidze Mistrzów już od ponad dekady. Czas w końcu to zmienić. “Blaugrana” zrobiła pierwszy krok z wielu, by czekanie miało się skończyć 5 czerwca przyszłego roku na Metropolitano w Madrycie. Z takim piłkarzem jak Raphinha da się to zrobić.
Dla podopiecznych Hansiego Flicka środowe spotkanie z Feyenoordem Rotterdam było idealną okazją na mocne wejście w europejskie rozgrywki. Nieskomplikowany rywal, własny obiekt i nadzwyczajna forma zwiastowały łatwe zwycięstwo, podczas gdy ekipa z Holandii chciała sprawić niespodziankę na jednym z najtrudniejszych terenów w Europie.
Start sezonu w wykonaniu Blaugrany jest absolutnie piorunujący. Zespół niemieckiego trenera zgromadził komplet 12 punktów w czterech meczach La Liga, bilansem bramkowym 17:2 nokautując kolejnych rywali. Ostatni sprawdzian przed Ligą Mistrzów był prawdziwym pokazem siły - Barcelona pokonała wówczas Valencię 5:0.
Największymi gwiazdami startu rozgrywek są oczywiście Raphinha i Lamine Yamal. Brazylijczyk błyskawicznie wszedł w rundę jesienną i znajduje się w znakomitej dyspozycji strzeleckiej, a 19-letni Hiszpan po raz kolejny udowadnia, że potrafi brać odpowiedzialność za grę Barcelony. W meczu z Valencią zdobył dwie bramki. Obok niego świetnie prezentują się także Fermín Lopez i Pedri.
Dla Yamala miała to być ponadto dobra okazja do pogoni za wyjątkowym rekordem. Hiszpan potrzebował zaledwie dwóch trafień, aby wyrównać rekord Kyliana Mbappé pod względem liczby goli w Lidze Mistrzów zdobytych przed ukończeniem 21. roku życia. Ostatecznie 19-latek musi na ten rekord jeszcze chwilę poczekać.
Przed pierwszym gwizdkiem spotkanie z Holendrami miało wyjątkowy podtekst. Na ławce Feyenoordu usiadł Giovanni van Bronckhorst – były piłkarz Barcelony, który z klubem z Camp Nou wygrał Ligę Mistrzów w 2006 roku. Od pierwszej minuty na boisku widzieliśmy też Mikę Marmola, wychowanka La Masii, który dziś reprezentuje barwy zespołu z Rotterdamu.
Kibice na Camp Nou mogli nerwowo obgryzać paznokcie jedynie przez 180 sekund. W stan euforii wprowadził ich bowiem niezawodny duet Yamal - Raphinha, chociaż zasługi przy pierwszym golu można rozłożyć mniej więcej na 10 procent dla Hiszpana i 90 dla Brazylijczyka. Pierwszy po prostu podał prostą piłkę do dzisiejszego napastnika Barcelony, a ten… o matko, samym przyjęciem minął jednego defensora, a dwóch następnych położył w taki sposób, że na długo zostaną internetowymi memami. - Ale ci bobsleiści z Feyenoordu będą kultowym gifem - śmiał się Marcin Borzęcki z Eleven Sports.
A wykończenie Raphinhi było najprostszym zagraniem w tej akcji.
Skoro obrona Holendrów została napoczęta tak szybko, można było przypuszczać, że strzelecka fiesta dopiero się zaczęła. I faktycznie. Mniej więcej kwadrans później fani ponownie wstali z miejsc, żeby oklaskiwać wspaniałą bramkę Karima Adeyemiego. Niemiecki skrzydłowy, niczym bardziej popularny imiennik z Francji, fantastycznym strzałem pokonał bramkarza i zaprezentował swoją firmową cieszynkę. Tym samym skrzydłowy w dwóch swoich debiutach w barwach Barcelony - w La Lidze i Champions League - potrafił wpisać się na listę strzelców.
Wrażenia po pierwszej połowie? Barca jadąca na maksymalnie drugim biegu czuła się komfortowo i gdy tylko chciała przyspieszyć, robiła to bez problemu. Kapitalnie futbolówką bawił się Yamal, który nie potrzebował goli, by wyglądać na absolutnie pierwszoplanową postać na boisku. Ośmieszał rywali, zakładał im dziury i sprawiał, że z każdym pojedynkiem z nim tracili pewność siebie. A gola w końcu i tak strzelił, korzystając ze skandalicznego ustawienia muru przy rzucie wolnym.
Holendrzy praktycznie nie istnieli - zarówno w pierwszej, jak i drugiej części gry. Z rzadka decydowali się na odważniejsze wypady, ale zazwyczaj były one pacyfikowane, zanim zdążyli oddać strzał. Pod bramką Joana Garcii brakowało ostatniego podania, chłodnej głowy. Czasem też centymetrów, gdy dwa gole zostały anulowane z powodu spalonego. Honorowa bramka przyszła późno i nie wystarczyła nawet na otarcie łez.
Tymczasem Katalończycy nie zamierzali odpuszczać, a po zmianie stron ponownie zaczął kąsać Raphinha. Gdy dostanie futbolówkę w strefie zagrożenia, możemy być pewni, że zrobi z niej użytek. Tak stało się po podaniu Daniego Olmo. Raphinha, mając obrońcę na plecach, spokojnie się odwrócił i posłał piłkę do siatki. Co tu dużo mówić, jest bardziej kliniczny, bardziej skuteczny nawet od Kyliana Mbappe czy Harry’ego Kane’a.
Pięć występów, osiem goli. Przypomnijmy tylko, że ten piłkarz nie został włączony do pierwszej trzydziestki plebiscytu Złotej Piłki, mimo że w poprzednim sezonie był równie kluczowym zawodnikiem swojej drużyny, co dzisiaj.
“Najlepszy Brazylijczyk na świecie obecnie i nie zapraszam do dyskusji” - przytomnie zauważył profil “Brazylijski futbol” na portalu X, ale chyba śmiało można poszerzyć zbiór o wszystkie narodowości świata. Co ciekawe, wśród zawodników z przynajmniej 20 golami i 15 asystami w ciągu ostatnich pięciu sezonów Ligi Mistrzów, Raphinha może ustawić się w szeregu tylko z jednym graczem. Swoim rodakiem, Viniciusem.
Dla pełnej satysfakcji swój stempel w meczu pozostawił kolejny Brazylijczyk. Gabriel Jesus zanotował swoje pierwsze trafienie w barwach Blaugrany stawiając kropkę nad “i”. Wynik 5:1 zadowolił nawet najwybredniejszych obserwatorów.
Barca kontynuuje swój wczesnojesienny spacerek po wszystkich piłkarskich rozgrywkach. Na kogo na razie nie trafia, rozbija w pył. I chyba taki stan rzeczy potrwa przynajmniej do końca października. Dopiero wówczas podopiecznych Flicka czekać będą dwa poważne sprawdziany i to jeden po drugim: wyjazd do Paryża na starcie z aktualnymi klubowymi mistrzami Europy, a potem domowe El Clasico. Do tego czasu, a może i dłużej, będziemy cmokać z zachwytu. Barcelona jest obecnie nie do zatrzymania.