Barcelono, co Ty robisz? To może skończyć się fatalnie
Ferran Torres najprawdopodobniej opuści FC Barcelonę. Tym samym Katalończycy stracą może nie jednego z najlepszych, ale na pewno bardziej przydatnych piłkarzy za kadencji Hansiego Flicka. “Blaugrana” miała dokonać spektakularnego wzmocnienia ataku, a na razie osłabia tę formację.
PSG chce Ferrana, Torres chce do Paryża. Takie informacje od kilku dni pojawiają się w większości mediów sportowych. Postawa obu zainteresowanych stron zupełnie nie dziwi. Mistrzowie Francji pragną ściągnąć jakościowego napastnika pasującego jak ulał do systemu, którego trzonem jest apozycyjność. Wychowanek Valencii zaczynał karierę jako skrzydłowy, ale Pep Guardiola w Manchesterze City podkreślał, że zbyt dobrze rozumie grę na środku ataku, aby na siłę trzymać go przy linii bocznej. Za to Luis Enrique doskonale zna go z czasów wspólnej pracy w reprezentacji. Kiedy był selekcjonerem, na żadnego innego piłkarza nie stawiał tak często. Ten tandem niedługo powróci.
Nieszczególnie zaskakuje też, że sam 26-latek ma być zdecydowany na opuszczenie miasta Gaudiego. Barcelona jakby nie w pełni doceniała zawodnika, którego miała w swoich szeregach. Klub nie przedłużył z nim umowy, a ta miałaby wygasnąć już w połowie przyszłego roku. W ostatnich tygodniach Deco bardziej był zajęty próbami - na razie kompletnie daremnymi - wyciągnięcia Juliana Alvareza z Atletico. “Blaugrana” ewidentnie chciała najpierw kupić podstawowego snajpera, a potem ewentualnie porozmawiać z Ferranem rozpatrywanym w roli zmiennika. Skończy się na tym, że w ekipie Hansiego Flicka zaraz nie będzie żadnej “dziewiątki”.
Piłkarz o dwóch twarzach
Ferran to ten typ piłkarza, który często był “sprzedawany” przez kibiców. Kiedy tylko marnował sytuacje, a zdarzało mu się to nagminnie, łatwo było znaleźć komentarze, że powinien opuścić klub przy pierwszej lepszej okazji. Problem Torresa polega na tym, że jego karierą rządzi prawo serii. Mając dobry okres, potrafi strzelić hat-tricka i poprawić jeszcze paroma golami w kolejnych meczach. Gdy już się zatnie, to prawie na amen. Wystarczy przypomnieć, że na początku tego roku miał serię trzech miesięcy bez zdobytej bramki. W tamtym momencie pewnie wszyscy cules chętnie podpisaliby się pod wytransferowaniem “Rekina”.
Trzeba jednak podejść do sprawy uczciwie i podkreślić, że liczba plusów Ferrana zwykle przeważała nad jego wadami. Przede wszystkim bronił się liczbami - w dwóch ostatnich sezonach w Barcelonie zebrał łącznie 40 goli i 10 asyst. Za kadencji Flicka brał udział przy bramce średnio co 92 rozegrane minuty. Do tego znakomicie funkcjonował w systemie trenera opierającym się na ciągłym pressingu, dynamice, grze na maksymalnej możliwej intensywności. Torresowi mogła czasem odskoczyć piłka, potrafił spudłować w pozornie prostej sytuacji, ale nigdy nie można było odmówić mu profesjonalizmu i zaangażowania.
Napastnik miewał różne momenty w karierze, jednak zawsze szukał wyjścia z tunelu. W momencie największej bessy zgłosił się do psychologa, aby poukładać pewne sprawy mentalne. Pod kątem fizycznym to zaś wzór profesjonalizmu. W hiszpańskich mediach informowano, że wykonuje on mnóstwo dodatkowych treningów poza klubem, każdy dzień rozpoczyna od lodowatej kąpieli, stosuje dietę okienkową, która pomaga trenować na pełnych obrotach. Robi wszystko, aby wycisnąć ze swojego potencjału chociaż ten jeden procent więcej.
- Zawsze otacza mnie hałas z zewnątrz. Zwykle negatywnych głosów jest więcej niż pozytywnych. Mi to nie przeszkadza, ja będę dalej pracował i robił swoje. Nie zawsze wszystko idzie po mojej myśli, ale nigdy się nie poddam. Wiem, że napastnika ocenia się po golach, a ja miałem okres posuchy, ale wierzę w to, że ciężka praca prędzej czy później skutkuje nagrodą - podkreślał po kwietniowych derbach, w których ustrzelił dublet.
Opieszałość w negocjacjach
Torres na pewno był przydatnym elementem Barcelony, czy to jako podstawowy napastnik, czy zmiennik Lewandowskiego. Dziwić może zatem, dlaczego klub tak frywolnie podszedł do tematu potencjalnej prolongaty. Od dawien dawna wiadomo było, że kontrakt Hiszpana wygaśnie w połowie przyszłego roku. To nie jest tak, że ta informacja nagle spadła z nieba i zaskoczyła Deco niczym zima drogowców. Czas jednak mijał, tygodnie i miesiące ulatywały w przestrzeń, a przedłużenia umowy nie było. I najpewniej już nie będzie.
- Ferran oferuje nie tylko gole, ale także pracowitość, pressing, ciągły nacisk na rywali. Flick bardzo wysoko ceni te elementy. Dlatego dziwić może. że wciąż panuje impas w negocjacjach dotyczących ewentualnej prolongaty. Został mu rok kontraktu, zatem jakaś decyzja musi zostać podjęta. Niektóre źródła sugerują. że Deco właściwie nie chce zapewnić Hiszpanowi nowej umowy - pisał jeszcze w maju Juan Jimenez z dziennika AS. - Agenci Ferrana chcą, aby jego pensja została podwyższona. Barcelona brała pod uwagę prolongatę jedynie przy utrzymaniu obecnych warunków. Jednocześnie klub za wszelką cenę chce uniknąć sytuacji, w której za rok odchodzi na zasadzie wolnego transferu - dodał Gerard Romero z Jijantes.
Czy można zrozumieć, że mistrzowie Hiszpanii nie chcieli przepłacać Ferrana? I tak, i nie. Oczywiście, że nie jest to ktoś, dla kogo warto byłoby robić komin płacowy. Ale mówimy też o zawodniku, który dotychczas nie zarabiał bajońskich sum. Według danych Capology roczna pensja Torresa wynosi 6,5 mln euro netto. To średnie rejony barcelońskiej drabinki, choćby Ronald Araujo, który od dawna odgrywa trzecioplanową rolę w zespole, inkasuje 8 mln euro na rękę. Karim Adeyemi, nowy nabytek “Blaugrany”, ma z miejsca dostać 6 mln euro za sezon. A przecież w ostatnich latach w BVB pokazywał mniej niż Torres na Camp Nou.
Nie znamy szczegółów negocjacji, natomiast naprawdę trudno wyobrazić sobie, aby Hiszpan żądał jakichś sum z kosmosu. Chciał raczej po prostu zostać doceniony podwyżką, na którą zapracował, będąc dość istotnym elementem układanki Flicka. Tymczasem Deco nie dopiął prolongaty, co najprawdopodobniej poskutkuje rozstaniem z 26-latkiem już w tym okienku. W końcu lepiej sprzedać teraz za cokolwiek, niż oddać za rok na zasadzie wolnego transferu. Zwłaszcza, że według doniesień The Athletic w przypadku przedłużenia umowy Ferrana “Barca” musiałaby przelać 7-8 mln euro na konto Manchesteru City. Tak negatywny zapis ustalono jeszcze w 2021 roku, kiedy piłkarz zamieniał Etihad na Camp Nou. Kataloński klub na własne życzenie postawił się w niekorzystnym położeniu. Po prostu zapędził się w kozi róg.
Barcelono, co ty robisz?
Po odejściu Ferrana w ofensywie Barcelony pozostaną Lamine Yamal, Raphinha, Anthony Gordon, Karim Adeyemi i Ronny Bardghji. Umówmy się, to nie jest atak, który rzucałby na kolana. Pewnie, że klub zamierza jeszcze dokonać wzmocnień, jednak naprawdę dziwi kolejność wykonywanych ruchów. Jak można tak łatwo rezygnować z Torresa, nie mając gotowego następcy? Może Deco chowa jakiegoś asa w rękawie, ale na razie wygląda to tak, jakby szedł all-in w Juliana Alvareza. Jakby był przekonany, że Atletico w końcu ustąpi i zgodzi się na sprzedaż swojej gwiazdy. Rojiblancos” mogą jednak w nieskończoność odsyłać “Blaugranę” do zaporowej klauzuli Argentyńczyka w wysokości pół miliarda euro. Piłkarz kilka tygodni temu podgrzał atmosferę, mówiąc publicznie, że chce opuścić Metropolitano, ale świat futbolu widział już nie takie deklaracje, z których ostatecznie nie wynikało nic konkretnego. Fakty są takie, że to Madrytczycy rozdają karty, a “Barca” może jedynie liczyć na korzystny rozwój wydarzeń.
Problem działaczy z Camp Nou polega na tym, że chyba aż zbyt mocno zafiksowali się na Alvarezie. Lewandowski nie przedłuża kontraktu? Spokojnie, zaraz kupimy Juliana. Ferran przeprowadza się do PSG? Nic się nie dzieje, mamy, to znaczy nie mamy, ale może będziemy mieć Juliana. Takie podejście doprowadziło do tego, że zaraz w klubie nie pozostanie żaden nominalny napastnik. No, może poza Hamzą Abdelkarimem, który grał na mundialu, ale jeszcze nie zadebiutował w ekipie Flicka.
Wiedząc, że “Lewy” odchodzi, a Torres ma nieprzedłużony kontrakt, można było, a nawet należało z większym wyprzedzeniem zabezpieczyć tę pozycję. Szczególnie, że opcji nie brakowało. Dla przykładu Vedat Muriqi w czerwcu przeniósł się z Mallorki do Fenerbahce za atrakcyjną kwotę 15,5 mln euro. Nazwisko Kosowianina nie elektryzuje jak Alvarez, ale to gwarancja goli, w poprzednim sezonie La Liga zebrał ich aż 23. Tymczasem “Barca” nawet nie zainteresowała się 32-latkiem, który przecież spełniał kryteria następcy Lewandowskiego. W stolicy Katalonii uznano, że Alvarez albo nikt. I ta druga opcja z każdym dniem staje się coraz bardziej prawdopodobna.
W całej sytuacji należy pochwalić PSG. Najpierw Luis Campos dopiął fenomenalny deal, sprzedając Goncalo Ramosa do Milanu za 74 mln euro. Według doniesień transfer Ferrana miałby wynieść połowę mniej. Warto przy tym zaznaczyć, że w dwóch ostatnich sezonach Portugalczyk zebrał 39 G/A, a Hiszpan 50. Paryżanie dokonują podmianki napastników, na której powinni wyjść na plus zarówno pod kątem sportowym, jak i ekonomicznym. Tak się robi biznes. Tak się tworzy zwycięską dynastię.