Skandal w hitowym meczu Porto. I to z udziałem Polaka. "Zrobił to celowo"
Fajerwerki były jedynie na trybunach, za sprawą kibiców. Porto przegrało w pucharowym szlagierze ze Sportingiem CP (0:1), a więcej niż o boiskowych wyczynach, będzie się mówiło o brutalnej pierwszej połowie. My czekamy na diagnozę stanu zdrowia Jana Bednarka, który po ostrym wejściu rywala przedwcześnie zakończył spotkanie.
To nie mógł być zwykły mecz. To “O Classico”. Pierwszy mecz półfinału, który właściwie jest przedwczesnym finałem Pucharu Portugalii, de facto przepustką do trofeum. Biorąc pod uwagę, że w drugiej parze walczą ze sobą trzecioligowe Fafe i drugoligowe Torreense, łatwo zakładać, że to jeden z dwóch pierwszoligowców, dwóch portugalskich gigantów, będzie wstawiał coś do gabloty 24 maja, gdy zaplanowano decydujące spotkanie na Estadio Nacional.
Dla polskiego kibica starcie FC Porto ze Sportingiem również miało szczególny charakter. W kadrze od lutego znajduje się trzech naszych reprezentantów, którzy odgrywają istotne role. Jan Bednarek i Jakub Kiwior stanowią o sile defensywy “Smoków”, Oskar Pietuszewski zaś coraz odważniej puka do podstawowego składu, dając drużynie dynamikę na skrzydle. Mało tego, trzy razy z rzędu rozpoczynał mecze w jedenastce, a świetne występy przekuwał także w liczby. Do dwóch asyst ostatnio dołożył premierowego gola w meczu z Aroucą.
Trener niebiesko-białych, mając na uwadzę dwa klasyki (drugi w sobotę, gdy Porto zmierzy się z Benficą), musiał ostrożnie zarządzać składem i w pierwszej “jedenastce” znalazł miejsce tylko dla jednego reprezentanta Polski. Jan Bednarek pokierował środkiem defensywy, choć tym razem nietypowo, będąc półlewym stoperem i mając za partnera Pablo Rosario, który nominalnie jest defensywnym pomocnikiem. Kiwior i Pietuszewski pozostali w odwodzie.
Stempel i obite żebra Bednarka
Z Kiwiorem czy bez, Porto tak jak przez cały sezon, tak i dzisiaj na Estadio Jose Alvalade trzymało szczelne zasieki. Kompaktowa, zbita defensywa pewnie odpierała zapędy “Lwów”, które z trudem wchodziły na właściwe obroty. Gospodarze pierwszą groźną akcję przeprowadzili dopiero po kwadransie gry, gdy Ivan Fresneda z dystansu próbował zaskoczyć Diogo Costę. Wciąż nie była to klarowna sytuacja, która mogła doprowadzić do utraty gola.
Zamiast składnych akcji kibice byli świadkami nadmiernej agresji na boisku. Bednarek w 25. minucie stał się ofiarą totalnie niepotrzebnego, brutalnego wejścia Luisa Suareza. Kolumbijski napastnik z całym impetem zaserwował Polakowi stempel na stopę, w dodatku zdzielił też w okolice żeber. Bednarek nie mógł złapać tchu i długo dochodził do siebie. Zastanawiające jest to, że sędzia nie zdecydował się w żaden sposób ukarać Suareza, VAR również nie zareagował. Ostatecznie filar defensywy Jana Urbana musiał zejść z boiska kilkanaście minut później po kolejnym zderzeniu, tym razem ze swoim bramkarzem. Wydaje się natomiast, że był to opóźniony skutek wcześniejszego starcia.
- Luis Suarez celowo uderzył Jana Bednarka, żeby go zranić. Powinien dostać czerwoną kartkę - mówił po meczu trener Porto, Francesco Farioli.
Za Bednarka wszedł Kiwior. Na murawie z kolei rozgorzała prawdziwa wojna, co chwilę sypały się iskry. Sędzia coraz częściej sięgał do kieszeni, ale pobłażliwie podszedł do brutalnego wejścia Alberta Costy, który trafił w nogi Geny’ego Catamo. Co istotne, Costa dwie minuty wcześniej zobaczył żółtą kartkę, za dużo mniejsze przewinienie, a po drugiej interwencji powinien pójść pod prysznic. Stracił głowę zarówno on, jak i arbiter. Z drugiej strony Suarez, którego nie powinno być dawno na boisku, pozwolił sobie na paradny gest do kamer: “jesteśmy okradani”.
Na szczęście w drugiej połowie było już więcej piłki w piłce. Alan Varela z Porto sprawdził konstrukcję bramki, trafiając w słupek po strzale z dystansu. Odważnie poczynał sobie też wprowadzony Kiwior. Chętnie wchodził w głąb połowy przeciwnika, dostrzegał swoich kolegów, posyłał dokładne drugie piłki.
Dobre wejście, mało minut
Polak nie mógł jednak nic poradzić na głupotę partnera z zespołu. A tak właśnie zachował się Seko Fofanna, który sfaulował w “szesnastce” Morten Hjulmanda. Luis Suarez najwyraźniej zapomniał o wcześniejszych uwagach w kierunku sędziów i ochoczo stanął do wykonania rzutu karnego. Nie dał Diogo Coście najmniejszych szans.
Wynik 0:1 był jednocześnie sygnałem dla trenera Francesco Farioliego, jak i Oskara Pietuszewskiego. 17-latek otrzymał nieco ponad 20 minut, zastępując Fofanę, winowajcę przy stracie bramki. Polski skrzydłowy już pierwszy kontakt miał bardzo obiecujący. Dostając piłkę przy linii bocznej fantastycznie zwiódł balansem ciała rywala i przerzucił futbolówkę na drugą stronę boiska, idealnie, “na nos”.
Na konkrety zabrakło czasu. Sporting cały czas świetnie się bronił i potrafił odpowiednio skontrować. Piłkarzom Porto natomiast w końcówce brakowało sił, żeby przynajmniej przetransportować piłkę do aktywnego Pietuszewskiego, który próbował być pod grą. Wynik 0:1 nie zmienił się do ostatniego gwizdka. Szansa dla Porto na zrewanżowanie się “Lwom” dopiero 22 kwietnia na własnym stadionie. Miejmy nadzieję, że już z kompletem Polaków, którzy wcześniej, oby, będą świętować awans na mundial.