Bezlitosna prawda o reprezentacji Argentyny. "Bez urazy"

Bezlitosna prawda o reprezentacji Argentyny. "Bez urazy"
Pawel Andrachiewicz / pressfocus
Janusz - Basałaj
Janusz BasałajDzisiaj · 15:10
O niesamowitym Leo Messim, który podczas trwającego mundialu potwierdza, że jest piłkarskim Bogiem - pisze Janusz Basałaj w kolejnym odcinku swojego mundialowego cyklu felietonów.
Kroniki Piłkarskie Janusza Basałaja to zbiór felietonów, w których doświadczony dziennikarz Meczyki.pl komentuje bieżące wydarzenia ze świata futbolu. Na czas trwających mistrzostwa świata zamieniają się one w Mundialowe Kroniki. Bo przecież dziś wszyscy żyjemy tym, co dzieje się za oceanem.
Dalsza część tekstu pod wideo

Jego wysokość Leo

Już dawno z takim rozbawieniem i ciekawością nie obserwowałem wyścigu na komplementy, jaki trwa podczas finałów mistrzostw świata. Rzecz dotyczy oczywiście Jego Wysokości Leo Messiego, reprezentanta Argentyny, a właściwie reprezentanta całego świata. Bo jest uznawany powszechnie za jakiegoś futbolowego Boga, który “oświeca nas swym blaskiem”. Przyznacie Państwo, że udało się mi coś nowego wymyślić, poza tymi komplementami typu: Geniusz, Kosmita, Fenomen, Tytan, Supermen… Nie chodzi jednak o wielkie słowa dla wielkiego piłkarza. Proponuję, by przez moment spokojnie i bez odlotu kibicowskiego zająć się wielkim Argentyńczykiem.
Od kilku lat ekipa Argentyny wydaje się być… jednoosobowa. Bo w cieniu najlepszego piłkarza świata wydaje się być przeciętna, by nie powiedzieć bezbarwna. Bez urazy, nie mam zamiaru deprecjonować takich piłkarzy jak Lautaro Martinez, Rodrigo de Paul, Alexis Mac Allister czy Cristian Romero. Mistrzowie świata zgodnie, w pocie czoła, pracują na geniusz Leo. Diego Maradona – poprzednik Messiego - miał wokół siebie Jorge Valdano, Jorge Burruchagę czy Daniela Pasarellę, a nawet pod koniec swej kariery towarzyszyli mu w jedenastce Argentyny tacy piłkarze jak np. Claudio Caniggia czy Gabriel Batistuta. Nie mam zamiaru porównywać na siłę byłych gwiazdorów z tym obecnymi. To może być niesprawiedliwe i nieuczciwe, ale jakoś osobiście wyżej cenię tamtych kompanów Boskiego Diego niż obecnych współpracowników Leo. Mój pogląd, moja wina, moja sprawa… Tak to widzę.
Czy to był Lionel Scaloni, czy ktoś z jego sztabu (m.in. Walter Samuel, Roberto Ayala, Pablo Aimar i od niedawna Gabriel Heinze), ale w Argentynie widząc, co się święci wokół Messiego, utworzono zespół dla niego, pod niego, mający za zadanie wykonania wielkiej roboty dla następcy Maradony. Przychodzili zdolni napastnicy, pomocnicy (m.in. Paulo Dybala, Lautaro Martinez, Julian Alvarez), ale i tak najwięcej do powiedzenia miał On – Jego wysokość Leo. Nie dziwi mnie wcale, że Scaloni każdą ważniejszą decyzję konsultuje właśnie z Nim. Reszta na boisku, jakby nie najbardziej utalentowana na świecie, zasuwa dla Niego i przy okazji dla Argentyny. Na placu robi co chce i kiedy chce, przede wszystkim zdobywa bramki, zapewnia punkty, awanse i mistrzostwa Argentynie. Prosty, ale jakże skuteczny układ. Przede wszystkim – zwycięski!
Co by było, gdyby Argentynie zabrać Leo na jakiś ważny mecz? Zobaczylibyśmy twardo grający zespół, z dobrą taktyką, doświadczeniem, ale bez efektów jakie tworzy Messi. Kto by tak napędzał akcję, czarował dryblingami, golami, asystami? To byłby ciągle świetny team, przed którym wierni fani i eksperci z pewnością nie padaliby na kolana. Co innego oglądanie Messiego. To trzeba czynić na klęczkach. Serio! Swoją rolę - bycia w cieniu Jego Wysokości - piłkarze Argentyny rozumieją wybornie. Bo sami tego chcą, bo chce tego selekcjoner, bo tego chce ich naród, a nawet cały piłkarski świat. To się wszystkim opłaca… Obcowanie z Nim, oglądanie Jego popisów na stadionie i przed telewizorem. Nawet kiedy zajada się w reklamach chipsami, kibicujesz mu, żeby się nie zakrztusił…
Futbol to jednak piękna gra, w której na trawę wychodzi się w jedenastu, ale gra tylko jeden. On. Jego Wysokość Leo!

Przeczytaj również