Bezlitosny Flick, gwiazda Barcelony skreślona. To przelało czarę goryczy
Ronald Araujo tymczasowo opuszcza FC Barcelonę. Urugwajczyk postanowił walczyć o odbudowę kariery w Liverpoolu. W ekipie Hansiego Flicka to nie było możliwe, ponieważ wyczerpał już limit szans.
Okienko transferowe to czas, kiedy trzeba zachować wyjątkową czujność. Czasami jeden niespodziewany ruch sprawia, że budzisz się w nieco innej rzeczywistości niż ta, w której zasypiałeś. Dobrym przykładem jest niedawna informacja o odejściu Ronalda Araujo do Liverpoolu, która spadła jak grom z jasnego nieba. Nie było wcześniej ani jednej plotki, ani pół informacji o takim temacie. Wszystko wyszło na jaw dopiero, kiedy Fabrizio Romano opublikował słynne “Here we go”, potwierdzając porozumienie.
Z czasem poznaliśmy więcej szczegółów zaskakującego wypożyczenia. Przede wszystkim “The Reds” biorą na siebie całą pensję 27-latka, która jest niemała, wynosi 11 mln euro netto rocznie. Dodatkowo włodarze z Anfield zapewnili sobie nieobowiązkową opcję wykupu w wysokości 55 mln euro. Na dziś jest to kwota, której raczej nie zapłaciłby za Urugwajczyka żaden klub. Co nie oznacza, że potencjalnie udany sezon w mieście Beatlesów nie zmieni optyki. Wszystko jest w rękach i nogach wychowanka Boston River.
Generator błędów
Futbol to gra błędów, popełniają je wszyscy piłkarze. Kluczowe jest to, co robią potem, jak na nie reagują. Jedni wracają na właściwe tory, inni wpadają w spiralę pomyłek i potknięć, która podtapia ich kariery. Ronald Araujo niestety na razie musi być zaliczany do tej drugiej grupy. On na własne życzenie stracił naprawdę mocny status, który wypracował sobie w pierwszych latach gry na Camp Nou. Przypomnijmy, że jeszcze w sezonie 2022/23 był liderem defensywy, prawdziwą ostoją. W El Clasico potrafił chować Viniciusa do kieszeni, porównywano go z Carlesem Puyolem. W pewnym momencie wszystko legło w gruzach.
16 kwietnia 2024 roku Araujo zaliczył słynną wpadkę, dostając czerwoną kartkę przeciwko PSG w ćwierćfinale Ligi Mistrzów. Barcelona prowadziła wówczas w dwumeczu 4:2, ostatecznie przegrała 4:6. Konieczność gry w dziesiątkę okazała się znacznie bardziej bolesna w skutkach niż ewentualna utrata bramki. Od tamtego momentu Urugwajczyk stąpał już właściwie tylko po równi pochyłej. Był symbolem kolejnych porażek na arenie europejskiej, w sezonie 2024/25 zawalił krycie przy dwóch golach Interu, które wyrzuciły “Barcę” z Champions League. W poprzednich rozgrywkach pokazał, że nie wyciągnął żadnych wniosków, wylatując z boiska za kompletnie niepotrzebny wślizg w Cucurellę. Katalończycy przegrali wtedy z Chelsea 0:3.
Po fatalnym występie na Stamford Bridge Araujo zniknął na ponad dwa miesiące. Dosłownie. Z powodu problemów mentalnych nie mógł ani trenować, ani grać. Aby poukładać sprawy w głowie, wyjechał w podróż spirytualną do Izraela. Później udzielił wywiadu Mundo Deportivo, w którym przyznał, że wcześniej przez półtora roku zmagał się ze stanami lękowymi. Te następnie przerodziły się w depresję. W pewnym momencie po prostu nie był w stanie rywalizować.
Klub i Hansi Flick naturalnie to zrozumieli. Kiedy stoper wznowił treningi, był powoli wprowadzany do zespołu. Do końca sezonu większość meczów rozpoczynał jako rezerwowy, w tym roku tylko dwa razy zagrał pełne 90 minut, a dziesięć razy razy w ogóle nie podniósł się z ławki. Kiedy już grał, to ze zmiennym szczęściem. Choćby w 1/8 finału LM przytrafił mu się kolejny absurdalny błąd. Przeciwko Newcastle zgłosił uraz, położył się za linią końcową, po czym wtoczył na boisko. Sędzia nakazał mu ponownie opuścić murawę i czekać na sygnał powrotu. Kiedy już go dostał, nie wrócił pędem do obrony, tylko jeszcze szukał dyskusji z arbitrem. W tym czasie “Sroki” strzeliły gola na 1:0.
- Spójrzcie na Araujo. Jest prawym obrońcą i nie ma go tam, gdzie być powinien. Newcastle ma piłkę, nie grasz dobrze tego wieczoru, to wyjazd w Lidze Mistrzów, musisz walczyć. Tymczasem Raphinha musi przez chwilę być prawym defensorem. Araujo miał czas, aby wrócić i odbudować pozycję. Nie zrobił tego, zawahał się. Dał szansę rywalom na objęcie prowadzenia - analizował Thierry Henry na antenie CBS Sports.
Prawda między oczy
Trudno przesadnie krytykować Araujo, mając na względzie jego problemy natury psychicznej. Podkreślmy zatem, że szanujemy 27-latka za umiejętność poradzenia sobie z wewnętrznymi demonami i powrót do gry. Trzeba jednak też spojrzeć na sprawę z perspektywy Barcelony. Masz obrońcę, który słynie z mniejszych lub większych wpadek w ważnych meczach. Po kolejnej czerwonej kartce przez ponad dwa miesiące nie jest w stanie grać. Kiedy już wraca, znów zdarza mu się popełnić boiskowe faux pas.. Na tak niepewnym zawodniku po prostu nie da się zbudować niczego trwałego. Okoliczności feralnej klęski na Stamford Bridge musiały przelać czarę goryczy. Wszystko, co wydarzyło się w trakcie i po tamtym meczu sprawiły, że Flick nie mógł już rozpatrywać Urugwajczyka jako kandydata do regularnej gry na wysokim poziomie.
- Od czasu porażki z Chelsea Flick stracił wiarę w Araujo. Jego odejście to sytuacja win-win dla Barcelony - podkreślił Javi Miguel z dziennika AS.
Gdyby Araujo został w Barcelonie, zapewne nadal byłby głębokim rezerwowym. Flick udowodnił już, że ufa duetowi Pau Cubarsi - Gerard Martin, Eric Garcia też zajmuje wyższe miejsce w hierarchii, a chwilowo do zdrowia wrócił jeszcze Andreas Christensen. Urugwajczyk mógł się z tym pogodzić lub podjąć rękawice w nowym środowisku. Wybrał szansę odrodzenia w Liverpoolu.
- Ronald zdecydował się odejść w poszukiwaniu minut po rozmowie z Hansim Flickiem. Trener potwierdził to, o czym już wcześniej Deco dyskutował z agentem piłkarza, że plan na ten sezon zakłada utrzymanie drugoplanowej roli. Obrońca woli zatem podjąć próbę odbudowy w innym klubie. Liverpool od lat śledził Araujo i tym razem stanął przed szansą, aby go ściągnąć - opisał Fernando Polo z Mundo Deportivo.
Twój problem cudzym rozwiązaniem
Śledząc reakcje na wypożyczenie Araujo, można łatwo dostrzec, że kibice Barcelony świętują, a fani Liverpoolu mają pewne obawy. Z jednej strony to słuszne, a z drugiej trzeba pamiętać, że futbol nie jest zerojedynkowy. Dziś Urugwajczyka postrzega się wyłącznie jako boiskową bombę zegarową z przyspieszonym zapłonem. Oczywiście zapracował na niechlubną renomę nieudanymi występami w Barcelonie. Nie można natomiast całkowicie zapominać o tym, że swego czasu był jednym z lepiej zapowiadających się stoperów w topowych ligach.
Główny problem Araujo polega na tym, że to nigdy nie był piłkarz skrojony pod Barcelonę. W paru wywiadach podkreślał, że po przybyciu do stolicy Katalonii przeżył szok, ponieważ brutalnie odstawał od kolegów pod kątem techniki i panowania nad futbolówką. Jego domeną jest gra w kontakcie, bezpośrednie pojedynki z napastnikami, możliwość wykorzystania potężnych warunków fizycznych. Od stopera “Blaugrany” wymaga się znacznie więcej.
- W Urugwaju gra jest bardziej bezpośrednia, wyprowadzenie piłki prawie nie istniało, bramkarz do ciebie podawał, a ty wykopywałeś dalej. W Europie gra się inaczej. Podczas pierwszych treningów w Barcelonie na trzy kontakty z piłką miałem trzy straty. Ale nie poddałem się, zabrałem do cięższej pracy. Mieliśmy małą arenę z płytami, które podświetlały się na czerwono i zielono, miałeś podać piłkę odpowiednią nogą w dany obszar. Pracowałem tam rano i wieczorem, prosiłem też trenerów Pimientę i Xaviego o dodatkowe materiały, dzięki którym mogłem się rozwinąć - opowiedział kilka lat temu na łamach The Guardian.
Czy nauka poszła w las? Pewnie, że nie. Araujo poczynił ogromny postęp w zakresie panowania nad piłką względem miernych początków w Barcelonie. Sęk w tym, że wciąż ustępuje w tym aspekcie Cubarsiemu czy Martinowi. Cudów nie ma, 27-latek zawsze będzie lepiej pasował do drużyny preferującej bardziej bezpośredni styl gry niż takiej, w której wymaga się od niego bycia jednocześnie stoperem i rozgrywającym. Właśnie dlatego opuszczenie Camp Nou, nawet jeśli tylko tymczasowe, może wyjść mu na dobre. Trafia do Premier League, gdzie dominują fazy przejściowe, a obrońcy nie są wytykani palcami, jeśli mają celność podań poniżej 90-92%. Niewykluczone, że w takim środowisku odnajdzie swoje miejsce.
Wszyscy zadowoleni
Araujo wzmacnia drużynę, w której droga do pierwszego składu powinna być znacznie krótsza niż na Camp Nou. Tak naprawdę jedynym pewnym stoperem Liverpoolu pozostaje Virgil van Dijk. Giovanni Leoni z powodu zerwanego więzadła krzyżowego w poprzednim sezonie rozegrał tylko jeden mecz, Joe Gomez niedawno doznał kontuzji, a ściągnięty z Rennes Jeremy Jacquet dopiero wraca do zdrowia po operacji barku. Andoni Iraola zastał w defensywie prawdziwy szpital, co zmusiło klub do działania.
Liverpool nie ryzykuje wiele, ponieważ jeśli Araujo się nie sprawdzi, to za rok wróci do Barcelony. Katalończycy chwilowo zluzują budżet, zrzucając z niego pensję na poziomie 11 mln euro netto. Z kolei sam piłkarz, który nie był pierwszym, drugim, ani nawet trzecim wyborem Flicka, staje przed szansą na udowodnienie wartości, którą prezentował 3-4 lata temu. Teoretycznie wszyscy mogą być zadowoleni z ubitego interesu.