Brutalne zderzenie Łukasza Piszczka. I jeszcze to wymowne 30 sekund. "Obraz człowieka przegranego"

Brutalne zderzenie Łukasza Piszczka. I jeszcze to wymowne 30 sekund. "Obraz człowieka przegranego"
Lukasz Sobala / pressfocus
Mateusz - Hawrot
Mateusz HawrotDzisiaj · 19:19
Koszmarne wejście do poważnej pracy jako pierwszy trener zanotował Łukasz Piszczek. Fatalne wyniki, marny styl, powtarzalne błędy - drużyny na boisku i samego szkoleniowca. Wystarczyło, by misja w Tychach zakończyła się klęską, “Piszczu” wywiesił białą flagę. Nie oznacza to natomiast, że kiedyś nie będzie dobrym trenerem-praktykiem, a nie tylko teoretykiem. Nie kończmy ludziom karier po ośmiu meczach.
Nawet najwięksi sceptycy nie spodziewali się zapewne, że praca Łukasza Piszczka w Tychach zakończy się po czterech miesiącach (w tym dwóch przerwy zimowej) i ośmiu meczach, z bilansem dwóch remisów i sześciu porażek. A jednak. To miała być misja trudna, obarczona ryzykiem, były wybitny reprezentant Polski wiedział, na co się pisze. Wyszło natomiast fatalnie, niemal najgorzej jak się dało, z rezygnacją po kompromitującej porażce 0:4 z bezpośrednim rywalem o utrzymanie.
Dalsza część tekstu pod wideo
Porażce, po której Piszczek sprawiał wrażenie człowieka właśnie zrezygnowanego, przybitego, jakby przejechał po nim walec. Konferencja prasowa trwała pół minuty, trener pogratulował Stali Mielec i przyznał, że to “wstyd i rozczarowanie” dla jego zespołu. Następnie odpowiedział na pytanie o możliwe odejście z klubu (“na gorąco nie chcę się odnosić”) i… tyle. Smutny obraz człowieka przegranego, który - jak można sądzić - już wtedy doskonale wiedział, jaką decyzję podejmie.
“Cholera jasna, miało wyjść inaczej” - jak z tego mema, ale cytat pasuje tutaj jak ulał. Odkąd GKS Tychy zatrudnił Łukasza Piszczka, non stop był na świeczniku. Wtedy, gdy na początku listopada “Piszczu” przejmował schedę po Arturze Skowronku, zaskoczenie mieszało się z ekscytacją. Zaskoczenie, bo legenda Borussii Dortmund dawno mogła pracować w PKO BP Ekstraklasie, a jednak na pierwszy trenerski “projekt” wybrała walczącego o uniknięcie spadku pierwszoligowca w kryzysie. Ekscytacja, bo długo czekaliśmy na wejście Piszczka do poważnej gry w nowej roli. Obie strony zaryzykowały - klub wziął, mimo wszystko, “kota w worku”. 40-latek mógł zaś tutaj więcej stracić niż zyskać. I stracił.
Stracił, chociaż wziął do Tychów zaufanych współpracowników. Stracił, chociaż podczas zimowej przerwy - zgodnie z umową - klub zapewnił mu szereg wzmocnień. GKS jesienią wyglądał fatalnie po letniej serii osłabień. Ostatni mecz wygrał w końcówce sierpnia, brakowało i jakości czysto piłkarskiej, i charakteru. Zimą przyszło dziewięć nowych nazwisk, w większości sprawdzonych na tym szczeblu. Zadbano o każdą formację, Łukasz Piszczek absolutnie nie mógł narzekać na to, co mu zapewniono. Właściwie w każdym ruchu widzieliśmy logikę. Trener dostał też czas, bo nie były to ruchy last minute. Miał narzędzia, by to po swojemu poukładać, wypracować określony styl gry, “galowy” zestaw personalny.
Nic z tego. Jak Tychy fatalnie wyglądały w obronie jako cały zespół, tak wyglądały nadal. Jak źle kryły we własnym polu karnym, tak źle kryły nadal. Zmiany w składzie nic nie wniosły. Nie pojawił się wyczekiwany styl gry, nie poznaliśmy tożsamości drużyny, szybko wróciła niepewność, nerwy. Największy pomysł widoczny był chyba w otwierającym rundę meczu z Wisłą Kraków, przegranym 1:3, gdzie imponował szczególnie żelazny pressing (mimo problemów w ostatniej tercji). Do tego dorzucilibyśmy fragment kolejnego spotkania, z Odrą Opole, zremisowanego 1:1. Tam, mimo niezłej drugiej połowy, nie udało się wygrać. Dziś, z perspektywy czasu, to mógł być kluczowy moment. Później GKS szedł tylko w dół. Kumulacja pomyłek zatrważała. Rywalizacja z dołem tabeli przyniosła klęskę, trzy porażki, w tym tę spektakularną, z dotychczas koszmarnie punktującą Stalą Mielec.
Sam Łukasz Piszczek z jednej strony może i próbował różnych rozwiązań, z drugiej - łatwo można było odnieść wrażenie, że się pogubił. Wybór składu przypominał maszynę losującą, żonglowanie zawodnikami i koncepcjami nie przyniosło żadnego efektu. Oglądając każdy mecz GKS-u nie czułem, że ten zespół ma jakikolwiek styl, pomysł. Bez widocznej jakości, nijako, a jedyna powtarzalność to ta w tyłach, gdzie błąd gonił błąd. Do tego dochodzi zadziwiająca zdolność do autodestrukcji i, co naturalne w takiej sytuacji, morale na łeb, na szyję. Trochę nic nowego, trochę trudno uwierzyć, że za kadencji Piszczka było jeszcze gorzej niż wcześniej. Tychy spadły na ostatnią pozycję w tabeli i wylądowały tam absolutnie zasłużenie, bo na dziś są najgorszą ekipą w lidze.
W takich okolicznościach trener uznał, że wystarczy, że on z tej drużyny nic już nie wyciśnie, że złej karty nie da się odwrócić. Rzucił ręcznik, wywiesił białą flagę, zrezygnował. Do tego to zmierzało. Poniósł spektakularną porażkę - tu nie ma wątpliwości. Zakończył nieudaną kadencję właściwie bez żadnego pozytywu. Dlaczego to się nie udało? Teoria a praktyka - to zderzenie w futbolu znów okazało się bolesne. Wiedza, doświadczenie i PR (notabene: zewnętrzny, nie będący intencją trenera) - to za mało. Być może wymarzony, podręcznikowy styl zarządzania zespołem nie sprawdził się w trudnych warunkach bojowych. Być może GKS w takim momencie sezonu potrzebował czegoś innego. Być może do złożenia zespołu z tyloma nowymi twarzami i wdrożenia swojej myśli szkoleniowej zwyczajnie zabrakło kompetencji, obycia.
Fakty są takie, że całość jednak Łukasza Piszczka przerosła. Już na wejściu do kariery trenerskiej zaryzykował i się sparzył. Nie wyszło mu zupełnie. Podkreślę natomiast jedno: nie kończmy mu tejże kariery po ośmiu meczach. Katastrofa w Tychach nie oznacza, że “Piszczu” jest czy będzie złym trenerem. Nie popadajmy w skrajności, bo takie opinie też się pojawiają: “a, bo wy, źli dziennikarze, pompowaliście go do granic możliwości, a okazał się słaby”. Dzisiaj tak, bez cienia wątpliwości. Jutro - niekoniecznie.

Oglądajcie I Liga Raport na kanale Meczyki:

Przeczytaj również