Cudem awansowali do topowej ligi, teraz robią w niej furorę! Już upokorzyli giganta
Ich awans do Premier League był piłkarskim cudem. Utrzymanie w niej ma stanowić mission impossible. Hull City jednak nic sobie z tego nie robi. Niektórzy przepowiadali “Tygrysom” pobicie niechlubnego rekordu 11 punktów Derby County. Tymczasem po dwóch kolejkach mają na koncie już ponad połowę tego wyniku, nie straciły gola i pokonały Manchester United.
Przed startem sezonu w Anglii opinia publiczna i eksperci się zgadzali. W Premier League pojawił się jeden z - na papierze - najsłabszych beniaminków w jej historii. Hull City kompletnie zaprzeczyło logice, utrzymując się właściwie przez całe rozgrywki 2025/26 w czołówce Championship, a następnie gwarantując sobie awans w barażach, choć według modeli analitycznych było jedną z najsłabszych ekip ligi. W tabeli expected points portalu Opta plasowało się na przedostatnim, 23. miejscu. “The Tigers” przed startem poprzedniego sezonu nie mogli nawet kupować piłkarzy, ale pomimo tego zadali kłam liczbom. Ich styl gry nie bez powodu był charakterystyczny raczej dla ekip z dolnej połowy ligowej stawki. To może jednak okazać się atutem po wejściu ligę wyżej.
Awans zamiast walki o utrzymanie
Gdyby na początku sezonu 2025/26 ktoś powiedział kibicom angielskiej Championship, że jednym z zespołów, które wywalczą awans do Premier League, będzie Hull City, to niemal żaden z nich by w to nie uwierzył. “Tygrysy” dopiero co finiszowały tuż nad strefą spadkową, uciekając z niej w ostatniej kolejce.
Co więcej, zaliczyły kompletną przebudowę kadry. W letnim okienku na stałe odeszło aż 12 zawodników. Sześciu kolejnych skończyło wypożyczenia. W ich miejsce przyszło ośmiu nowych graczy, kilku też wypożyczono. Klub musiał ponadto poradzić sobie z zakazem transferów gotówkowych, bo wcześniej miał zaległości w opłatach za wypożyczenie Louiego Barry’ego z Aston Villi. W związku z tym “The Tigers” mogli pozyskiwać tylko graczy z wolnego transferu lub właśnie na zasadzie wypożyczeń. Poważne odświeżenie kadry w takich warunkach nie napawało optymizmem.
Ekscentryczny właściciel, turecka osobowość telewizyjna i magnat medialny, Acun Ilicali zmienił też trenera - już piąty raz od objęcia sterów klubu w styczniu 2022 roku. Miejsce byłego asystenta Michała Probierza z Arisu Saloniki, Rubena Sellesa, zajął Sergej Jakirović. Postać całkowicie anonimowa na Wyspach. Chorwat wcześniej pracował jedynie na Bałkanach, prowadząc m.in. słoweński Maribor czy Dinamo Zagrzeb. Do Anglii trafił z tureckiego Kayserisporu.
Mieliśmy więc ekipę świeżo po walce o utrzymanie do samego finiszu rozgrywek, z kadrą przebudowaną bez dostępu do budżetu i… wielką niewiadomą na ławce trenerskiej. Brzmiało to jak przepis na niemałe tarapaty. Tymczasem efekt okazał się niebywały. Hull wskoczyło do strefy barażowej w grudniu i utrzymało się w niej niemal do samego końca. Co prawda na ostatniej prostej na moment z niej wypadło, ale sezon zasadniczy udało się zakończyć na lokacie premiowanej udziałem w play-offach. “The Tigers” wyrzucili z nich najpierw rozstawione najwyżej Millwall, a potem Middlesbrough, które do finału dostało się przy zielonym stoliku, po wykluczeniu Southamptonu za szpiegowanie rywali. O wygranej w decydującym meczu na Wembley zadecydowała bramka Olliego McBurniego w piątej minucie doliczonego czasu gry.
Nie mieli prawa awansować
Niespodziewany sukces Hull osiągnęło w oparciu o bardzo bezpośredni futbol. Przyjąć rywali na swojej połowie, przenieść piłkę szybko pod bramkę przeciwnika, często długim podaniem, a potem starać się zrobić użytek z tego, że już się tam znalazła - nawet jeśli rywal pierwotnie wygra o nią walkę. Jak wylicza portal The Athletic w oparciu o dane Opty, Hull strzeliło aż 12 goli po kontratakach, co było drugim wynikiem w lidze. średnie posiadanie piłki wynosiło 45,8% - to szósty wynik od dołu.
Awans Hull nie opierał się jednak na szczególnie szczelnej defensywie. “The Tigers” stracili aż 66 bramek w 46 kolejkach. Tylko trzy z 24 zespołów ligi miały bardziej “dziurawą” obronę. (co ciekawe, w barażach wszystkie mecze zagrali na zero z tyłu). Aż 15 z 21 wygranych w sezonie zasadniczym odnieśli różnicą jednej bramki. A bardziej zaawansowane statystyki potwierdzały tylko, że wyszarpali ze swoich spotkań absolutnie 110 (a może i więcej) procent.
W tabeli expected points uplasowali się na przedostatniej pozycji w lidze. Według tego modelu powinni uzbierać zaledwie 53 punkty. Tymczasem mieli ich aż 20 więcej i kompletnie zadali kłam analitycznym statystykom, finiszując na siódmej lokacie, by zszokować świat angielskiej piłki w play-offach. Wygrywali, choć regularnie to rywale mieli w teorii lepsze sytuacje do zdobywania bramek. Oczywiście ich wyniku nie można podważać i mu umniejszać, bo statystyki nie grają, a boisko je weryfikuje, lecz mowa tu o rozbieżności niemożliwej do pominięcia. Awans Hull był historią szalenie mało prawdopodobną. Nie tylko z perspektywy ich przedsezonowych szans, ale i tego, co działo się na murawie już w trakcie rywalizacji.
Podpadli… Pogoni Szczecin
Nic dziwnego, że przed startem kampanii w Premier League to właśnie “Tygrysy” wskazywano za najsłabsze ogniwo rozgrywek. Wielu obserwatorów i kibiców wspominało nawet, że ta drużyna może realnie “zagrozić” niechlubnemu rekordowi 11 punktów zdobytych przez Derby County w sezonie 2007/08. By marzyć o przetrwaniu, trzeba było się wzmocnić. Hull wchodziło bowiem do ligi z kadrą wycenianą na około 120 milionów euro - ponad dwukrotnie tańszą od całej reszty ligi.
A o to zadbać miał człowiek z… Pogoni Szczecin. Na początku lipca rolę dyrektora sportowego w Hull City objął Okan Ozkan, który pełnił funkcję dyrektora skautingu i rekrutacji “Portowców”. Jego przeprowadzka do Anglii sprowokowała nawet wymianę uszczypliwości między właścicielem Pogoni, Alexem Haditaghim, a bossem Hull.
Ozkana czekało intensywne lato. Beniaminek Premier League, tradycyjnie już za rządów tureckiego właściciela, dokonał naprawdę wielu transferów. Te jednak były konieczne. A Ilicali zaskakiwał, bo w trakcie okienka informował na X-ie o planach transferowych Hull w taki sposób, jak poniżej:
Część z jego deklaracji z początkowego okresu mercato można łatwo zweryfikować. Z przedstawionej w lipcu listy udało się dopiąć opcje numer cztery (Hidemasa Morita), sześć (Konstantinos Tzolakis), siedem (Nobel Mendy), osiem (Lucas Herrington), dziewięć (Elliot Stroud) i dziesięć (Mohamed Ali-Cho). Skuteczność jest niezła, zwłaszcza że w międzyczasie do klubu zawitały też nazwiska spoza tego zestawienia, jak znający Premier League Tim Iroegbunam z Evertonu, czy młodzi i perspektywiczni Jens Hjerto-Dahl z Tromso, Ilyas Ansah z Unionu Berlin oraz ogromny grecki talent z Olympiakosu, Christos Mouzakitis.
Hull łącznie przeznaczyło na wzmocnienia około 150 milionów funtów. Większość pozyskanych zawodników nie ma doświadczenia w Premier League. Kadra “Tygrysów” miała pod tym względem spore deficyty. W ekipie wchodzącej wyżej próżno było szukać graczy z - nawet przebrzmiałym - statusem ugruntowanego zawodnika angielskiej elity. Ściągnięto głównie młodych wciąż piłkarzy z zagranicy. Zaledwie czterech z 18 pozyskanych zawodników ma więcej niż 24 lata. Jedynie pięciu z nich zgromadziło na koncie występy w EPL. W klubie wierzą jednak, że pod wodzą Jakirovicia uda się ponownie zagrać na nosie opinii publicznej.
“Tygrysy” jednak kąsają
Paradoksalnie siłą Hull może być sposób, w jaki drużyna grała w Championship. W poprzednich latach widzieliśmy wiele historii odważnych zespołów, prezentujących na zapleczu Premier League ofensywny futbol, które potrafiły deklasować tam konkurencję, by zebrać łomot na najwyższym szczeblu. Tak było m.in. z Burnley Vincenta Kompany’ego czy Southampton Russella Martina. Obie ekipy spadły od razu po awansie, dając się zapamiętać z naiwnego futbolu opartego na rozgrywaniu od tyłu po ziemi i wielu niepotrzebnych, wynikających z niego błędów.
“Tygrysy” Jakirovicia to ich dokładne zaprzeczenie. Wywalczyły awans niską, zachowawczą, zdyscyplinowaną grą i nastawieniem na kontry. I dokładnie w ten sam sposób podchodzą do rywalizacji w Premier League. A pierwsze kolejki pokazały, że takie nastawienie może pomóc im sprawić kilka niespodzianek, bo jest po prostu dużo bardziej dopasowane do tego, w jakich realiach się znalazły.
Już na inaugurację sezonu piłkarze Hull zdobyli imponujący skalp. Pomimo poważnych osłabień spowodowanych urazami sensacyjnie pokonali u siebie Manchester United 2:0, robiąc dokładnie to, co potrafią najlepiej. Mieli piłkę dużo rzadziej od rywali, ale bronili zacięcie i wykorzystali szanse po stałych fragmentach.
W zdobyciu trzech oczek pomógł im też element zaskoczenia taktycznego. W okresie przygotowawczym, podobnie jak w poprzednich rozgrywkach, ustawiali się z czwórką w obronie. Tymczasem w lidze Jakirović zagrał piątką z tyłu. Zbudowany przez niego kolektyw zadziałał świetnie i odebrał argumenty faworyzowanym rywalom. Środkowi pomocnicy: Matt Crooks i Regan Slater zupełnie zdominowali Youriego Tielemansa i Andreya Santosa. Ci gracze kosztowali United łącznie niemal 100 milionów euro. Duet Hull ściągany jeszcze w niższych ligach - niewiele ponad milion. To w pewnym sensie pokazuje, jak dużo “The Tigers” wycisnęli z dostępnych zasobów personalnych. Po letnich wzmocnieniach oczywiście do składu wskoczą inne, droższe nazwiska. Ale na ławce czy na niektórych pozycjach w podstawowej jedenastce wciąż będziemy oglądać zawodników na papierze raczej kojarzonych z niższymi poziomami rozgrywkowymi.
W drugiej serii gier na beniaminka czekało zupełnie inne wyzwanie - starcie z drużyną świeżo po awansie z Championship: Coventry City. I ten test Hull również zdało. Ponownie w podobnym stylu i z około 30-procentowym posiadaniem piłki. Cierpliwa defensywa i kontry dały wygraną 1:0 na terenie rywala. W efekcie “Tygrysy” są jedną z zaledwie czterech drużyn Premier League z kompletem punktów po dwóch kolejkach i jedyną obok Arsenalu bez straconego gola. Pobicie rekordu Derby wydaje się niemożliwe. Po zaledwie dwóch seriach gier mają już ponad połowę tamtego niechlubnego dorobku punktowego. Są też dopiero czwartym beniaminkiem w historii Premier League, który zaczął rozgrywki od dwóch wygranych. Tylko jedna z trzech poprzednich takich historii zakończyła się spadkiem - ta z sezonu 2016/17 w wykonaniu… Hull właśnie.
To będzie dla “Tygrysów” długi, wymagający sezon. Utrzymanie wciąż wydaje się gigantycznym wyzwaniem. Kadra, choć jej wartość podskoczyła do 250 milionów euro, dalej jest najtańsza w lidze. Jeśli jednak uda się kontynuować dobry start rozgrywek, zdobywając bufor punktowy na pozytywnej fali po dwóch wygranych, a nabytki się sprawdzą (Tzolakis już zaimponował postawą między słupkami, a Mendy strzelił gola w pierwszej kolejce), to Hull może pomarzyć o sprawieniu sensacji.