Czarodziej rozpoczął marsz po Złotą Piłkę. "Zabrzmiał ostatni dzwonek. Zasługuje"

Czarodziej rozpoczął marsz po Złotą Piłkę. "Zabrzmiał ostatni dzwonek. Zasługuje"
Pressfocus.pl
Wojciech - Klimczyszyn
Wojciech KlimczyszynDzisiaj · 06:50
MVP mógł być tylko jeden. Raphinha bezwzględnie karci Real Madryt, podrzuca w górę następne trofeum, znajduje się w stratosferycznej formie. Pokazuje też Viniciusowi, jak powinien zachować się sportowiec, gdy wyniki jakiegoś plebiscytu nie zawsze współgrają z jego oczekiwaniami.
Minęły dwa miesiące, odkąd Raphinha wrócił do gry i Barcelona musi być wdzięczna za to, że pauza nie trwała aż tak długo. Bardzo go na boisku brakowało. Teraz z nim w składzie klub z Katalonii wygląda niemalże jak “samograj”, a 29-latek podkręca indywidualne statystyki. W ostatnich dziesięciu spotkaniach strzelił osiem goli, w tym cztery zapakował na samym arabskim turnieju w Superpucharze Hiszpanii. A finał? No cóż, to było partidazo. Mecz jego imienia.
Dalsza część tekstu pod wideo

W Klasykach lepszy od “Lewego”

Brazylijski skrzydłowy wolno wchodził w mecz. Na początku zmarnował stosunkowo łatwą okazję, mając przed sobą tylko bramkarza Realu strzelił bardzo niecelnie. Wpadkę z nawiązką zrekompensował niedługo później, otwierając wynik spotkania, silnym i płaskim strzałem. Jeszcze przed przerwą zaliczyłby najbardziej spektakularną interwencję obronną na linii ostatnich lat, gdyby nie fakt, że jego koledzy nie upilnowali Gonzalo Garcii i dali mu wykorzystać dobitkę.
Im dalej w spotkanie, tym Raphinha jeszcze bardziej się rozkręcał. Pracował ciężko bez piłki, przewodził drużynie i zachowywał skuteczność w rozprowadzaniu. W 70. minucie uśmiechnęło się do niego szczęście po raz kolejny. Futbolówka po jego uderzeniu pewnie nie zmierzałaby w światło bramki, ewentualnie zostałaby obroniona, ale dołożona noga Raula Asencio spowodowała, że Barcelona trzeci raz cieszyła się z prowadzenia. I tym razem nie oddała już go do samego końca.
Tym samym Brazylijczyk udowodnił, że potrafi rywalizować w najważniejszych spotkaniach. Przeciwko Realowi Madryt strzela jak natchniony. W niedzielę dopisał sobie trafienia numer sześć i siedem w 13 starciach z “Królewskimi”, w tym cztery razy pokonywał Courtois w dwóch finałach Superpucharu. Trudno o większą regularność wśród piłkarzy Barcelony. Dla porównania Robert Lewandowski ma sześć goli w 14 potyczkach.
Najlepszy ostatnio gracz Barcelony wszedł w ostatni rok przed ukończeniem trzydziestki i być może właśnie zabrzmiał ostatni dzwonek na to, by zebrać jakieś indywidualne zdobycze. W zeszłym roku zajął rozczarowujące piąte miejsce w plebiscycie Złotej Piłki, ale odwrotnie niż Vinicius, który przegrał statuetkę w 2024, nie podłamał się, nie obrażał, tylko rozpoczął nową kampanię. Dziś jest na dobrej drodze, by wywindować swój profil na jeszcze wyższe miejsce w tym roku. Zasługuje na to.

Sukces potrzebny od zaraz

Minorowe nastroje w drugim obozie. Real wróci do Madrytu z niczym, a atmosfery nie poprawi ani względnie niezła gra w drugiej połowie, ani przełamanie Viniciusa z najpiękniejszą bramką na turnieju, ani tym bardziej wymęczone i nie do końca sprawiedliwe zwycięstwo w półfinale z Atletico. “Królewscy” ponownie są na “dobrej” drodze do zakończenia sezonu bez trofeum. Superpuchar jawił się jako najprostszy sposób na dodanie czegoś do klubowej gabloty.
Tymczasem w lidze podopieczni Xabiego Alonso tracą cztery punkty do katalońskiego ekspresu, w Lidze Mistrzów co kolejkę są ciężary, a w krajowym pucharze zawsze może się powinąć noga. Wicemistrzowie Hiszpanii potrzebują na szybko jakiegoś sukcesu i już wiadomo, że na kolejny trzeba będzie czekać przynajmniej do maja (jeśli w ogóle).
Odwrotnie niż podczas październikowej wygranej w Klasyku, wczoraj Real oddał całkowicie inicjatywę. Miał zaledwie 32% posiadania piłki, zespół chował się za podwójną gardą i próbował swych sił w kontrach. Ale było ich jak na lekarstwo. Brakowało ambicji, by przejąć kontrolę nad meczem, ale trzeba też uczciwie przyznać, że “Blaugrana” miała w środku pola wszelkie narzędzia, by odpowiednio ustawić sobie spotkanie.
Nie należy natomiast oczekiwać zwolnienia Alonso. Zegar odliczający jego egzekucję został zatrzymany po wygranej z Atletico, a i porażka w finale nie była upokarzająca jak w zeszłym roku, gdy stery dzierżył jeszcze Carlo Ancelotti. W tym sensie można powiedzieć, że zespół zrobił delikatny krok do przodu. A kto wie, jak potoczyłoby się to, gdyby Alvaro Carreras lepiej pocelował w ostatniej minucie meczu. Albo gdyby Kylian Mbappe był na tyle zdrowy, by zagrać dłużej niż 15 minut.
Francuz pojechał do Arabii Saudyjskiej głównie po to, by zasiać strach wśród przeciwników, a w finale wszedł jako ostatnia deska ratunku. Kwadrans wykorzystał wzorcowo, chociaż dał z siebie może jakieś 50%. Po faulu na nim Frenkie de Jong wyleciał z boiska, a później napastnik wykreował najdogodniejszą sytuację dla Realu w drugiej połowie. Los Madrytu ciągle zależy od jego zdrowia.

Zagrał kartą Mourinho

Ciekawą uwagą podzielił się publicysta “Marki”. Jak twierdzi Garcia Ochoa, Xabi Alonso “ożywił ducha Jose Mourinho” z finału Pucharu Króla w 2011 roku. Portugalczyk wtedy wystawił Pepe jako pomocnika, by stłamsić siłę ognia tamtejszej Barcelony, a wczoraj Bask zdecydował się na nieoczekiwany i destrukcyjny plan w formie pięcioosobowego składu defensywy, z Aurelianem Tchouamenim w roli stopera. Koncepcja wypaliła, ale tylko połowicznie.
Chociaż system kompletnie zawiódł w kontekście kreacji, tworzenia sobie szans, to jednak pozwolił Realowi na jako taką rywalizację z dużo silniejszym na papierze i będącym w lepszej formie przeciwnikiem. Podobnie było przed piętnastoma laty, kiedy “pragmatyczny Mourinho” rzucił rękawice “magowi Guardioli”. I wtedy, i w ostatnią niedzielę - taktyka nie przyniosła tytułu, nie przyniosła chwały, ale przynajmniej pozwoliła przetrwać do ostatniej minuty. Ale czy Alonso finalnie przetrwa kolejny sztorm? Na tę odpowiedź musimy jeszcze poczekać.

Przeczytaj również