Dlatego Liverpool zwolnił Slota. Prawda wyszła na jaw. Nagłe wezwanie
Zwolnienie Arne Slota przez Liverpool może dziwić, ale w gruncie rzeczy tylko ze względu na dość późne podjęcie decyzji. "The Reds" potrzebowali tygodnia od ostatniego meczu ligowego, aby zrozumieć, że dalsza współpraca nie ma sensu. A przecież już wcześniej pojawiały się ku temu bardzo konkretne argumenty.
Rozstanie z Holendrem to krok logiczny przez pryzmat wyników. Liverpool, nawet jeśli mierzył się ze sporą liczbą kontuzji, miał kadrę spokojnie uprawniającą do tego, by zameldować się w kolejnej edycji Ligi Mistrzów. W rzeczywistości jednak drżał o nią do samego końca. Zajął piąte miejsce, dał się wyprzedzić Aston Villi, a przewaga nad szóstym Bournemouth wyniosła raptem trzy punkty.
"Wisienki" były rewelacją rozgrywek, chyba nikt nie spodziewał się, że Andoni Iraola wyczaruje taki wynik, zwłaszcza w świetle kolejnego exodusu. Latem Hiszpan stracił trzech podstawowych obrońców (Dean Huijsen, Illa Zabarny, Milos Kerkez), ważnego skrzydłowego (Dango Ouattara) oraz pożytecznych zmienników (Philip Billing, Julian Araujo). Zimą zaś, jakby tego było mało, odszedł jeszcze Antoine Semenyo, jeden z najlepszych atakujących całej Premier League. Mimo tego, a także mimo fatalnego początku naznaczonego brakiem zwycięstwa między listopadem i styczniem, Bournemouth finiszowało na historycznej dla siebie lokacie, a koniec końców nie przegrało meczu od 7 stycznia, co jest serią imponującą w skali Europy.
Iraola osiągnął kapitalny rezultat. Pokazał, że potrafi zażegnać niemały kryzys i dostosować się do niesprzyjających warunków. Zrobił to, czego nieumiejętność stała się jedną z podstaw krytyki Slota. Kiedy więc Hiszpan stał się wolnym agentem - nieprzedłużenie umowy z Bournemouth było pewniakiem od dłuższego czasu - Liverpool postanowił działać. Przez swoją opieszałość stracił już Xabiego Alonso - były piłkarz "The Reds" wylądował w Chelsea, przy Iraoli nie chciał powtórzyć błędu. Bo chociaż (bardzo prawdopodobne) sprowadzenie 43-latka pozbawionego doświadczenia w wielkich klubach pozostaje ryzykiem, to jeszcze większym wydawało się trzymanie Slota. Za kilka miesięcy, gdyby gra zespołu nadal nie uległa poprawie, niedawni mistrzowie Anglii obudziliby się z ręką w nocniku. To nie tak, że znakomici szkoleniowcy zbyt długo pozostają na rynku wolnych agentów. Należy działać sprawnie, bo później sezon musiałby ratować, nie przymierzając, Steven Gerrard.
Na zmianę za kadencji Slota nic zaś nie wskazywało. Liverpool od samego początku miał problem z przekonującym wygrywaniem spotkań, ale przynajmniej potrafił przepchać je kolanem. Z biegiem czasu stracił jednak nawet tę umiejętność, a kolejne spotkania "The Reds" stały się męczarnią dla kibiców. Zespół konsekwentnie walił głową w mur, zaś obrona stała się pulsującą, miękką, wrażliwą tkanką. Nie bez powodu raptem 15 z 57 meczów minionego sezonu drużyna z Anfield wygrała więcej niż jedną bramką.
Dla porównania mistrzowski Arsenal, krytykowany przecież za swoją ultra-defensywną postawę, zrobił to 24 razy w 63 spotkaniach. W wypadku "The Reds" uwagę zwracały też kompromitujące wpadki. Bo chociaż udało się rozjechać walcem Wolverhampton, West Ham United czy Karabach, to jednocześnie manto spuściły Manchester City, PSV, Crystal Palace, a nawet Nottingham. Łącznie Liverpool przegrał aż 20 spotkań. To zdecydowanie najgorszy wynik z TOP8 Premier League, a wypada dodać, że załapały się do niego choćby Sunderland i Brighton.
Jednak nie tylko wyniki zatopiły Slota, wszak szkoleniowcowi, który poprowadził zespół do kolejnego mistrzostwa, można w teorii dać nieco większy kredyt zaufania. Szkopuł w tym, że "The Reds" zrobili to już na wcześniejszym etapie sezonu, bo głowy Holendra niebezzasadnie domagano się kilka miesięcy temu, zwłaszcza po trzech klęskach z rzędu. Najważniejsze zaś, że 47-latek nie był w stanie utrzymać szatni. Poszedł na wojnę z Mohamedem Salahem i chociaż Egipcjanin też się (najpewniej) z Liverpoolem rozstanie, Slot nie był w stanie odnieść zwycięstwa w tej batalii.
To właśnie publiczna krytyka ze strony Salaha, konsekwentnie odsuwanego na dalszy plan aż do momentu, w którym pod znakiem zapytania stało godne pożegnanie legendy, zwracającego uwagę na niedostatki w grze Liverpoolu, odwołującego się do heavymetalowego dziedzictwa Juergena Kloppa, niemal proszącego, aby ta Metallica nie skończyła się na "Kill 'Em All", była jednym z najważniejszych sygnałów dla władz z Anfield. Post Salaha poparło wielu zawodników "The Reds" - na liście znaleźli się między innymi Dominik Szoboszlai, Ibrahima Konate, Andy Robertson, Hugo Ekitike, Jeremy Frimpong, Cody Gakpo, Curtis Jones, Ryan Gravenberch, swoje w TNT dorzucił Gerrard. Oni również czuli, że ten zespół stać na znacznie, znacznie więcej. Trener zaś coraz bardziej przeszkadzał w realizacji śmiałych założeń. Holendrowi w cichy sposób przeciwstawił się nawet jego piłkarski ulubieniec, czyli wspomniany już Gakpo.
Nie ma sensu robić ze Slota drugiego Raymonda Domenecha, bo do szalonego Francuza Holendrowi wiele brakuje, jednak, podobnie jak on, nie był w stanie zapanować nad raz rozregulowaną szatnią. A Liverpool potrzebuje nie tylko świetnego taktyka, ale też postaci charyzmatycznej - nie trenera, ale menadżera. Slot zaś gdzieś stracił swoją iskrę z poprzedniego sezonu, kiedy na antenie angielskiej telewizji potrafił wypunktować niedostatki taktyczne Manchesteru United. Teraz miał niebagatelne problemy, aby z "Czerwonymi Diabłami" cokolwiek zdziałać.
W The Telegraph nie mają wątpliwości. Jeszcze w piątek Liverpool nie zamierzał zwalniać Slota. Dalsze przemyślenia skłoniły jednak Richarda Hughesa do podjęcia radykalnych kroków. "The Reds" chcą wrócić do dziedzictwa Juergena Kloppa, nie chcą ostatecznie zaprzepaścić tego, co wypracował jeden z najważniejszych szkoleniowców w historii klubu. Ostatnio zaś znaleźli się w połowie drogi ku temu - zarówno pod względem stylu gry, jak i odejść Robertsona, Salaha, wiszącego w powietrzu pożegnania Konate. Na Anfield podejmą próbę ulepienia czegoś ze zgliszczy, póki jeszcze istnieje nadzieja, że ten feniks może zbić się w powietrze.