Co za słowa o Lewandowskim! Porównany do dawnej gwiazdy Barcelony

Co za słowa o Lewandowskim! Porównany do dawnej gwiazdy Barcelony
Mateusz Porzucek / PressFocus
Wojciech - Klimczyszyn
Wojciech KlimczyszynDzisiaj · 06:50
Barcelonie udało się wyjechać z nieprzyjaznego terenu w Newcastle bez porażki, notując remis 1:1 w pierwszym spotkaniu 1/8 Ligi Mistrzów. Nie był to bynajmniej pokaz siły drużyny, która mogłaby liczyć się w walce o europejskie trofeum.
Katalończycy przystępując do meczu dobrze wiedzieli, że gra przeciwko ich rywalowi na St James’s Park w tym sezonie przysparzała trudności niemal wszystkim drużynom. To, co sprawia, że Anglicy są tak bardzo groźni na własnym terenie, to przede wszystkim intensywność i werwa, z jaką za każdym razem podchodzą do rywalizacji.
Dalsza część tekstu pod wideo
Kiedy na początku tego sezonu Barcelona mierzyła się ze “Srokami” w fazie ligowej Ligi Mistrzów, musiała skonfrontować się z systemem gry opartym na wysokim pressingu, czyli czymś, co sama stosuje. A jednak wówczas początkowo miała problemy z dostosowaniem się do tego rodzaju stylu przeciwnika. Dziś mecz zależał w głównej mierze od tego, jak Hansi przygotował swoich ludzi, aby mogli przeciwstawić się pressingowi i samemu zdominować boisko.
Tu wszystkie oczy skierowane były wcale nie na Lamine'a Yamala, o którego formę nigdy nie trzeba drżeć, a na linię pomocy. Wkład Fermina Lopeza, Marca Bernala i przede wszystkim Pedriego - filary podtrzymujące sklepienie mistrzów Hiszpanii - miał być tu najistotniejszy. A jak wyszło?

Stłamszeni przez “Sroki”

No właśnie, nie bardzo. Pierwsza połowa toczyła się dokładnie tak, jak oczekiwano. Nie był to dobry mecz Barcelony pod kątem kontroli. Podopieczni Hansiego Flicka wskoczyli na dzikiego konia, który co chwilę brykał. Przez pierwszy kwadrans akcje szły tylko na jedną bramkę i szczęśliwie dla Katalończyków, przytomnie spisywali się ich obrońcy oraz czujny bramkarz Joan Garcia.
Nie da się też ukryć, że i gospodarzom zwyczajnie brakowało jakości. Kogoś od ostatniego podania i przede wszystkim wykończenia. Skrzydłowi widowiskowo urywali się kryciu, wychodzili na czyste pozycje, ale podejmowali złe decyzje. Lub, jak w przypadku Williama Osuli, snajpera NUFC, nie byli w stanie wypracować sobie przestrzeni do strzału. Nawet przy stałych fragmentach, a było ich dużo (aż sześć rzutów rożnych w pierwszej połowie!) nie potrafili stworzyć praktycznie żadnego zagrożenia. Ale warto było ich pochwalić za coś innego.
Anglicy wyciągnęli wnioski nie tylko ze swoich potyczek z Barceloną, ale też postaw innych drużyn, które potrafiły utrzymywać tempo silniejszego rywala. Dało się to odczuć właśnie w pierwszej połowie, gdy dobrze wiedzieli, w jaki sposób omijać wysoką linię. Jakby Eddie Howe dał im doskonały przepis na rozmontowanie defensywy “Barcy”. Zagrania z pierwszej piłki, trzymanie szerokości boiska oraz długie piłki na skrzydło.
Dzielne ataki przyniosły korzyść dopiero w samej końcówce. Wtedy Jacob Murphy dorzucił idealną piłkę na nos Harveyowi Barnesowi, a ten, nie bez problemów, w końcu pokonał Joana Garcię. Bohaterstwo Newcastle skończyło się w ostatniej akcji meczu. Dobrze grający przez 90 minut Malick Thiaw stracił głowę i nonsensownie sfaulował Daniego Olmo.

Żadnego błysku

Kilka słów o grze Roberta Lewandowskiego. Napastnik dostał szansę od Flicka, wychodząc w pierwszym składzie, ale kompletnie jej nie wykorzystał. Kiedy zakładał czarną maskę, mieliśmy nadzieję, że wstąpią w niego nowe moce. Że będzie zamaskowanym mścicielem, piłkarskim zorro. Tymczasem w pierwszej części gry, utrzymując bajkową retorykę, bardziej zachowywał się jak przyjazny duszek Kacper. Niewidoczny i zupełnie niegroźny.
Trochę oczywiście z powodu słabego serwisu, ale gdy w końcu otrzymał piłkę na złotej tacy, nie zrobił z niej użytku. Po godzinie gry miał jedyną okazję na strzelenie gola, gdy Raphinha dograł mu całkiem nieźle, a polski napastnik na wślizgu uderzył i Aaron Ramsdale nawet nie musiał interweniować.
Zaraz potem Polak zszedł z boiska zmieniony przez Marcusa Rashforda. Bilans dokonań "Lewego" jest arcysłaby. Dwa razy dotykał futbolówkę w polu karnym, trzynastokrotnie wchodził w pojedynki, ale wygrał z nich zaledwie cztery. Jego boiskowe starania w mocnych słowach ocenił publicysta El Confidencial, Albert Ortega:
- Barcelona ma z Robertem Lewandowskim ten sam problem, jak kiedyś z Luisem Suárezem. To piłkarz, który stracił całą swoją szybkość i siłę poza polem karnym i zamiast rozciągać drużynę, powstrzymuje ją. Wiek robi swoje - napisał.
Na usprawiedliwienie Roberta, również i koledzy nie do końca dowieźli. Raphinha przez większą część meczu grał zaskakująco słabo, zdecydowanie poniżej swojego standardu. Nie trafiał z decyzjami, a jeszcze gorzej radził sobie z rywalami. Największym zagrożeniem tradycyjnie był Yamal, ale nawet on potrzebuje wsparcia (czasem!), a bardzo często nie miał z kim zagrać. Od słabego występu uratował go gol z rzutu karnego. Na początku było blisko katastrofy, bo sędzia mógł i chyba nawet powinien znaleźć argumenty przy faulu na Lewisie Hallu, by pokazać mu żółtą kartkę, która skutkowałaby zawieszeniem w rewanżu.
Wynik dla Barcelony wydaje się pozytywny. Wykorzystana jedenastka da sporego kopa mentalnego piłkarzom Flicka przed rewanżowym spotkaniem na Camp Nou. Nie ma się co jednak oszukiwać, trudno wygrywać w tych rozgrywkach, prezentując się tak słabo w ataku. “Blaugrana” na gwałt potrzebuje nowego, dynamicznego, klasowego napastnika, któremu wystarczy pół sytuacji na zdobycie dwóch bramek. Na ten moment nie jest, i raczej już nie będzie nim Lewandowski.

Przeczytaj również