Jagiellonia skrzywdzona. I to w jakim momencie. "Game-changer"

Jagiellonia nie zagrała złego spotkania z Fiorentiną. Jagiellonii brakowało jednak szczęścia i jakości, z czego sprawę zdaje sobie Adrian Siemieniec. Możesz mieć bowiem przewagę, ale wypadałoby ją jakoś spuentować, a już przynajmniej zachować zimną głowę.
Jak u Jerzego Engela - pierwsze 15-20 minut było perfekt. A nawet dłużej, bo Fiorentina gotowała się także pod koniec pierwszej połowy. Robin Gosens miał problemy z Alejandro Pozo, zaś Niccolo Fortini był tak stremowany, że nieomal trafił do własnej siatki, gdy skiksował, a następnie trafił w nacierającego Kamila Jóźwiaka. Zabrakło kilkunastu centymetrów, aby Jagiellonia objęła wtedy prowadzenie.
Nie wiem, czy dowiozłaby je do końca spotkania - raczej nie - ale wynik z pewnością byłby dla "Jagi" znacznie korzystniejszy. Wiem również, że Białostoczanom nie wystarczyło szczęścia, aby z Włochami osiągnąć lepszy rezultat. Szczęście można oczywiście definiować na wiele sposobów, ale nawet koncentrując się na tym podstawowym, da się uznać, że ekipa Adriana Siemieńca miała pecha. Więcej nawet niż umiejętności.
Sytuacja z Jóźwiakiem to jedno. Ale przecież Jacopo Fazzini, który wywalczył rzut wolny poprzedzający cudowne trafienie Riccardo Mandragory, powinien wylecieć z boiska kilkanaście minut przed stałym fragmentem. Włoch został oszczędzony przez sędziego, chociaż ten widział faul skrzydłowego Fiorentiny. Cofnął nawet akcję do momentu przewinienia Fazziniego, ale drugiej kartki nie wyciągnął. Pechowo dla Jagiellonii sprawą nie mógł zająć się VAR, bo ten nie rozstrzyga w takich sprawach. Wszystko działo się przy stanie 1:0 dla gości... To mógł być absolutny game-changer.
Szczęścia zabrakło przy uderzeniu Bartłomieja Wdowika. Defensor huknął w słupek, trudno było uderzyć lepiej, ale na gola nie wystarczyło. Znów więc pech, podobnie jak z Jesusem Imazem. Hiszpan miał dwie sytuacje w polu karnym, dwa razy jakoś dziwnie przyjął piłkę, skiksował, nie wykorzystał dogodnych okazji. Brak jakości? Bynajmniej. Imaz ma tyle umiejętności, że byłby w stanie obdzielić połowę Ekstraklasy, a i tak by się wyróżniał. Może chodziło o tę wołającą po pomstę do nieba murawę.
No ale, nikt nie powie, że Fiorentina wygrała niezasłużenie lub szczęśliwie. Różnica klas okazała się widoczna gołym okiem, chociaż rywale przyjechali do Polski drugim garniturem. Taki Luca Lezzerini nie grał w piłkę od startu sezonu. Tutaj wyszedł w pierwszym składzie, dobrze wyglądał w powietrzu, nieźle rozgrywał i wystarczyło. 30-latek nawet raz nie odbił piłki, bo "Jaga" nie oddała celnego strzału! Ta jedna statystyka najdobitniej podsumowuje poczynania gospodarzy.
Ray Hudson miał kultowe powiedzenie dotyczące niespuentowanej przewagi i znajduje ono zastosowanie w przypadku meczu Jagiellonii. To nie jest tak, że rywale nie najedli się strachu, że nie cierpieli, że wszystko perfekcyjnie wyliczyli, wyczekali, a na koniec jedynie podsumowali starania, zadali trzy wycyzelowane ciosy. Fiorentina grała słabo, zupełnie jak ekipa walcząca o utrzymanie w Serie A, lecz gospodarze nie potrafili tego wykorzystać we właściwy sposób. Poza pechem towarzyszył im brak umiejętności.
- Mam mieszane odczucia nawet, jeśli chodzi o pierwszą połowę, bo mieliśmy kontrolę nad meczem, ale stać nas na lepszą grę. Tak to czułem z boku. Brakowało nam przyspieszenia, graliśmy zbyt zachowawczo w wielu sytuacjach. Mieliśmy kontrolę, większe posiadanie piłki, ale nie tworzyliśmy sytuacji w tej pierwszej połowie, było nas za mało w polu karnym. (...) Jeśli masz swój lepszy okres, ale nie strzelasz gola, nie otwierasz wyniku, to nie możesz się łudzić, że przeciwnik dysponujący taką jakością przez 90 minut nie stworzy zagrożenia. A w ich przypadku nie trzeba wiele, żeby strzelili gola i to udowodnili. Trzy stałe fragmenty i trzy gole. Taka jest piłka na koniec. Liczy się, kto strzela gole, a nie kto lepiej gra (...) Przed nami dużo pracy, żeby do tego poziomu gry dołożyć jeszcze jakość, jeśli chodzi o grę w trzeciej tercji, bo tego nam zabrakło. Brakowało siły rażenia, żeby tworzyć więcej zagrożenia pod bramką - podsumował Adrian Siemieniec.
Trudno odmówić racji trenerowi. Nie ma powodu, aby się za ten wynik wstydzić. Można natomiast żałować i uczciwie pracować nad tym, aby szanse wykorzystywać. Los dał Jagiellonii rywala wielkiego tylko z nazwy, będącego po przejściach, obitego rzeczywistością codzienności. Jeśli polska piłka ma faktycznie wkroczyć do ścisłej czołówki UEFA, to wypada w końcu przechylić na swoją korzyść szalę z jakością i bylejakością. Inaczej wciąż pozostanie nam wzdychanie do wyczynów Bodo/Glimt i uporczywe zastanawianie się, dlaczego oni tak, a my ciągle nie.
Może, tak tylko głośno myślę, stawiam bardzo kontrowersyjną tezę, że pomogłyby naprawdę jakościowe transfery. Inaczej w pucharach da się bawić, ale głównie ku uciesze innych. Że te osiem milionów euro za Oskara Pietuszewskiego można było spożytkować lepiej i szybciej. Bo chociaż Kajetan Szmyt ma potencjał, to jest kolejnym zawodnikiem do rozwinięcia, a nie na już. Trzeba być gotowym na możliwe bezstratne zastąpienie liderów, zwłaszcza będąc Jagiellonią, która niebawem może pożegnać Afimico Pululu i Sławomira Abramowicza.