Dramat słynnego klubu. Spadnie z ligi po 29 latach?! A wydał krocie na transfery
Motoryzacyjna fortuna w XXI wieku dała Wolfsburgowi mistrzostwo Niemiec. Zamiast wrzucić wyższy bieg, “Wilki” nie tylko jednak zwolniły, ale wręcz jadą teraz na wstecznym. Zaraz mogą po raz pierwszy spaść z Bundesligi - chyba że uratuje je klubowa legenda. A od powodzenia tej misji zależy też przyszłość dwóch naszych kadrowiczów.
Ich tytuł w 2009 roku był jednym z najbardziej zaskakujących w dziejach niemieckiej piłki. Felix Magath zbudował wtedy zespół o jasnej tożsamości, który dzięki fizycznej, szybkiej i bezpośredniej grze potrafił postawić się Bayernowi. Ówczesny Wolfsburg był dosłownie pod każdym aspektem zupełnym przeciwieństwem tego obecnego. Organizacyjny chaos, brak wyraźnej wizji, niedobór liderów i przede wszystkim fatalne wyniki - tak w dużym skrócie można opisać sytuację “Zielono-Białych” na przestrzeni ostatnich miesięcy. Pytanie tylko, czy ten koszmarny sezon na Volkswagen Arenie zakończy się ostatecznie happy-endem. A tym przy obecnych realiach będzie po prostu pozostanie w Bundeslidze.
Przepalone pieniądze
Przed startem rozgrywek nic nie zapowiadało aż takiego blamażu. Wydawało się, że w Dolnej Saksonii czeka nas nowe rozdanie po nieudanych kadencjach dwóch mocnych trenerskich nazwisk - Niko Kovaca i Ralpha Hasenhuettla. Paul Simonis, który przejął zespół, był dopiero co po zdobyciu historycznego Pucharu Holandii z Go Ahead Eagles i miał wnieść ze sobą trochę świeżej energii. Podobne nadzieje wiązano z nowymi piłkarzami, sprowadzonymi za ponad 40 milionów euro. Latem więcej na transfery wydało tylko sześciu innych przedstawicieli Bundesligi, a przecież od 2021 roku “Wilki” przeznaczyły łącznie na wzmocnienia 300 milionów, co pozostawia w tyle takie ekipy jak np. Villarreal czy Monaco.
Rzeczywistość okazała się jednak brutalna. Simonis z 12 meczów w roli trenera Wolfsburga wygrał tylko trzy. Do tego odpadł też z Pucharu Niemiec po porażce z drugoligowym Holstein Kiel. Dyrektor sportowy Peter Christensen, stojący od 2024 roku za wieloma nietrafionymi decyzjami kadrowymi i trenerskimi, musiał znów przyznać się do błędu. W listopadzie zwolnił Holendra, ale niech o braku jego spójnej wizji najlepiej świadczy fakt, że w jego miejsce… ponownie zatrudnił Daniela Bauera.
43-latek dokończył poprzedni sezon po zwolnieniu Hasenhuettla, ale nigdy wcześniej nie pracował w roli pierwszego szkoleniowca na tym poziomie. Zresztą po krótkim epizodzie latem powrócił do pracy w klubowej akademii. Kiedy jednak na przełomie listopada i grudnia w roli tymczasowego trenera sięgnął z “Wilkami” po siedem punktów w czterech meczach, Christensen postanowił… powierzyć mu na stałe pierwszy zespół. Ta decyzja również nie okazała się trafiona, bo w kolejnych 11 spotkaniach drużyna wygrała tylko raz i zsunęła się do strefy spadkowej. Tym razem miarka się przebrała - na początku marca z klubu odeszli zarówno Bauer, jak i - ku wielkiej radości kibiców - jego dotychczasowy szef.
- Przyczyny obecnego kryzysu są bardzo zróżnicowane. Skład drużyny został źle dobrany, a Christiansen pozostał zbyt długo na swoim stanowisku. Problemy występują zresztą niemal na każdym polu. Zespołowi brakuje spójności i jest w nim zbyt wiele indywidualności. Dotychczasowi trenerzy okazali się natomiast zbyt słabi. Doszło przecież nawet do sytuacji, w której Simonis pozwalał Christiansenowi decydować o składzie. Ten ostatni zresztą nigdy nie cieszył się zbyt dużą popularnością trybun. Często był niedostępny i rzadko pojawiał się publicznie. Wolfsburg wpadł w kryzys, zanim Duńczyk się tutaj pojawił, ale za jego rządów sytuacja w klubie uległa już tylko pogorszeniu - tłumaczy w rozmowie z nami Kevin Schwank, korespondent Bilda na meczach “Wilków”.
Chce dokonać cudu
Nic więc dziwnego, że przy takim kryzysie zespół nie przyciąga tłumów. Volkswagen Arena może pomieścić niecałe 29 tysięcy kibiców, co czyni ten stadion jednym z najmniejszych w lidze. A i tak w obecnym sezonie rzadko kiedy wypełnia się do ostatniego krzesełka. Średnia frekwencja oscyluje w granicach 24 tysięcy. Niższą notują tylko Hoffenheim, Union i Heidenheim, przy czym ten ostatni dysponuje też znacznie mniejszym obiektem niż “Wilki”. Zresztą wielkiej mody na oglądanie z trybun meczów VfL w zasadzie nigdy nie było. Z uwagi na swoją przyzakładową przeszłość, w kontraście do sąsiednich Hanoweru czy Brunszwiku, zawsze brakowało tam wielkich tradycji kibicowskich.
W historii klubu były jednak momenty, kiedy ten nie musiał się wstydzić pustek na trybunach. Oczywiście wiązało się z sukcesami sportowymi - wspomnianym mistrzostwem Niemiec w 2009 roku czy krajowym pucharem podniesionym sześć lat później. To właśnie autorem tego drugiego trofeum był Dieter Hecking, który tuż przed przerwą reprezentacyjną po ponad dekadzie powrócił do drużyny z Dolnej Saksonii. 61-latek przez ostatnie lata nie notował zbyt wielu sukcesów, dłuższy czas w ogóle nie pracował w roli trenera. W minionym sezonie podjął się już jednej misji z gatunku niemożliwych, próbując utrzymać w Bundeslidze VfL Bochum. Wtedy się nie udało, ale teraz w gabinetach Wolfsburga uznano, że to właśnie legendarny szkoleniowiec jest jedyną nadzieją na przedłużenie egzystencji w ligowej elicie.
- Dieter Hecking znany jest z tego, że potrafi w bardzo krótkim czasie nawiązać dobry kontakt z piłkarzami. To szkoleniowiec, który jasno komunikuje się ze swoimi podopiecznymi i jest w stanie podjąć również te ciężkie decyzje. To najprawdopodobniej jedyny trener, który jest w stanie z tą drużyną dokonać cudu i pozostać w Bundeslidze. Choć gdybym miał obstawiać, to powiedziałbym, że Wolfsburg spadnie jednak w tym sezonie z ligi - uważa Schwank.
Liga nie ma znaczenia
Aby tak się nie stało, Hecking musi chociaż w pewnym stopniu nawiązać do swojej pierwszej kadencji na VW Arenie. Ponowny debiut w roli trenera “Wilków” nie wypadł najlepiej. VfL przegrał 0:1 w bardzo istotnym meczu z Werderem, dzięki czemu Bremeńczycy oddalili się od strefy spadkowej, a piłkarze z Wolfsburga w niej ugrzęźli. Sytuacji nie poprawił ugrany tydzień później remis z Hoffenheim (1:1). W 27 meczach “Wilki” uzbierały marne 21 punktów. Do końca sezonu pozostało jeszcze siedem spotkań, ale ich strata do w pełni bezpiecznych lokat wynosi już pięć oczek. Widmo spadku jest coraz większe, a i na bogato też już raczej było. Znajdujący się w kryzysie Volkswagen do 2030 roku będzie musiał zwolnić 50 tysięcy pracowników. W takiej sytuacji piłkarska sekcja giganta również będzie musiała zacisnąć pasa.
- W zasadzie ciężko jest wskazać konkretną sytuację czy wydarzenie, kiedy w klubie wszystko zaczęło się psuć. W Wolfsburgu po prostu od dłuższego czasu nic się nie układa. Volkswagen nie wycofa się jednak z finansowania klubu. Niemniej, firma ogłosiła już, że od przyszłego sezonu ograniczy swoje wsparcie dla VfL. I nie ma większego znaczenia, w której lidze zespół będzie wtedy występować - tłumaczy niemiecki dziennikarz.
Przyszłość “Wilków” ważna jest również z polskiej perspektywy. To klub, który przez lata reprezentowała spora grupa naszych zawodników, w tym m.in. nieodżałowany Krzysztof Nowak, Jacek Krzynówek czy Jakub Błaszczykowski. Obecnie podstawowym zawodnikiem jest tam Kamil Grabara, podczas marcowego grupowania pierwszy wybór również u Jana Urbana. 27-latek w trwającym sezonie jest najwyżej ocenianym piłkarzem VfL według Kickera. Spora liczba straconych goli sprawia jednak, że także jego nie omija krytyka części kibiców. Większość z nich pogodziła się natomiast z coraz bardziej prawdopodobnym odejściem Jakuba Kamińskiego, który aktualnie notuje dobre występy na wypożyczeniu w FC Koeln.
- Grabara aktualnie mierzy się ze sporą krytyką. Jego statystyki pozycjonują go wśród dolnej połówki ligowej stawki. Jego przyszłość jest mocno niepewna. Wiele wskazuje na to, że w przyszłym sezonie numerem jeden może być Marius Muller. Jeśli natomiast chodzi o Kamińskiego, to wydaje się, że nie będzie chciał wrócić do Wolfsburga. Sam klub natomiast nie będzie w stanie zatrzymać go u siebie - szczególnie jeśli spadnie z Bundesligi - podsumowuje.