Niebywałe, kto zagra w finale krajowego pucharu. Powalczą z prawdziwym gigantem

W 88-letniej historii Pucharu Portugalii ani razu po końcowy triumf nie sięgnął zespół spoza najwyższej klasy rozgrywkowej. To może zmienić się już w niedzielę, kiedy w finale Sporting zmierzy się z Torreense. Sęk w tym, że dla drugoligowca mecz z wielkim rywalem wcale nie będzie najważniejszym w przeciągu najbliższego tygodnia.
Rozgrywki pucharowe w piłce nożnej niezależnie od szerokości geograficznej od zawsze rządziły się własnymi prawami. Nie inaczej jest w Portugalii, gdzie w tegorocznej edycji Taca de Portugal sensacja goni sensację. Jedną z największych jest awans do finału Torreense. Klub, który dla większości polskich kibiców uchodzi za kompletnie anonimowy, zaraz może uzyskać przepustkę do gry w Europie. Wystarczy, że w meczu na legendarnym Estadio Nacional w Oeiras pokona Sporting. I choć na pierwszy rzut oka to zadanie wydaje się niemożliwe do realizacji, historia pucharowych pojedynków faworytów z Lizbony pokazuje, że nie jest to też scenariusz wyjęty z science-fiction.
Ropa dała im futbol
Początki Torreense sięgają 1917 roku. Już wtedy w mieście oddalonym o 50 kilometrów od portugalskiej stolicy chętnie grano w piłkę, a wszystko to za sprawą młodych Anglików, którzy przyjechali tam do pracy przy wydobyciu ropy naftowej. Nowy zespół w pierwszych latach mógł występować jedynie w ligach i turniejach towarzyskich. W Primeira Lidze debiut zanotował w sezonie 1955/1956. W kolejnych rozgrywkach osiągnął natomiast swój największy sukces w historii. Dotarł do finału Pucharu Portugalii, ale w nim musiał uznać wyższość FC Porto (0:2).
Później natomiast pogrążył się w marazmie. W Primeira Lidze w sumie rozegrał sześć sezonów, ale od początku lat 90. nie wystąpił w niej ani razu. Przez długi czas miał nawet problemy z tym, by przedostać się choćby na drugi poziom rozgrywkowy. Kiedy coraz prężniej w klubie zaczęła działać sekcja kobieca, która tylko w ostatnim czasie wygrała puchar, superpuchar, a także triumfowała w Pucharze Ligi, piłkarze postanowili pójść w jej ślady. W 2022 roku powrócili na zaplecze elity. O tym, że mają szansę trafić na usta całej Europy, wiedzieliśmy natomiast już od lutego. To wtedy stało się jasne, że w finale Pucharu Portugalii wystąpią albo oni, albo ich rywale z trzecioligowego Fafe. Sensacja goniła sensację, ale w półfinałowym dwumeczu zaskoczeń nie było. Po remisie 1:1 na wyjeździe podopieczni trenera Luisa Tralhao u siebie wygrali 2:0 i wyrównali osiągnięcie sprzed 70 lat.
- Trzeba uczciwie powiedzieć, że Torreense w Pucharze Portugalii aż do finału miało sporo szczęścia w losowaniach i ta drabinka układała się dla nich naprawdę korzystnie. Przecież tylko raz trafili na rywala z najwyższej klasy rozgrywkowej. Była to w dodatku Casa Pia, czyli ich aktualny rywal w barażach o grę w przyszłym sezonie w Primeira Lidze. Kiedy już mieli z kolei trafić na naprawdę trudnego przeciwnika w postaci Bragi, ta niespodziewanie uległa występującemu na trzecim poziomie Fafe. To właśnie półfinał z tym zespołem był zresztą chyba kluczowym momentem tej pucharowej przygody. Po pierwszym meczu, kiedy na wyjeździe udało im się zremisować, kibice zdali sobie sprawę, że w zasadzie wszystko zależy od ich ulubieńców - opowiada nam Silvio Vieira, komentator Sport TV.
Będą mieć swojego na mundialu
W rewanżowym spotkaniu z Fafe gole na wagę awansu strzelili doświadczeni David Bruno i Stopira. Szczególnie ten drugi może budzić ciekawość, bo 38-latek to reprezentant Republiki Zielonego Przylądka, który pojedzie ze swoją kadrą na mistrzostwa świata. Ostatecznie ten zaszczyt ominie za to Dany’ego Jeana, wcześniej kadrowicza Haiti, stanowiącego od niedawna cel transferowy kilku polskich klubów. W składzie Torreense nie brakuje piłkarzy, którzy mogliby zresztą z powodzeniem występować na wyższym poziomie. Jest młody defensor Mohamed Ali Diadie, boczny obrońca i wychowanek Sevilli - Javi Vazquez. Środek pola zaryglował brazylijski duet Leo Azevedo oraz Guilherme Liberato. Doświadczenie zapewnia Costinha, a z przodu jakość gwarantuje wychowanek Betisu, Manu Pozo. Tak zbudowany zespół miał niezłe wejście w sezon, ale potem jego losy zawisły na włosku.
- Kiedy spojrzymy sobie na wyniki drużyny z początku sezonu, kiedy jej trenerem był jeszcze Vitor Martins, to uznamy, że weszła w nowe rozgrywki naprawdę dobrze. Torreense chciało tworzyć swoje akcje od tyłu, ale trochę brakowało mu takiego rasowego snajpera, który później byłby w stanie skorzystać z tych okazji. W pewnym momencie do zespołu wkradł się też chaos i zabrakło stabilizacji. Na przełomie listopada i grudnia przydarzyła się passa aż sześciu ligowych porażek z rzędu. Klub musiał znaleźć najsłabsze ogniwo i ostatecznie padło na trenera. Z perspektywy czasu można rzec, że to była dobra decyzja. Szatnia potrzebowała nowego impulsu, który zapewnił jej Luis Tralhao - opowiada Vieira.
Były szkoleniowiec zespołu U-23, z którym w zeszłym sezonie sięgnął zresztą po tytuł w swojej kategorii wiekowej, stanął na wysokości zadania i zdołał uratować sezon. Odbudował mentalnie zespół w kluczowym momencie rozgrywek, kiedy ten wpadł w dołek. Nie zawalił Pucharu Portugalii, przeprawiając się przez ćwierćfinał z Uniao Leira (3:1) oraz wspomniany półfinałowy dwumecz z Fafe. Przede wszystkim jednak poprawił postawę zespołu w lidze. To w dużej mierze dzięki jego świetnej pracy (2,17 punktu na mecz) Torreense do samego końca biło się o bezpośredni awans do Primeira Ligi. Zabrakło mało, bo w tabeli zajęło ostatecznie trzecie miejsce - za Maritimo oraz Academico de Viseu, od którego okazało się gorsze z uwagi na bilans bramkowy. Stąd też udział w barażach i dwumecz z Casa Pia.
Niezwykle intensywny tydzień
Dla kibiców z Estadio Manuel Marques najbliższy tydzień może stanowić spory rollercoaster emocji. Z jednej strony wciąż żyją przecież pierwszym z dwóch spotkań barażowych z “Casapianos”, po którym zresztą mogą pluć sobie w brodę, bo ich ulubieńcy u siebie jedynie bezbramkowo zremisowali, grając przez ostatni kwadrans w przewadze jednego zawodnika. Z drugiej strony spora grupa fanów już teraz emocjonuje się niedzielnym finałem, który może stanowić przepustkę do historycznego udziału w Lidze Europy. Tyle że najpierw trzeba pokonać wielki Sporting Clube de Portugal.
Dla “Lwów”, które przystępowały do tego sezonu w roli obrońcy mistrzowskiego tytułu, nie jest to ani jednoznacznie dobry, ani zły rok. Podopieczni Rui Borgesa w Primeira Lidze nie zdołali nadążyć za szalonym tempem FC Porto, ale za to ze świetnej strony pokazali się w Lidze Mistrzów. Dotarli aż do ćwierćfinału, w którym musieli uznać minimalną wyższość Arsenalu. Puchar Portugalii może stanowić więc dla Lizbończyków swego rodzaju osłodę za brak trofeów, co nie przydarzyło się Sportingowi od trzech lat. Czymże jest jednak ten okres, jeśli weźmiemy pod uwagę, że Torreense na pierwsze wielkie trofeum czeka już 109 lat?
- Torreense może skorzystać na tym, że przystąpi do tego meczu jako outsider. Sporting będzie zdecydowanym faworytem, ale sam doskonale zdaje sobie sprawę z tego, że to wcale nie musi mu pomóc. Przecież w 2012 roku w finale Pucharu Portugalii ogromną niespodziankę w meczu z “Lwami” sprawiła Academica Coimbra, a sześć lat później Aves. Taki jest urok rozgrywek pucharowych, dlatego Torreense nie stoi tu na straconej pozycji. To tylko jeden mecz, a przecież za Sportingiem jest też bardzo długi, aczkolwiek nie do końca udany sezon. Oczywiście z drugiej strony musimy pamiętać, że Torreense stanie do finału pomiędzy dwoma meczami barażowymi, które są kluczowe, ale nie skreślałbym ich tak łatwo. Chcą wygrać i być przykładem dla innych - podsumowuje nasz rozmówca.