Fatalne wieści dla Legii Warszawa po meczu z Widzewem. "To jest koszmar"
Kolejna w tym sezonie strata punktów może nie okazać się dla Legii najgorszą wiadomością z niedzielnego wieczoru. “Wojskowi” po przeciętnej grze zremisowali z Widzewem (1:1), ale co gorsza - najprawdopodobniej stracili na jakiś czas lidera defensywy. Z kontuzją mięśniową murawę opuścił Kamil Piątkowski.
W stolicy spotkały się dwie wielkie firmy, ale też drużyny, które w ostatnim czasie raczej nie zachwycały formą. Widzew wygrał tylko jeden z pierwszych siedmiu meczów ligowych bieżącego sezonu, Legia natomiast - choć kilka dni temu wyrwała zwycięstwo w Lublinie rzutem na taśmę - po znakomitym starcie rozgrywek też wyraźnie spuściła z tonu. Szykowaliśmy się więc na starcie ekip szukających jeszcze swojego rytmu.
Widzew miał go odnaleźć już pod wodzą nowego trenera. Mateusz Stolarski kilka dni temu zastąpił Aleksandara Vukovicia i od razu musiał przygotować zespół na starcie wagi ciężkiej. W składzie obyło się bez personalnych rewolucji. Nowy sternik Łodzian względem ostatniego meczu z Radomiakiem zdecydował się na wymianę tylko jednego ogniwa. Emil Kornvig wskoczył w miejsce Daniego Silvy.
Jeśli kibice Widzewa liczyli na efekt nowej miotły, to zadowoleni mogą być połowicznie. Z jednej strony licznik bez zwycięstwa nadal tyka, z drugiej jednak punkt zdobyty w stolicy trzeba szanować. Tym bardziej, że goście z al. Piłsudskiego zdobyli go po naprawdę niezłej grze.
Zaczęli jeszcze dość niemrawo, ale w końcu obudził ich… gol dla Legii. W 19. minucie Rafał Augustyniak uderzył z dystansu po krótko rozegranym rzucie wolnym, a naprawdę sporego kalibru błąd, nie pierwszy raz w ostatnich tygodniach, popełnił Bartłomiej Drągowski. Interweniować próbował tak nieudolnie, że piłka po jego rękach wpadła do bramki.
W tamtym momencie Widzew nie miał na koncie nawet jednego oddanego strzału. I co ciekawe - nie zmieniło się to w momencie, gdy tablica wyników pokazywała już rezultat 1:1. Niebywałej rzeczy dokonał bowiem wspomniany Augustyniak, który dwie minuty po strzeleniu gola dorzucił do swojego dorobku… bramkę samobójczą.
To zresztą trochę podsumowanie tego sezonu w wykonaniu 32-latka, który błędy i gorsze zagrania regularnie miesza z momentami zdecydowanie lepszymi. Z jednej strony na koncie ma już w tym sezonie trzy strzelone gole i jedną asystę, a czasami w defensywie potrafi interweniować kapitalnie (jak dziś, gdy w 53. minucie wybijał piłkę lecącą do bramki po strzale Frana Alvareza), z drugiej zdążył już też spowodować rzut karny (ze Śląskiem), zdobyć bramkę samobójczą (z Widzewem), maczał też palce choćby przy trafieniach Piasta czy Motoru. Sinusoida.
Gol na 1:1 mocno obudził natomiast gości z Łodzi, którzy nagle nabrali animuszu po niemrawym początku. Podobać mógł się zwłaszcza Mariusz Fornalczyk. To on dośrodkowywał przy trafieniu wyrównującym, po chwili także on kapitalnie odnalazł w polu karnym Alvareza, ale Hiszpan jakimś cudem trafił w słupek.
A skoro mowa już o obijaniu obramowania bramki, to wspomnieć trzeba też o kapitalnej okazji dla Legii, którą miał, no któżby inny, Augustyniak. Z rzutu rożnego dobrze dośrodkował Ruben Vinagre, a stoper Legii był o włos od zanotowania dubletu. Uderzył jednak w poprzeczkę.
W drugiej części gry mecz już raczej nie porywał, chociaż obie ekipy miały swoje szanse. I to naprawdę bardzo dobre. Te najlepsze dla gospodarzy zmarnowali Michal Sevcik i Jan Kuchta, a więc dwaj Czesi sprowadzeni tego lata. Pierwszy przegrał sytuację sam na sam z Drągowskim, drugi natomiast uderzył głową obok bramki po świetnym dośrodkowaniu Piątkowskiego. Ten ostatni mógł (i powinien) mieć asystę, tymczasem murawę niedługo później opuszczał z kontuzją. I to dopiero są fatalne wieści dla Legii.
Poczekać będzie trzeba pewnie na badania i potwierdzone informacje, ale wyglądało to na uraz mięśnia uda, za które łapał się 26-latek. Jeśli wypadnie z gry na przynajmniej kilka tygodni, a takiego scenariusza wykluczyć nie można, Marek Papszun będzie miał duży ból głowy. Pocieszać może go fakt, że zbliża się rekordowo długa przerwa reprezentacyjna. Wcześniej zaś Legia zagra na trudnym terenie w Białymstoku. Zapewne bez lidera swojej defensywy.
Sympatycy “Wojskowych” po zamkniętym niedawno oknie transferowym wyrażali zaniepokojenie dość krótką kołdrą, jaką ich klub dysponuje właśnie w defensywie. Jeśli faktycznie wypadnie Piątkowski, do dyspozycji trenera będzie trzech środkowych obrońców - Augustyniak, Robert Deziel Jr i występujący póki co bardzo sporadycznie Zoran Arsenić. A przypomnieć trzeba, że Legia gra trójką stoperów w podstawowej jedenastce. Robi się zatem problem. Zaledwie kilka dni temu Papszun na konferencji prasowej mówił tak:
- Grając systemem z trzema stoperami i mając do dyspozycji czterech środkowych obrońców, na pewno podejmujemy pewne ryzyko.
Humory po niedzielnym wieczorze w stolicy są więc chyba nieco gorsze niż w Łodzi. Nie dość, że Legia straciła punkty u siebie, to jeszcze najprawdopodobniej straciła na jakiś czas jednego z kluczowych piłkarzy.
Widzew natomiast może spojrzeć w przyszłość z umiarkowanym optymizmem. Dziś na tle naprawdę wymagającego rywala wyglądał solidnie, co potwierdzają też statystyki. Łodzianie mieli większe posiadanie piłki i większe xG (współczynnik goli oczekiwanych - 1,59 vs 1,46), częściej wykonywali też rzuty rożne. Oddali łącznie 12 strzałów, choć ewidentnie muszą popracować nad celnością, bo Otto Hindrich interweniować musiał tylko dwa razy.
Remis sprawił, że Legia została na drugim miejscu w tabeli i traci do liderującego Górnika dwa oczka, mimo że rozegrała od niego mecz więcej. Widzew natomiast staje się powoli prawdziwym specjalistą od… remisów. Na ligowym gruncie w tym sezonie zanotował ich aż pięć w ośmiu kolejkach. Efekt? 11. lokata. Przed nowym trenerem jeszcze wiele pracy, ale zalążki postępu można było w stolicy zobaczyć.