Gigant już tylko z nazwy. Wielki zjazd. "Wracają do bycia średniakiem"

Gigant już tylko z nazwy. Wielki zjazd. "Wracają do bycia średniakiem"
IMAGO / pressfocus
Dominik - Budziński
Dominik BudzińskiDzisiaj · 11:30
Miało być inaczej, wychodzi jak (prawie) zawsze. Reprezentacja Belgii trafiła na mundialu do grupy marzeń, a i tak może z niej nie awansować. Zmierzch złotego pokolenia “Czerwonych Diabłów” wygląda na wyjątkowo bolesny.
Mniej więcej dekadę temu Belgia doczekała się najlepszej generacji piłkarzy w swojej historii. Furorę na europejskich boiskach robili Eden Hazard i Kevin De Bruyne, bramki masowo zdobywał Romelu Lukaku, w bramce stał niezawodny Thibaut Courtois, defensywę w ryzach trzymali Vincent Kompany, Thomas Vermaelen i Jan Vertonghen, a spore nadzieje wiązać można było też z Alexem Witselem, Marouanem Fellainim czy Yannickiem Carrasco.
Dalsza część tekstu pod wideo
Na papierze “Czerwone Diabły” wyglądały wtedy potężnie. W topowych ligach Europy brylowała cała masa Belgów, a pełniący funkcję selekcjonera Marc Wilmots (2012-2016) czy Roberto Martinez (2016-2022) mieli przy wyborze podstawowej jedenastki po prostu pozytywny ból głowy. Kadra, która jeszcze w pierwszej dekadzie XXI wieku mogła uchodzić co najwyżej za europejskiego średniaka, nagle stanęła w jednym szeregu z Hiszpanią, Francją, Anglią, Niemcami, Włochami, Holandią, Portugalią, Argentyną czy Brazylią. Przynajmniej pod względem jakości piłkarzy i wielkich oczekiwań.
Tych oczekiwań nigdy na dobrą sprawę nie udało się jednak spełnić. Za pozytywny wyjątek trzeba uznać Mistrzostwa Świata 2018 w Rosji, gdzie Belgowie wywalczyli brąz. Na etapie półfinału minimalnie lepsza była Francja, która potem sięgnęła po złoto. W meczu o trzecie miejsce obserwowaliśmy natomiast, jak “Czerwone Diabły” z przeżywającym wówczas swój prime Edenem Hazardem bez większych problemów ogrywają Anglię. Kilka miesięcy później Belgia wskoczyła na pierwsze miejsce w rankingu FIFA i utrzymywała się na nim przez prawie cztery lata.
Inne wielkie turnieje były już natomiast większym lub mniejszym rozczarowaniem. Mundial w 2014 zakończył się na ćwierćfinale, ten sprzed czterech lat - już na fazie grupowej. W międzyczasie przełomu nie przyniosły też kolejne mistrzostwa Europy. W 2016 roku sensacyjnie lepsza okazała się Walia, w 2020 Włochy, a w 2024 Belgowie ledwo wydostali się z grupy, by ostatecznie w 1/8 finału przegrać z Francją.
Dziś złote pokolenie powoli odchodzi w cień. Większości dawnych gwiazd nie ma już oczywiście w kadrze, niektórzy zdążyli zakończyć kariery, inni piłkarsko dogorywają i są po prostu zbyt słabi na reprezentację. Problem w tym, że na horyzoncie nie za bardzo widać następców. Drużynę nadal próbują zatem dźwigać ostatni weterani. Tegoroczny mundial w pierwszym składzie rozpoczęli choćby De Bruyne, Courtois, Trossard czy Thomas Meunier, a już na drugi mecz do jedenastki wskoczył Lukaku.
Problemy Belgów bardzo dobrze pokazuje przypadek ostatniego z wymienionych. Najlepszy strzelec w historii reprezentacji Belgii w ostatnim sezonie klubowym rozegrał… 64 minuty. A mimo to dostał powołanie i szybko wrócił do podstawowego składu, bo “Czerwone Diabły” po prostu nie mają kim straszyć. Nie doczekały się “drugiego Lukaku”. Ba, nie doczekały się nawet drugiego Benteke, Origiego czy Batshuayia.
Nie jest też oczywiście tak, że Belgia zupełnie nie posiada dziś młodych i utalentowanych graczy. Budować można na takich piłkarzach jak Jeremy Doku (24 lata), Andre Onana (24), Senne Lammens (23), Charles De Ketelaere (25) czy dopiero wchodzący do reprezentacji, ale obdarzony sporym potencjałem Matias Fernandez-Pardo. Skoro jednak wielkiego sukcesu na reprezentacyjnej arenie nie osiągnęło złote pokolenie, trudno wieszczyć takowy kolejnej belgijskiej generacji, która - przynajmniej na papierze - wygląda zdecydowanie słabiej.
A może jednak uda się mieszance tych dwóch światów, która tego lata przyleciała za ocean? Początek nie zwiastuje niczego dobrego, bo Belgowie jedynie zremisowali z Egiptem (1:1) oraz Iranem (0:0). Nadal mają jednak los w swoich rękach. Jeśli wygrają z Nową Zelandią, a bez wątpienia są bardzo dużym faworytem, wywalczą awans do fazy pucharowej i będą mogli pokazać, że zbyt szybko spisuje się ich na straty. W piłkę przecież grać potrafią, co widzieliśmy choćby w ostatnich meczach towarzyskich przed mistrzostwami świata. Wygrywali 5:2 z USA, 5:0 z Tunezją, 2:0 z Chorwacją.
Belgowie naprawdę wyglądali na rozpędzonych. Ale kiedy przyszła turniejowa presja, spuścili z tonu. Widać, że mają spętane nogi, popełniają proste błędy. Idealny przykład to sytuacja z meczu przeciwko Iranowi, gdy Nathan Ngoy najpierw w banalny sposób stracił piłkę, a po chwili faulował przeciwnika i wyleciał z czerwoną kartką.
Dziś w Belgii trudno o optymizm. Zarówno w kontekście tego turnieju, jak i kilku kolejnych. Powoli kibice “Czerwonych Diabłów” muszą chyba godzić się z faktem, że ich reprezentacja nie jest już europejskim gigantem. Że stoi raczej koło Szwajcarii, Chorwacji czy Austrii, a nie Hiszpanii, Francji i Anglii. Następuje przywrócenie ustawień fabrycznych.

Przeczytaj również