Grali w Lidze Mistrzów, potem nagle bankructwo. Bolesny upadek i start od zera

Grali w Lidze Mistrzów, potem nagle bankructwo. Bolesny upadek i start od zera
IMAGO / pressfocus
Piotrek - Przyborowski
Piotrek PrzyborowskiDzisiaj · 16:00
W 2011 roku Otelul Gałacz sięgnął po jedno z najbardziej sensacyjnych mistrzostw w dziejach Rumunii, Zaledwie pięć lat później “Hutnicy” zanotowali niezwykle bolesny upadek. Wtedy sprawy w swoje ręce wzięli kibice. I choć teraz znów mogą cieszyć się z gry wśród najlepszych, nie wiadomo, na jak długo.
Rumuńskim futbolem zazwyczaj rządziły kluby z Bukaresztu. W krajowej lidze, której debiut miał miejsce 117 lat temu, aż 90 razy triumfowały właśnie stołeczne ekipy. W ostatnich latach do grupy zespołów trzymającej władzę dołączył CFR Cluj, ale niezwykle rzadko tytuł ląduje jeszcze gdzieś indziej. W XXI wieku do takiej sytuacji doszło zaledwie czterokrotnie. Bohaterem jednej z takiej historii, obok Unirei Urziceni, chyba najbardziej zaskakującej w dziejach, był Otelul Gałacz. Problem w tym, że tak szybko jak wspiął się on na szczyt, tak też z niego spadł. Dziś próbuje wrócić na właściwe tory i mimo ponownej gry w elicie, targają nim te same problemy, które po mistrzostwie doprowadziły go do upadku.
Dalsza część tekstu pod wideo

Nie miał nawet butów

Wywodzi się z terenów historycznej Mołdawii zachodniej. Jest jedynym przedstawicielem tego regionu, który został najlepszą drużyną Rumunii. Chociaż futbol w te rejony dotarł już na początku poprzedniego stulecia, Otelul narodził się w 1964 roku. Przez dekady występował w niższych ligach, a do najwyższej klasy rozgrywkowej dotarł w połowie lat 80. Chwilę później zadebiutował w europejskich pucharach - i to z przytupem, wygrywając 1:0 z Juventusem w Pucharze UEFA. Złoty okres w dziejach klubu nastąpił jednak dopiero w XXI wieku. “Galatenii” zaczęli coraz mocniej kręcić się wokół ligowej czołówki, w 2004 roku dotarli do finału Pucharu Rumunii, a trzy lata później byli jedynymi ze zwycięzców w Pucharze Intertoto. Wreszcie, w sezonie 2010/2011, sięgnęli po mistrzostwo kraju. Ważnym ogniwem tamtej ekipy był Cornel Rapa, późniejszy zawodnik m.in. Pogoni Szczecin czy Cracovii.
- W życiu potrzebne jest trochę szczęścia. W sezonie 2008/2009 miałem 18 lat i grałem w rezerwach Otelulu. Nagle w pierwszym zespole kontuzji doznał podstawowy lewy obrońca i ówczesny trener, Petre Grigoras, zapytał mojego szkoleniowca, czy ma jakiegoś dobrego zawodnika na tę pozycję. Ten odparł, że poleciłby mnie, bo uznał, że mimo iż grałem nominalnie jako prawo defensor, na pewno poradzę sobie też na lewej stronie. Tak oto wylądowałem w seniorach. Byłem tym faktem bardzo zaskoczony i musiałem na szybko skombinować jakieś korki, bo w rezerwach trenowaliśmy i graliśmy głównie na syntetycznych boiskach. W debiucie popełniłem dwa spore błędy, ale nigdy nie wróciłem już do trenowania z rezerwami. Po tamtym sezonie drużynę przejął Dorinel Munteanu i zaczęliśmy pisać przepiękną historię - opowiada Rapa w rozmowie z nami.
http://x.com/paulenglish1961/status/1979606766884360454?proportion=1.63
Munteanu, legenda rumuńskiej piłki i 134-krotny reprezentant kraju, wcześniej łączył rolę trenera z grą na boisku. Otelul był jego pierwszą pracą po definitywnym zawieszeniu butów na kołku. Wybór “Neamtula”, czyli “Niemca”, jak nazywany był przez swoich kolegów z uwagi na nienaganną dyscyplinę, okazał się strzałem w dziesiątkę. Pod jego wodzą zespół zdobył 70 punktów i ostatecznie o cztery oczka wyprzedził Politehnicę Timisoara. Choć w składzie nie brakowało wtedy dobrych zawodników, takich jak Liviu Antal, Gabriel Paraschiv czy Marius Pena, za jego największą gwiazdę trzeba uznać Munteanu. To właśnie on zbudował zespół, który prezentował niezwykle skuteczny futbol i sięgnął po sukces, który zapisał się w historii całego regionu.
- Pamiętam, że dla mieszkańców Gałacza to był wyjątkowy moment i wszyscy byli z nas bardzo dumni. Tamtą drużynę oparliśmy w dużej mierze na rodzimych zawodnikach, w tym również sporej grupie, która wcześniej grała w rezerwach. Kiedy zdobyliśmy mistrzostwo, nie zdawaliśmy sobie sprawy, jak duży to był sukces. Taka refleksja przyszła dopiero po czasie. Wtedy żyliśmy chwilą. Nie mieliśmy żadnej presji, nikt nie oczekiwał od nas tego tytułu. Robiliśmy swoje i krok po kroku zdawaliśmy sobie coraz bardziej sprawę z tego, że możemy dokonać czegoś wielkiego - przyznaje Rapa, który był wtedy podstawowym zawodnikiem Otelulu.

Wyglądali jak potwory

Tamten sukces smakuje po latach tym bardziej, jeśli dodamy, że Otelul nie musiał potem bić się w eliminacjach Ligi Mistrzów. To był ostatni sezon, kiedy mistrz Rumunii awansował bezpośrednio do fazy grupowej. W niej spotkała go kolejna nagroda, czyli znakomici rywale. Manchester United, wówczas dominator angielskiej piłki i finalista poprzedniej edycji LM, a także Benfica i FC Basel. Na tle tych zespołów “Hutnicy” nie mieli zbyt wielkich szans. Choć w sześciu meczach w grupie C nie zdobyli punktu, to zaprezentowali się jako naprawdę solidny zespół. Przeciwko mistrzom Szwajcarii dwukrotnie otarli się o remis (1:2 i 2:3), oba spotkania z “Orłami” przegrali po 0:1, a z “Czerwonymi Diabłami” po 0:2.
- Dla nas każdy mecz w Europie to była kolejna wielka przygoda, z którą wiązały się jakieś historie. Pamiętam, jak na Old Trafford wyszedłem na rozgrzewkę i trybuny były niemal puste. Chwilę później zasiadł na nich komplet publiczności. Panująca tam atmosfera była wyjątkowa, a fani żyli przez całe spotkanie. Możliwość zmierzenia się z takimi piłkarzami jak Wayne Rooney, Nemanja Vidić czy Rio Ferdinand to był dla nas zaszczyt. Na boisku były z nich prawdziwe potwory, tak ciężko było im się przeciwstawić. W tej całej historii z LM żałuję tylko, że nasz stadion nie spełniał odpowiednich wymogów i mecze domowe rozgrywaliśmy w Bukareszcie - wspomina Rapa.
Faktycznie sytuacja infrastrukturalna ówczesnego mistrza Rumunii kładzie mały cień na tamtą europejską przygodę. Stadionul Otelul, choć może pomieścić około 14 tysięcy kibiców, od momentu otwarcia na początku lat 80. przechodził jedynie mniejsze renowacje. Gra w europejskich pucharach była tam wykluczona, dlatego Otelul na wtorkowe i środowe mecze musiał wyprowadzać się na nowiutką Arenie Nationala. Z Gałacza do stolicy jest ponad 230 kilometrów, w związku z czym frekwencja na tamtych meczach była dość mizerna - nie licząc starcia z United, na którym pojawiło się 28 tysięcy fanów. Dla wszystkich tych, którzy w trakcie tygodnia wsiadali w auta i decydowali się na ponad trzygodzinną podróż, czekały jednak kibicowskie emocje, które zostaną z nimi na lata.
- Otelul pod okiem Muntenau prezentował fizyczną grę, przez cały sezon mistrzowski nie poniósł u siebie ani jednej porażki. Ich włoski styl, zresztą od zawsze popularny w Rumunii, nie był spektakularny, ale zdawał egzamin. Liga rumuńska stała wtedy w rankingach o wiele lepiej niż obecnie, dlatego właśnie klub zaczął rywalizację w LM od razu od fazy grupowej. Pod względem sportowym byli bez szans. FC Basel, Benfica i Manchester United okazali się za mocnymi rywalami. Uczestnikom tamtych spotkań nikt tych wspomnień nie zabierze. Efektywny styl to jedno, ale na Europę zabrakło wtedy po prostu jakości. Potem nadeszły zresztą trudne czasy i ta Liga Mistrzów odeszła nieco w cień - opowiada nam Paweł Kiełbus, obserwator rumuńskiego futbolu, działający na portalu X jako Pablo39.

Bez pieniędzy, bez zabawy

Mistrzostwo pod pewnymi względami okazało się dla Otelulu pocałunkiem śmierci. Marius Stan, prezydent klubu w latach jego największych sukcesów, w 2012 roku postanowił odejść ze stanowiska, aby przejąć rolę burmistrza Gałacza. To właśnie wtedy nowym właścicielem “Hutników” został Dan Adamescu, wówczas jeden z najbogatszych Rumunów. Wydawało się, że to poprawi sytuację finansową klubu, ale lada chwila Adamescu został aresztowany i oskarżony o korupcję. “Galatenii”, którzy na udziale w Lidze Mistrzów zarobili w sumie ponad 22 miliony euro, stali się niewypłacalni. W międzyczasie doszły też problemy sportowe, aż wreszcie w sezonie 2014/2015 po 23 latach nastąpił spadek z Ligi I.
- Musimy pamiętać, że Otelul to stosunkowo mały klub, dla którego walka o tytuł nie była jakimś standardem. Każdy z nas zdawał sobie sprawę, że po takim sukcesie w kolejnym sezonie możemy zanotować pewien spadek formy. Nie byliśmy przecież żadnym ligowym gigantem. Po mistrzostwie część piłkarzy odeszła też do innych zespołów. Do tego pojawiły się problemy organizacyjne. W pewnym momencie znaleźliśmy się w sytuacji, jakiej zawsze chcieliśmy uniknąć. Nie tego chcieliśmy dla kibiców i mieszkańców Gałacza - przyznaje Rapa, który w styczniu 2013 roku zamienił Otelul na Steauę.
Po spadku wszystko posypało się jak domek z kart. Ze względu na brak funduszy w kolejnym sezonie zespół składał się w dużej mierze z juniorów, którzy nie byli w stanie rywalizować z rywalami nawet na drugoligowym poziomie. Ostatecznie Otelul finiszował na samym dnie Ligi II, a jakby tego było mało, 1 kwietnia 2016 sąd w Bukareszcie orzekł jego bankructwo. W ciągu zaledwie pięciu lat od pierwszego mistrzostwa w historii klub z Gałacza dosłownie z dnia na dzień zniknął z piłkarskiej mapy Rumunii.
- Jak to powiedział mój dobry znajomy, rumuński dziennikarz, kiedy ostatnio rozmawiałem z nim o Otelulu: “nie ma pieniędzy, to nie ma zabawy”. Klub zbankrutował i ciężko było poukładać pewne sprawy. Gałacz znajduje się w niezbyt bogatym regionie. Ciężko tam znaleźć hojnych sponsorów, a przez to zbudować silną kadrę. Klub zawsze był w dużym stopniu zależny od Sidex Galati, kombinatu produkującego stal. I dlatego bez ich wsparcia tak to się wszystko potoczyło. Bez pomocy lokalnych władz oraz kibiców, którzy na moment przejęli nawet pieczę nad klubem, Otelulu dawno by już nie było - dodaje Kiełbus.

Herb za 10 tysięcy

Po upadku to właśnie fani wzięli sprawy w swoje ręce. Błyskawicznie założyli nowy twór, który początkowo nie mógł korzystać z dawnej nazwy i herbu. Prawa do nich zostały bowiem sprzedane na publicznej aukcji za 10 tysięcy euro. Na szczęście jej zwycięzca… nie wniósł opłaty, dlatego ostatecznie po roku fani dopięli swego. Otelul odbudowę rozpoczął od czwartego poziomu rozgrywkowego, z którego wydostał się już po roku. Później ugrzązł jednak w Lidze III, aż wreszcie w sezonie 2021/2022 do klubu po niemal dekadzie powrócił Munteanu. To pod jego wodzą “Hutnicy” w dwa lata zrobili dwa awanse i powrócili do elity. Legendarny szkoleniowiec utrzymał jeszcze zespół w gronie najlepszych, ale Gałacz opuścił z końcem 2024 roku z uwagi na… problemy finansowe klubu, które do dziś go zresztą trapią.
- Jesienią Otelul sprawił kibicom miłą niespodziankę i wyniki pod okiem Laszlo Balinta były ponad stan. Pod względem finansowym, organizacyjnym czy jakościowym to nie jest drużyna na TOP6. Po wycofaniu się głównego sponsora lukę znów trzeba było zasypać z publicznych środków. W pewnym momencie mówiło się o sporych, sięgających nawet trzech miesięcy zaległościach. Jeden z byłych zawodników skorzystał z rumuńskich przepisów i wystąpił nawet do sądu z wnioskiem o wdrożenie w Otelulu postępowania upadłościowego. Klub musiał się ratować i sprzedał zimą Paulinho do Wieczystej Kraków, a Joao Paulo do FCSB. Wiosną drużyna zanotowała regres, a Balinta zastąpił ostatnio były reprezentant Chorwacji, Stjepan Tomas. Jeżeli uda się finansowo to pozbierać i utrzymać miejsce w Superlidze, to latem na pewno dokończona zostanie wyprzedaż - mówi Kiełbus.
Kibice Otelulu na razie o powrocie do europejskich pucharów, a tym bardziej Ligi Mistrzów, mogą jedynie pomarzyć. Zresztą podobnie jak cała liga rumuńska, bowiem od tamtego pamiętnego sezonu jej przedstawiciele dotarli jeszcze tylko dwukrotnie do fazy grupowej Champions League. W rozgrywkach 2012/2013 udało się to CFR Cluj, a rok później tę samą drogę przeszła również Steaua. Rumunia na swój klub wśród najlepszych drużyn Europy czeka więc już 12 lat, czyli dłużej niż Ekstraklasa. I niewiele wskazuje na to, aby w najbliższym czasie tę klątwę miał przełamać Otelul, który w obecnym sezonie rywalizuje w grupie spadkowej. Za sznurki pociąga zaś znany ze swej działalności w Radomiaku Radom, Octavian Moraru.
- Jeśli ktoś pyta mnie, czy Otelul powróci kiedyś do Ligi Mistrzów, odpowiadam: a dlaczego nie? To nie jest niemożliwe, bo oczywiście w piłce nożnej może wydarzyć się dosłownie wszystko. Co roku praktycznie wszędzie zdarzają się jakieś niespodzianki. Moim zdaniem, będzie jednak o to bardzo ciężko. Chciałbym, żeby Otelul mierzył jak najwyżej, ale najpierw musi zacząć od obrania jakiejś konkretnej strategii i nie może mieć problemów finansowych. W klubie wszystko musi się zgadzać, jeśli chce wrócić na szczyt. Bo tak właśnie było, kiedy ja tam grałem i odnosiliśmy nasze największe sukcesy - podsumowuje Rapa.

Dyskusja

Przeczytaj również