Gromy pod adresem słynnego trenera. "Źle się zestarzał"

Gromy pod adresem słynnego trenera. "Źle się zestarzał"
IMAGO / pressfocus
Janusz - Basałaj
Janusz BasałajDzisiaj · 16:30
O mundialu wielkich i tych "maluczkich", a także nadchodzącym transferze Roberta Lewandowskiego - pisze Janusz Basałaj w kolejnym odcinku swojego mundialowego cyklu felietonów.

Kroniki Piłkarskie Janusza Basałaja to zbiór felietonów, w których doświadczony dziennikarz Meczyki.pl komentuje bieżące wydarzenia ze świata futbolu. Na czas trwających mistrzostwa świata zamieniają się one w Mundialowe Kroniki. Bo przecież dziś wszyscy żyjemy tym, co dzieje się za oceanem.
Dalsza część tekstu pod wideo

Startuje poważne granie

Wreszcie zaczęły się te mistrzostwa… To, co oglądaliśmy dotychczas na stadionach Kanady, Meksyku i USA, przypominało wielki światowy festyn piłkarski. Grali wielcy, ambitni, średniacy, no i zupełni nuworysze piłkarscy, mający problemy z dorównaniem najlepszym. Imperialne ambicje prezydenta FIFA, Gianniego Infantino, sprawiły, że w finałach oglądaliśmy oprócz twardych faworytów i uznanych ekip, kawałek futbolowej egzotyki. Nie mam z tym większego problemu, bo kiedy i gdzie obejrzałbym dzielne jedenastki Jordanii, Iraku, Curacao, Uzbekistanu, Republiki Zielonego Przylądka?
Czy to sposób na upowszechnianie piłki nożnej? Bez wątpienia. Czy to jest turniej, gdzie śledziliśmy w podnieceniu wysoki poziom sportowy "maluczkich"? Bez przesady… Braki w wyszkoleniu, taktyce, naiwny pomysł na grę w starciu z faworytami, entuzjazm napędzający ich w każdym spotkaniu – to było widać. Z drugiej strony, dla fana tych ekip, to wielki zaszczyt i frajda uczestniczyć w tak światowej imprezie. Sama ceremonia otwierająca każdy mecz na pięknym, wypełnionym po brzegi stadionie, dała im wielkie poczucie dumy i przynależności do elity futbolu. O tych odczuciach będzie się mówiło w tych krajach jeszcze długo. Czy udział w tych finałach będzie dla krajowych federacji dobrym impulsem, by lepiej i racjonalniej budować futbol? Oby tak się stało. O wpływach finansowych od FIFA za udział w turnieju nie wspomnę…
Często kibice tych najmocniejszych (zwłaszcza z Europy) drużyn narzekają na udział nuworyszy. Bo przynależność do elitarnej grupy daje poczucie dumy i pewnej pogardy dla tych "maluczkich". UEFA już półoficjalnie zżyma się, że tak mało zespołów ze Starego Kontynentu gra w elitarnych finałach. Jakby ktoś zabronił Italii czy Polsce awansu i wyjazdu do Ameryki. Kto kazał przecenionej Turcji, by pakowała się po trzech meczach i wracała do domu? Lepiej kisić się we własnym sosie i pokazać elitarność niż wywalczyć awans po uczciwym boju?
Tego tortu, jaki wypieka FIFA, jest sporo, ale jakoś nikt nie chce karmić nim tylko tych, którzy w światowej piłce zrobili tyle dobrego i jeszcze by chcieli zrobić. Żal Urugwaju? Wcale nie… Marcelo Bielsa, legendarny argentyński selekcjoner, a może bardziej trener, chyba źle się zestarzał. Jego nawiedzenie piłkarskie, styl pracy oparty na wielkich wymaganiach wobec piłkarzy, w których nie ma miejsca na dialog, dyskusje, tylko tępe zasuwania do utraty przytomności. Intensywność dobra rzecz, ale w pracy trenera-weterana staje się obsesją, której nie akceptują nawet tacy artyści piłki jak np. Federico Valverde (Real Madryt). Nie ma Urugwaju, w turnieju zostały ekipy Paragwaju czy Ekwadoru.
Tak więc zafiksowani na uznanych drużynach i wielkich gwiazdach, mogą wreszcie odetchnąć. W play-offach zaczyna się zabawa elity. Z udziałem tych, których znamy i lubimy, czasami znanych z tego, że są znani… Pewnie dojdzie do niejednej niespodzianki czy sensacji, ale jakże łatwiej zastanawiać się nad aktualną formą Cristiano Ronaldo czy Harry’ego Kane’a, nie problemami Mahmouda Al-Mardiego w ataku Jordanii.
Jak to było w genialnej komedii Juliusza Machulskiego "Kingsajz"? Bohaterowie filmu powtarzali bez końca hasło: "Kingsajz dla każdego!". Wątpię, by prezydent Infantino znał to dzieło Machulskiego, ale jego ostatni przekaz miesiąca to z pewnością "Mundial dla każdego!".

Lewandowski wybrał klub

W cieniu mundialu wreszcie zakończyła się ostatnia transferowa epopeja Roberta Lewandowskiego. Ostatecznie jednak MLS i Chicago Fire. Flirty z Arabią Saudyjską, tureckim Fenerbahce, a może z jakąś uznaną jeszcze piłkarską firmą śledzono z uwagą i raczej bez ekscytacji. Gdzie te czasy, kiedy "Lewego" transferowano z Lecha do Borussii Dortmund, a później do Bayernu czy Barcelony. Zasługi - zasługami, klasa strzelecka – klasą, ale dziś dojrzały piłkarz z takim dorobkiem ni to wybiera klub, ni to wdzięczy się do nowych pracodawców.
To nic złego, że Robert szukał, wybierał, trochę kokietował i negocjował jednocześnie. W wieku 38 lat nie można tylko leżeć na plaży i czekać na telefony. Trzeba jednak, cytując Juergena Kloppa, "ruszyć dupę" i samemu czegoś poszukać, nie odrzucając oczywiście usług takiego agenta jak Pini Zahavi. Dajesz w ofercie wielkie nazwisko, piękny dorobek piłkarski, dajesz też świadomość, że to ostatni transfer i wieku nie oszukasz. A jednocześnie wymagania finansowe są nadal imponujące i muszą być spełnione. Skomplikowana gra RL9 i jego najbliższego sztabu doradców i pracowników zakończyła się w sumie sukcesem.
Czy to będzie triumf i klubu, i samego piłkarza? Zobaczymy… Bez złudzeń czekam na piłkarską rzeczywistość kapitana reprezentacji Polski właśnie w kadrze narodowej. Wypady różnych graczy z MLS na zgrupowania reprezentacji jakoś nie olśniewały. Różnica czasu i wielogodzinne loty, a także osławiony jet lag, to w dzisiejszych czasach (często dwa mecze w sześć dni) prawdziwe przekleństwo selekcjonera. Jest nadzieja, że Robert i z tym się jakoś upora, chyba że któregoś dnia powie, a nawet zaśpiewa kadrze biało-czerwonych “Time to say goodbye”. Do czego go jednak nie namawiam, bo już dawno ustaliliśmy, że tego rodzaju decyzję podejmie sam najbardziej zainteresowany.

Dyskusja

Przeczytaj również