Gromy pod adresem gwiazdy Realu Madryt. "Prezentuje się skandalicznie słabo"
Projekt pt. “Real Madryt Xabiego Alonso” zależy właśnie od takich meczów. “Królewscy” wygrywając w półfinale Superpucharu Hiszpanii z Atletico 2:1 ponownie obronili piłkę meczową, która mogła wyautować baskijskiego trenera ze stanowiska. To nie znaczy jednak, że ciemne chmury zostały przegonione.
Mini-turniej rozgrywany jest w Arabii Saudyjskiej po raz szósty i od czasu zmiany formatu oraz lokalizacji Real Madryt triumfował w nim trzykrotnie. Na drodze do czwartego tytułu stanęło Atletico i to jeszcze w półfinale. Nie ma żadnej tajemnicy w tym, że dla “Królewskich” ich rywale zza miedzy to za każdym razem twardy orzech do zgryzienia. Dość powiedzieć, że “Los Blancos” w ostatnich dziesięciu spotkaniach zanotowali tylko trzy zwycięstwa, trzy razy przegrali i cztery razy padł remis. A kibice wicemistrzów Hiszpanii bardzo dobrze pamiętają klapę z siódmej kolejki La Liga, gdy po sześciu kolejnych wygranych zostali brutalnie sprowadzeni na ziemię przez ekipę Diego Simeone.
Dla trenera Xabiego Alonso, który wciąż znajduje się na gorącym fotelu (chociaż ostatnie, bardzo przekonujące zwycięstwo 5:1 nad Betisem nieco oddaliło widmo zwolnienia Baska), derbowe starcie musiało być trudnym sprawdzianem, tym bardziej że znów nie mógł skorzystać z Kyliana Mbappe, który był jedynym jasnym punktem drużyny w ostatnim starciu z “Los Colchoneros”. Drużyna zdała egzamin. Ledwo. Z wynikiem “dopuszczający”.
Kapitan świecił przykładem
Gdy nie ma naturalnego lidera, na boisku zazwyczaj wyrastają nieoczywiści bohaterowie. Tak było i tym razem. Fede Valverde niejednokrotnie pokazywał, że dowozi w wielkich meczach. W półfinale Urugwajczyk oddał całą swoją duszę, a nawet więcej. Zaczynając od kapitalnego uderzenia z rzutu wolnego a’la Roberto Carlos, poprzez doskonałą asystę przy bramce Rodrygo, aż po rozgrywanie i wielki występ w defensywie. Po raz kolejny udowodnił, że może nie jest stworzony do biegania na prawej stronie, nie mając nikogo za sobą, ale kiedy trenerzy tego potrzebują, kapitan Realu nie pęka na robocie.
Drugi duży plus to wspomniany Brazylijczyk. Niewielu graczy z Santiago Bernabeu zaliczyło bardziej rozczarowujący miniony rok niż reprezentant “Canarinhos”. Rodrygo kopał się po czole i nie potrafił trafić do siatki od marca. Ostatni miesiąc jednak był dla niego przełomem (którym to już w jego karierze?), a derbowy pojedynek przyniósł mu gola po świetnej kontrze, poprawiając bilans z ostatnich pięciu meczów. Na koncie ma trzy bramki i trzy asysty.
Podczas gdy na lewym skrzydle Vinicius prezentuje się skandalicznie słabo, walcząc raczej z własnymi demonami niż z przeciwnikami, a Mbappe chwilowo się kuruje i ładuje baterie na kluczowy fragment sezonu, Rodrygo wziął na siebie dużą część odpowiedzialnośc za grę ofensywną i wykorzystuje zaufanie szkoleniowca. To jeden z niewielu zawodników z białej części Madrytu, który potrafi przejąć inicjatywę, poholować piłkę, przedryblować rywala, wejść odważnie w pole karne i skutecznie uderzyć. Jeśli chodzi o Viniciusa, to z trybun znów usłyszał gwizdy i wielu kibiców mogłoby sobie życzyć, by działacze zostawili go w Arabii i nie wpuszczali na pokład samolotu, który w niedzielę wróci do Madrytu. Takie nastały dziwne czasy.
Ostatnim zasługującym na pochwały powinien być Antonio Ruediger. Niemiec rozegrał “partidazo” pomimo bólu i można tylko zastanawiać się, czy Xabi nie przeszarżował z tym pokerowym zagraniem, bo Niemiec finalnie nie dokończył spotkania. Stoper niestrudzenie walczył z Alexandrem Sorlothem, organizował całą defensywę. Teraz cała nadzieja w sztabie medycznym, by na finał postawić obrońcę do pionu.
Wszystko wskazuje na Barcelonę
Czy Real poprawi się po ostatnich fatalnych derbach Madrytu - to pytanie najgłośniej wybrzmiewało przed spotkaniem w Dżuddzie. Po 90 minutach odpowiedź wcale nie jest jednoznaczna. Owszem, wynik wskazuje na to, że Xabi wyciągnął wnioski, ale sam styl nie wymazał licznych znaków zapytania. Zwycięstwo to zwycięstwo, jednak hiszpański menedżer po prostu nie może być w pełni zadowolony z tego, co zobaczył w czwartkowy wieczór.
W pierwszej fazie meczu pressing działał dobrze, ale to nie trwało długo. “Królewscy” jeszcze przed pierwszą przerwą na nawodnienie zaczęli oddawać środek pola i na dobrą sprawę nie udało się go odzyskać do ostatniego gwizdka. Strzeleckie okazje kreowali sobie albo przy stałych fragmentach, albo w kontratakach. Dokładnie to samo widzieliśmy w schyłkowym okresie kadencji Carlo Ancelottiego. Liczenie na indywidualne popisy, odrobinę szczęścia oraz swojego bramkarza. Długo się na tym nie pociągnie.
Atletico łatwo dochodziło do sytuacji, rozgościło się na obu skrzydłach i dobrze wykorzystywało Sorlotha jako centralną postać w polu karnym. To oznacza, że piłkarze “Cholo” robili dokładnie to samo, na co pozwalali im “Los Blancos” we wrześniu. Różnica jest taka, że wtedy Atleti potrafiło wykorzystać szanse, wczoraj szwankowała skuteczność. No i trafili na kolejny bardzo dobry dzień Thibaut Courtois.
Jak będzie w niedzielnym finale? “Królewscy” po zakończeniu gry wyglądali na totalnie wyprutych fizycznie, niektórzy padali wyczerpani na ziemię. Barcelona szybko rozstrzygnęła swój półfinał i w drugiej połowie oszczędzała siły. Ale to wciąż El Clasico. Wydarzenie, podczas którego dzieje się niemożliwe.
Real, nie będąc w uprzywilejowanej sytuacji, odniósł przekonujące zwycięstwo nad “Blaugraną” jesienią, jednak to właśnie po tamtym starciu wszystko zaczęło się psuć i parę ran nadal pozostaje otwartych. Niektóre, jak postawa Viniciusa, wręcz ropieją. Biorąc pod uwagę ten fakt oraz brak francuskiego superstrzelca, łatwo wskazać faworyta. Będzie nim obrońca tytułu.