Historia sportowej legendy w polskich kinach. Walczy o Oscara. "Uczył grać nawet szympansa"

Wygrzebana w lumpeksie książka stała się inspiracją filmu, który stanowi jeden z najmocniejszych tytułów w wyścigu oscarowym. Ale czemu się dziwić, skoro nawet prawdziwe życie Marty'ego Reismana stanowiło gotowy materiał? Nikt nie traktował tenisa stołowego w podobny sposób.
Na ekrany polskich kin wkroczył w końcu "Marty Supreme" w reżyserii Josha Safdiego. Film, uważany za jedną z najważniejszych premier tego roku głównie za sprawą rewelacyjnej roli Timothee Chalameta, luźno bazuje na autobiograficznej książce z 1974 roku - "The Money Player: The Confessions of America's Greatest Table Tennis Champion and Hustler". Według The Rolling Stone opowieści Marty'ego Reismana trafiły do Safdiego za sprawą żony, która znalazła niepozorny tytuł w jednym z lumpeksów. Dla twórcy, szukającego własnej drogi po latach współpracy z bratem, był to jeden z najlepszych prezentów w życiu.
Wyznania byłego mistrza tenisa stołowego stanowiły znakomitą bazę do snucia historii szalonej, tętniącej życiem i nieprzewidywalnej. Odbiegającej od standardowego wyobrażenia omawianej dyscypliny w sposób wyraźny. Reisman uważał siebie za geniusza. Określał mianem trzykrotnego milionera i trzykrotnego byłego milionera. Widział każdego, z każdym wygrał, wszystko przegrał, zdobył szczyty i z nich spadł. Konstruował własną legendę z pietyzmem, nie przestał aż do śmierci w 2012 roku.
Dzięki filmowi Safdiego historia ożywa na nowo, nawet jeśli rodzina zmarłej legendy nie została w żaden sposób zaangażowana przy tworzeniu "Marty'ego Supreme". Mimo tego nazwisko Reismana znów trafiło pod strzechy, znów są chętni do odkrycia, kim był człowiek, którego stara się portretować Chalamet. Niewielu niesłusznie uzna, że to biografia, ale czym jest prawda wobec wieczności opowieści?
Cwaniak
Reisman był wyjątkowym sportowcem, jednym z najlepszych tenisistów swojej epoki. Ale o ile na zawodach miewał równych konkurentów, o tyle w sferze tworzenia show był jedyny w swoim rodzaju. Traktował dyscyplinę jako rozrywkę - tak dla siebie, jak dla ludzi. Im bardziej bawiła się publiczność, tym bardziej cieszył się Reisman, którego kieszenie napychano kolejnymi dolarami. Dla Amerykanina nie istniała stawka niegodna, nie istniał pieniądz, po który nie warto się schylić. Według The Times pewnego razu wybrał się do Toledo, bo mieli tam rozdawać samochody, a do Columbus zawitał po obligacje o niskiej wartości.
Reisman starał się znaleźć okazję wszędzie. Często kosztem innych, ale bywa, takie życie. Potrafił wyzwać na pojedynek tenisowy, podłożyć się na początku rywalizacji, a później skorzystać ze swoich prawdziwych umiejętności i zgarnąć okrągłą sumę. Stale też budował wizerunek kogoś ponad resztą. Popisowym numerem stało się mierzenie siatki za pomocą studolarówki. Gdy dziennikarz Matt Flegenheimer zapytał, dlaczego nie używał banknotu o mniejszym nominale, tenisista filozoficznie stwierdził: po co się ograniczać?
Bariery faktycznie nie istniały. Młody zawodnik do tego stopnia poświęcił się tenisowi, że wyleciał ze szkoły. Niewiele go to obchodziło, liczył się tylko sport. Spędzał przy stole po dziesięć godzin, wygrywał cotygodniowe turnieje. Rozwijał dwa warsztaty - realny oraz showmana. Z jednej strony potrafił zamęczyć przeciwników bardzo szybkim odbijaniem piłeczki, z drugiej zaś, jeśli tylko wyczuł okazję, uderzał za pomocą okularów, butów. W trakcie wymian gadał, bywało, że dmuchał w zagraną przez rywala piłeczkę i unosił w powietrzu. Nic dziwnego, że po jego usługi zgłosili się Harlem Globetrotters. Od 1949 do 1951 roku Reisman występował w duecie z Douglasem Cartlandem, podróżował po całym świecie i zabawiał publiczność przed meczami koszykarzy.
- Świetnie się bawiłem. Zaczynaliśmy nasze pojedynki od dwóch piłeczek. Potem dorzucaliśmy kolejną, kolejną i piątą. Byliśmy jedynymi graczami na świecie, którzy to potrafili. Dlatego postanowiłem poświęcić tenisowi całe swoje życie - tłumy wstawały, wiwatowały na cześć mojego talentu - wspominał Amerykanin, cytowany przez The Rolling Stone.

Ale nie wszystko wychodziło idealnie. Jeden z nieudanych trików skończył się złamaniem ręki. Sędziowie nienawidzili ciągle wykłócającego się zawodnika, a rywale wykorzystywali skłonność Reismana do wybuchowości, dekoncentracji. Wreszcie zaś sam zawodnik miał silny gen autodestrukcji.
Reisman nie wahał się przed stawianiem na samego siebie. Zdarzało się jednak, że przesadził. W 1945 roku, gdy miał raptem 15 lat, postawił 500 dolarów na zwycięstwo w turnieju w Detroit. Osoba, u której deponował pieniądze, okazała się przedstawicielem Amerykańskiego Stowarzyszenia Tenisa Stołowego. To tak, jakby młodzieżowy reprezentant Polski stawiał zakład u Cezarego Kuleszy. Reismana z turnieju wyprowadziła policja.
Prawo naginał też przy innych okazjach. W 1948 roku szmuglował nylonowe pończochy do ogarniętej kryzysem Anglii. Na inne rynki przewoził długopisy, perfumy. W swojej biografii stwierdził, że nauczył szympansa grać w tenisa. Że wizytę Richarda Nixona w Chinach miał poprzedzić meczem z lokalnym zawodnikiem. Że był na audiencji u króla Kambodży i papieża. Że został ewakuowany samolotem wojskowym z Hanoi. Że cały świat jest Marty'ego Reismana, a my tylko w nim żyjemy.
Mistrz
Mit nie miałby jednak mocy, gdyby Reisman nie potrafił profesjonalnie grać w tenisa. Był szmuglerem, cwaniakiem i oszustem, ale też sportowcem nie w ciemię bitym. Dwukrotnie zajął trzecie miejsce na mistrzostwach świata w grze pojedynczej, dwukrotnie z reprezentacją i raz w mikście. W 1952 roku był jednym z głównych faworytów do tytułu, ale już w pierwszej rundzie przegrał z Japończykiem Hirojim Satohą. Sam twierdził jednak, że przegrał z technologią.
- Satoh grał jak amator - napisał Amerykanin w swojej autobiografii.
Powodem porażki miała być różnica w sprzęcie. Japończyk używał rakiety będącej obecnym standardem, a więc paletką ze sporą warstwą pianki. Reisman pozostawał wierny wersji hardbat - wystające czopki, bez gąbki. Taka rakieta ogranicza możliwość rotacji, spowalnia grę. Wobec narzędzi Satohy musiało to przypominać przyjście na strzelaninę z nożem.
- To był inny sport. Jego rotacja mnie tłamsiła, piłeczka była czasami jak spadający liść. Robiłem sobie krzywdę, mocno uderzając - przyznał "Igła".
Satoh wygrał całe mistrzostwa i rozpoczął nową erę w tenisie stołowym. Erę, w której Amerykanin nie do końca umiał się odnaleźć. Na kolejnych turniejach nie radził sobie dobrze, ale jego dorobek pozostaje imponujący. Pięć medali mistrzostw świata, 22 wygrane turnieje, a także rekord. W 1997 roku Reisman został najstarszym zawodnikiem, który zwyciężył zawody w kategorii Open w sporcie rakietkowym. Podczas pamiętnych United States National Hardbat Championship miał 67 lat.

Wśród osiągnięć Reismana jest również rywalizacja z dziesiątkami niesamowitych zawodników. Pojedynkował się z Satohą, Victorem Barną, Dickiem Milesem, George'em Braithwaite'em i wreszcie uwielbianym przez Amerykanina Alojzym Ehrlichem. Był to polski tenisista pochodzenia żydowskiego, czterokrotny medalista mistrzostw świata w singlu, jeden z najpopularniejszych sportowców przedwojnia. Ehrlich przetrwał Auschwitz i Dachau - według legendy naziści zatrudnili go do rozbrajania bomb. Podczas jednej z leśnych prac Ehrlich natknął się na plaster miodu, wysmarował nim ciało i kilka godzin później pozwolił posilić się współosadzonym. Historia ta znalazła się również w filmie Safdiego, chociaż narodowość zawodnika zmieniono.
Ale Polska też się Ehrlicha wyrzekła. Zawodnik, już po emigracji do Francji, wciąż występował pod flagą biało-czerwoną. Gdy nad Wisłą do władzy doszli komuniści, tenisistę wyklęto. Ehrlich dołączył więc do "Trójkolorowych" i mieszkał nad Sekwaną aż do śmierci w 1992 roku.
Legenda
Trudno orzec, kiedy tak właściwie Reisman zakończył karierę, wszak rywalizował jeszcze w latach 90. Podtrzymywał tym samym legendę, markę jednego z najlepszych graczy klasycznego tenisa stołowego. Realizował się też prywatnie - założył rodzinę, na Upper West Side prowadził klub, którego gośćmi byli między innymi wybitny pisarz Kurt Vonnegut i mistrz szachowy Bobby Fischer.
Wnukom kupował trzyczęściowe garnitury, na turniejach nie rozstawał się z fedorą, koszulą, długimi spodniami, bywało, że z okularami z przyciemnianymi szkłami. Cały czas emanował ekstrawagancją, był "Igłą" w stogu siana jednakowych zawodników. Długo cieszył się dobrym zdrowiem, jakby rzeczywistość się go nie imała. Ale tego właśnie chciał.
- Tenis tak mnie pochłaniał, tak wypełniał mój czas, że nie miałem czasu na inne zmartwienia - stwierdził, cytowany przez The Rolling Stone.
Na początku XXI wieku o Reismanie zrobiło się nieco głośniej, pomógł krótki występ u Davida Lettermana. Podczas odcinka z aktorem Matthewem Broderickem "Igła" był gościem specjalnym. W trakcie trwającego kilkadziesiąt sekund wejścia spróbował powtórzyć swoje popisowe zagranie z przeszłości i złamać papierosa uderzoną piłeczką pingpongową.

Dzierżył, nieprzypadkowo, pomarańczową piłeczkę. To zaś najlepszy dowód na to, że Safdie wykonał swoją pracę domową. "Marty Supreme" nie jest biografią Reismana, ale głębokim, pełnym sympatii ukłonem w stronę człowieka definiującego dyscyplinę według własnych reguł. Ukłonem zwariowanym, ale hej, po co się ograniczać?