Historyczny klub przestaje istnieć. Kiedyś szokowali gigantów, dziś zjadły ich długi i korupcja

Historyczny klub przestaje istnieć. Kiedyś szokowali gigantów, dziś zjadły ich długi i korupcja
MB Media / pressfocus
Adam - Kowalczyk
Adam KowalczykDzisiaj · 10:00
Na początku XXI wieku przerwali hegemonię portugalskiej wielkiej trójki, sensacyjnie zdobywając mistrzostwo. Później zaczęli gnić od środka - złe zarządzanie i korupcja wpędziły ich w długi, w których tonęli przez następne dwie dekady. Wkrótce Boavista Porto, bo o niej mowa, w ogóle przestanie istnieć.
Właściciel, mający ich uratować, okazał się niszczycielem klubów. Stadion, na którym grają, w ostatnich miesiącach widział boiskowe klęski, ciemność po wyłączeniu prądu oraz wbijającą się na jego teren policję. Boavista od lat walczy o życie na wyczerpaniu. Dziś wygląda na to, że nieuniknione w końcu nastąpiło. Drugi największy klub z Porto stał się klubem-widmo, którego za moment nie będzie już na piłkarskiej mapie Portugalii.
Dalsza część tekstu pod wideo
Nikt nie szukał odpowiedzi na pytanie, czy Boavista upadnie, a bardziej na to, kiedy upadnie. Choć i tu sprawa okazała się dość oczywista, bo wystarczyło poczekać na to, aż klub oficjalnie zanotuje sportową relegację do drugiej ligi portugalskiej. Później poszło to jak lawina. Słynnych koszulek w biało-czarną szachownicę nie oglądamy już na żadnym poziomie rozgrywkowym w Portugalii, a sam klub obraca się w pył.

Epicentrum portugalskiego Calciopoli

Wszystko, co dotyka obecnie Boavistę, to smutny koniec przeciągającej się w nieskończoność historii, która miała swój zalążek w 2008 roku. Wtedy na światło dzienne wyszły brudy z tak zwanej afery Apito Dourado, czyli ogromnego skandalu korupcyjnego, który miał miejsce cztery lata wcześniej i zszokował cały świat portugalskiego futbolu klubowego. Znani działacze przekupywali sędziów dla własnych korzyści, a najbardziej znanym z nich - poza ówczesnym prezesem FC Porto, Pinto da Costą - była głowa zarządu Boavisty, Joao Loureiro. Aresztowano łącznie 16 osób, w tym oficjeli klubowych i arbitrów, jednak wiele spraw o korupcję z czasem zdążyło ulec umorzeniu.
Zarówno Loueiro, jak i da Costa otrzymali wyroki w zawieszeniu. Po latach okazało się zaś, że sąd postanowił uniewinnić ich z powodu niewystarczających dowodów na winę. Podobnie potraktowano wielu innych oskarżonych, których sprawy zakończono bez wyroków skazujących. Wpływ na to bez wątpienia mógł mieć fakt, iż większość materiałów dowodowych stanowiły nagrania z podsłuchu rozmów telefonicznych, które nie sugerowały przekupstwa w sposób dosłowny.
Najbardziej szerokim echem poniósł się telefon Pinto da Costy do Antonio Araujo w przeddzień ligowego meczu FC Porto z Estrelą de Amadora. Prezesi obu klubów podejrzanie często używali słowa “owoce”. Można było łatwo wydedukować, że był to szyfr, którego znaczenie było zależne od kontekstu rozmowy. W tym konkretnym przypadku miało oznaczać… zapewnienie prostytutek sędziemu przed meczem. Jak wiadomo, domysły funkcjonujące w opinii publicznej nie mogą jednak służyć za dowód w świetle prawnym - z tego też względu mnóstwo postępowań odnośnie całego skandalu zdążyło rozpłynąć się w powietrzu.
Nagranie rozmowy da Costy z Araujo. Wyrażenie “fruta para dormir” (“owoce na sen”) stało się jedną z głównych części spekulacji.
Jedną z większych kontrowersji okazała się być różnica w skali kar nałożonych na FC Porto i Boavistę. Ci pierwsi, za zakończony już sezon 2007/08, otrzymali sześć punktów ujemnych i 150 tysięcy euro grzywny, co nie wpłynęło w praktycznie żaden sposób na ich osiągnięcia sportowe. Mistrzostwo kraju zapewnili sobie bowiem z aż 20-punktową przewagą nad drugim w tabeli Sportingiem, więc odjęcie kilku “oczek” mogli odebrać co najwyżej jako symboliczne pogrożenie palcem. Boavista została potraktowana znacznie surowiej. Nie tylko dostała grzywnę wyższą o 30 tysięcy euro, ale została też zdegradowana o ligę niżej. Kampanię 2008/09 rozpoczęła na drugim poziomie rozgrywkowym, jednak zaledwie po roku spadła do trzeciej ligi, w której pozostała przez kolejne pół dekady.

Bessa na Bessie

Gra w niższych ligach wpędziła Boavistę w problemy finansowe. Zdecydowanie największą ich przyczyną był niespłacony dług za zmodernizowany kilka lat wcześniej stadion. Estadio do Bessa wyremontowano przed organizowanym w Portugalii EURO 2004, by ten mógł pomieścić 30 tysięcy widzów i spełnić wymagania turniejowe. W tamtym momencie taka decyzja nie mogła dziwić, gdyż sam klub przechodził przez najlepszy okres w swojej historii - w sezonie 2000/01 został sensacyjnym mistrzem kraju, a w kolejnym roku zabrakło mu zaledwie pięciu punktów do obrony tytułu. W tym samym czasie grał w Lidze Mistrzów, gdzie odpadł dopiero w drugiej rundzie, urywając po drodze punkty Liverpoolowi, Borussii Dortmund czy Bayernowi Monachium. Dość wyraźnie pukał więc do drzwi portugalskiej wielkiej trójki i logicznym jest, że rozbudowa stadionu była kolejnym krokiem w celu nadgonienia Benfiki, Porto czy Sportingu.
Natychmiast okazało się, że większy obiekt oznaczał dla Boavisty więcej kłopotów. Już po zakończeniu prac klub zalegał z siedmiomilionowym długiem wobec firmy budowlanej odpowiedzialnej za rozbudowę stadionu, ale z biegiem czasu okazało się, że jego spłata jest coraz bardziej ponad stan. Po degradacji w 2008 roku zyski z biletów i praw telewizyjnych nie były w stanie przewyższyć kosztów utrzymania stadionu, a że na mecze przychodziło coraz mniej osób, to Boavista ponosiła kolejne straty finansowe. Tak naprawdę jej upadek mógł mieć miejsce już znacznie wcześniej, gdyby nie niespodziewany finisz długiej batalii sądowej. Sześć lat po fakcie uznano bowiem, że przyznana klubowi karna relegacja była niesłuszna. Przed sezonem 2014/15 Boavista została więc… przywrócona do elity bezpośrednio z trzeciego poziomu rozgrywkowego. Szaleństwo.
Żywot Boavisty został odratowany, ale długi ciągnęły się za nią nieprzerwanie. W szczytowym momencie wynosiły one ponad 65 milionów euro. Po przychylnej dla klubu decyzji sądu wierzyciele zeszli z wymaganej kwoty o połowę, co również stanowiło pewną pomoc w przywróceniu działalności na właściwe tory. Przez następne lata “Pantery” pełniły co najwyżej rolę ligowego średniaka, choć nie brakowało sezonów, w których biły się o utrzymanie. Klubowi skarbnicy musieli liczyć każdy grosz. Nie przeprowadzano praktycznie żadnych transferów gotówkowych. Aż do momentu wejścia w struktury nowego właściciela.

Zabójca klubów piłkarskich

Gerard Lopez przejął klub w październiku 2020 roku. Miał na dobre wyciągnąć go z tarapatów, zarówno tych sportowych, jak i finansowych. Finalnie zbudował sobie jednak renomę przeciwieństwa piłkarskiego Midasa - każda drużyna, której się chwycił, wpadała bowiem w poważne problemy.
Pierwszy projekt Luksemburczyka nie był związany z futbolem, a z Formułą 1. W 2009 roku postanowił nabyć zespół Lotus z grupy Renault, który pod ręką prywatnego właściciela wytrzymał sześć lat. Kimi Raikkonen, który reprezentował jego barwy w latach 2011-2013 przyznał, że nie otrzymał wynagrodzenia za swój ostatni sezon i z tego powodu odszedł do Ferrari. Później okazało się, że Lopez tak nieumiejętnie zarządzał finansami Lotus, że narobił mu długów wysokości 130 milionów euro. W grudniu 2015 roku sam zdecydował się odsprzedać zespół Renault za symboliczną kwotę jednego funta.
Taka wtopa na start nie powstrzymała przedsiębiorcy Genii Capital przed dalszym inwestowanien w sport. Głośno było o jego trzyletniej kadencji w Lille, która rozpoczęła się w roku 2017. I trzeba powiedzieć sobie szczerze - miał kolosalne szczęście, że trafił na Luisa Camposa. Portugalski dyrektor sportowy był głównym architektem drużyny, która w sezonie 2020/21 sięgnęła po historyczne mistrzostwo Francji. Bez niego nie ujrzelibyśmy w ekipie “Mastifów” takich nazwisk jak Sven Botman, Jonathan David, Gabriel Magalhaes czy Rafael Leao. I choć to właśnie ten okres w najnowszej historii drużyny wspomina się najlepiej, to nie każdy pamięta, że jeszcze parę lat wcześniej była ona bardzo blisko spadku. Właśnie tak wyglądała bowiem kampania 2017/18 - walka o utrzymanie toczyła się tam praktycznie do ostatniej kolejki. Mały włos, a “Mastifów” nie oglądalibyśmy już w najwyższej klasie rozgrywkowej. Zdobyły zaledwie punkt więcej od Toulouse i Troyes, które trafiły odpowiednio do baraży o utrzymanie i na jedno z dwóch miejsc gwarantujących bezpośredni spadek do Ligue 2.
W styczniu 2018 roku Lille nie miało możliwości przeprowadzania transferów przychodzących, zaś kilka miesięcy później trafiło pod oko komisji DNCG, rygorystycznie kontrolującej finanse francuskich klubów piłkarskich. Media szacowały długi klubu na ponad 250 milionów euro. Spekulowano o degradacji, której ostatecznie udało się uniknąć, zaś same zaległości wisiały nad “Mastifami” przez kolejne cztery lata. W jeszcze poważniejsze problemy Lopez wpędził belgijskie Royal Excel Mouscron, czyli drużynę, z której chciał uczynić klub-satelitę dla LOSC. Upadła ona w maju 2022 roku, po 101 latach od powstania. Znów ta sama historia - obietnice, plany, a na końcu wielkie długi wynikające z fatalnego zarządzania.
Nie można też pominąć wciąż trwającej historii Girondins Bordeaux, w którego zarządzie Gerard Lopez tak naprawdę wciąż zasiada. Problemy finansowe Żyrondystów zaczęły się co prawda jeszcze zanim zaczął pełnić on tam rolę właściciela, lecz to dopiero za jego panowania klub ten spadł do Ligue 2 z rekordową liczbą 91 straconych goli w sezonie. W całej historii francuskiej ekstraklasy nie było drużyny z gorszą defensywą. DNCG dopadło Bordeaux w zeszłym roku, degradując go na czwarty poziom rozgrywkowy. Trudno pozbyć się wrażenia, że jedynym ratunkiem dla klubu byłaby jego całkowita sprzedaż, jednak Lopez nie jest fanem tego pomysłu, gdyż nie chce stracić władzy.

Zjazd i huknięcie o dno

A teraz wyobraźmy sobie, że ten sam człowiek przejął Boavistę. Boavistę, która przez ostatnie lata ledwo wiązała koniec z końcem, tocząc walkę z narastającymi zadłużeniami. Cóż, to nie miało prawa się udać.
Wystarczył rok, by FIFA ukarała “Pantery” banem transferowym na pięć okienek. Od lutego 2022 roku klub nie sprowadził ani jednego nowego zawodnika przez trzy kolejne lata. W tym czasie jego sytuacja zdążyła zrobić się wyjątkowo krytyczna. W sezonie 2023/24 cudem uniknął spadku - ligowy byt zapewnił sobie dosłownie w samej końcówce ostatniego meczu. Dzięki wykorzystaniu rzutu karnego z 11. minuty doliczonego czasu gry wyrwał remis 2:2 z Vizelą, który dał mu ostatnie bezpieczne miejsce w tabeli. Radość kibiców była nie do opisania. Fakty są jednak takie, że wywalczone rzutem na taśmę utrzymanie tylko opóźniło nieuniknione.
Lawina ruszyła. Już na starcie kolejnej kampanii mówiono, że spadek dla Boavisty będzie oznaczać bankructwo. Ale tonący brzytwy się chwyta - gdy w lutym tego roku FIFA znów zezwoliła klubowi na rejestrację nowych zawodników, to ten zaczął przebierać na rynku w tym, co możliwe. I tak się złożyło, że podpisał kontrakty z dziewięcioma wolnymi zawodnikami. Było wśród nich kilka mocnych nazwisk - Layvin Kurzawa (eks PSG, Fulham), Marco van Ginkel (eks Chelsea, Milan) czy nawet były obrońca Lechii Gdańsk, Steven Vitoria.
Postawienie wszystkiego na jedną kartę nie pomogło. Wręcz przeciwnie, skala kryzysu przebijała kolejne ekstrema. W kwietniu na Estadio do Bessa odcięto elektryczność ze względu na niezapłacone rachunki za prąd, więc przez kilka dni drużyna była zmuszona trenować w okolicznym Esmoriz. Ponadto nie starczało dla pensje, a “Pantery” nie były w stanie sportowo się utrzymać. Sezon 2024/25 skończyły na dnie tabeli, przegrywając aż 1:4 z Aroucą na zakończenie rozgrywek. To był gwóźdź do trumny. W lipcu inspektorzy policji sądowej siłą wbili się przez jedno z wejść na stadion, by dokonać jego rewizji. Podejrzewano korupcję i pranie brudnych pieniędzy. Według RTL Today sześciu oficjeli klubowych zostało aresztowanych za oszustwa gospodarcze sprzed dwóch lat, aczkolwiek Gerarda Lopeza wśród nich nie było.
Od lipca trwało również postępowanie upadłościowe klubu. Sytuacja okazała się być na tyle fatalna, że utracił on swój profesjonalny status, a komisja licencyjna odrzucała wszystkie wnioski o możliwość gry na kolejnych szczeblach. Finalnie okazało się, że Boavista może grać jedynie w lidze dystryktalnej Porto, czyli na najniższym, piątym poziomie rozgrywkowym w Portugalii. Ostatecznie wycofała się jednak nawet z tych rozgrywek Do sprawy znów wszedł sąd, do którego w ostatnich dniach wpłynął wniosek o całkowitą likwidację klubu.
Zniknięcie Boavisty z piłkarskiej mapy Portugalii jest nieuniknione i trudno spodziewać się innego zakończenia tej historii. Na ten moment jest to nasiąknięty długami i korupcją klub-widmo. Klub-widmo, który nie gra żadnych meczów, a przez ostatnie dwie dekady gnił od środka, doprowadzając do sytuacji praktycznie nieodwracalnej.

Przeczytaj również