Nieprawdopodobne, co zrobiła Jagiellonia. Tak po prostu nie można. "57 razy"

Nieprawdopodobne, co zrobiła Jagiellonia. Tak po prostu nie można. "57 razy"
Michal Kosc / pressfocus
Jan - Piekutowski
Jan PiekutowskiDzisiaj · 02:36
Jagiellonia nie ma za sobą dobrej serii. Afera z Adrianem Siemieńcem, chwilę później lanie od Wisły Kraków, teraz zaś zasłużona porażka z Olympiakosem. Szkoda, bo przy dobrych wiatrach wszystkiego można było albo uniknąć, albo zniwelować. Przyjęty plan zawiódł jednak w każdym z trzech wypadków.
Jagiellonia dość zaskakująco postanowiła oprzeć swoje nadzieje na obronie. Odważne podejście, biorąc pod uwagę, że ostatni raz nie straciła gola pod koniec sierpnia, kiedy grała z Iberią. Innymi słowy - siedem meczów temu. Dawno.
Dalsza część tekstu pod wideo
Co więcej, Jagiellonia przyzwyczaiła do tego, że lepiej czuje się z piłką przy nodze. Wyciąga przeciwnika poza przyjęte pozycje, gra szybko, stara się ominąć i boleśnie uderzyć. Gdy nie może tego zrobić, cierpi. Z Wisłą Kraków miała posiadanie znacznie wyższe niż beniaminek, ale mimo tego kompletnie poległa pod bramką przeciwnika. Nie potrafiła się przedrzeć, posyłała piłki na chaos, nie wychodziło z tego nic.
Na dobrą sprawę, Białostoczanie w tym sezonie tylko dwa razy cofnęli się z premedytacją - raz z Rangersami, raz z Iberią. Gruzini atakowali z rozmachem, ale nie potrafili ubezpieczyć tyłów, za co zapłacili wysoką cenę. Poza tym "Duma Podlasia" była wtedy już po przekonującym zwycięstwie u siebie, w rewanżu mogła spuścić nieco z tonu (momentami była aż nadto pobłażliwa dla Iberii). Tym samym jedynym spotkaniem, w którym Jagiellonia starała się głównie wyczekać, jest domowa potyczka ze Szkotami. Dzieli ją jednak przepaść względem starcia w Pireusie.
O ile bowiem z Rangersami drużyna Adriana Siemieńca zagrała na intensywności zbliżonej do rywala (nieco mniej sprintów, więcej przebiegniętych kilometrów, znacznie więcej celnych uderzeń), o tyle Olympiakosowi pozwolono na zdecydowanie za wiele. Jagiellonię zgubiły rzeczy podobne do meczu z Wisłą. Jej zawodnicy nie potrafili wskoczyć na odpowiedni poziom motoryczny, a do tego popełniali fatalne błędy, prezentowali piłkę i tak nakręconym Grekom. Efekt, przynajmniej ten liczbowy, był porażający. Olympiakos oddał ponad sześć razy więcej strzałów, zmarnował dziewięć sytuacji, miał blisko cztery razy więcej kontaktów z piłką w ostatniej tercji (sic!), zanotował 16 odbiorów więcej, miał ponad cztery razy więcej kontaktów z piłką w polu karnym przeciwnika. Był zespołem pod każdym względem lepszym, całkowicie zasłużył na zwycięstwo. Nie czarujmy rzeczywistości.
Jagiellonia zagrała wszystko na jedną kartę. Zwłaszcza w drugiej połowie, gdy już ostatecznie porzuciła plany o zagrożeniu gospodarzom i skupiła się na walce o przetrwanie. Taki plan na mecz wymaga żelaznej konsekwencji. Jej zaś Białostoczanie nie mieli - jeśli dopuszczasz drugą drużynę do oddania 19 uderzeń z "szesnastki", prosisz się o kłopoty. O jeszcze większe, gdy na własnej połowie tracisz piłkę 57 razy. A gdy do tego dorzucisz niemądrą beztroskę pod bramką - w środę utożsamianą choćby przez fatalne rozegranie Sławomira Abramowicza i Norberta Wojtuszka - musisz być pewny, że z Pireusu nie uda ci się wywieźć choćby jednego punktu. Adrian Siemieniec z obranej drogi nie zamierza jednak zawracać.
- Momentami prowadziło to do strat, ale dzięki tej drodze jesteśmy tutaj. Pewne rzeczy staramy się rozwijać, zabrakło dziś czasem lepszego wykonania, tempa czy decyzji. Ale nie zejdziemy z tej drogi, bo dzięki niej jesteśmy tutaj. Wymaga to konsekwencji i wytrwałości, czasami zdarzy się stracić bramkę, przegrać mecz, ale ta konsekwencja doprowadziła nas do tego miejsca. Tacy po prostu jesteśmy - tłumaczył ciągłe próby rozegrania od bramki (cytat Jakuba Seweryna).
Trzeba też oczywiście pamiętać o skali finansowej. Jasne, w Lidze Mistrzów gra Sabah, który, bazując na danych Transfermarkt, latem wydał na kwoty odstępnego mniej niż Jagiellonia, ale generalnie pieniądze w futbolu bardziej pomagają niż przeszkadzają. I po Olympiakosie było to widać. Z Białostoczanami od początku zagrali Armando Gonzalez, Jota Silva czy Manolis Saliakas. Każdy to reprezentant kraju, łącznie kosztowali jakieś 14 mln euro. Do tego Stefan Ortega i Remo Freuler - niby sprowadzeni na zasadzie wolnego transferu, w praktyce w poprzednim sezonie występowali w ligach TOP5 i do Pireusu nie poszli tylko ze względu na grecką pogodę.
W Jagiellonii tymczasem gołym okiem widoczne są poważne braki. Ustawiony na lewym środku Apostolos Konstantopoulos nie ma lewej nogi, wobec czego ciągle korygował i rozegranie zespołu Siemieńca cierpiało. Nie wychodziło, czego nie była w stanie przykryć spora liczba wygranych pojedynków. Zatęskniono nawet za Yukim Kobayashim, który z racji konieczności awansował z rezerwowego na podstawowego stopera. Japończyk, zmagający się obecnie z urazem, z pewnością wniósłby więcej do operowania piłką, ale istnieje uzasadniona obawa, że wciąż nie mówimy o stoperze z jakością wystarczającą na granie z potentatami Ligi Europy. Dział transferowy Jagiellonii wykonał dużo dobrej pracy podczas letniego okienka, lecz zaniedbanie środka obrony - nie przyszedł ani jeden zawodnik na tę pozycję, a Andy Pelmard wrócił do Francji - to kręcenie bicza na samych siebie.

Dyskusja

Przeczytaj również