Kapitalna wiadomość dla Anglii. To może dać im historyczny sukces

Kapitalna wiadomość dla Anglii. To może dać im historyczny sukces
IMAGO / pressfocus
Dominik - Budziński
Dominik BudzińskiDzisiaj · 12:00
Już w sobotni wieczór Anglia powalczy z Norwegią o awans do półfinału mistrzostw świata. Kibice “Synów Albionu” liczą pewnie głównie na Harry’ego Kane’a i Jude’a Bellinghama, ale kto wie, czy ich największym atutem nie okaże się… selekcjoner. Thomas Tuchel to bowiem wyjątkowy specjalista od rywalizowania w fazie pucharowej.
Spotkanie z Meksykiem w 1/8 finału miało być dla Anglii piekielnie trudnym testem. Według wielu opinii - raczej nie do zdania. Nie chodziło nawet o piłkarskie argumenty, bo tych ekipa z Wysp Brytyjskich ma oczywiście więcej niż jeden z trzech gospodarzy tegorocznego mundialu, ale o okoliczności spotkania. Przede wszystkim - miejsce jego rozgrywania. Estadio Azteca położone jest na wysokości 2200 metrów nad poziomem morza, co powoduje, że rozrzedzone powietrze mocno utrudnia sportową rywalizację. Szczególnie tym nieprzyzwyczajonym do takich warunków.
Dalsza część tekstu pod wideo

Przechytrzył gospodarzy

Anglicy nie bez powodu mocno obawiali się więc starcia z Meksykanami, którzy po pierwsze - na tym właśnie obiekcie praktycznie nie przegrywają, a po drugie - byli po prostu w dobrej formie, bo do meczu z “Synami Albionu” przystępowali po wygraniu czterech kolejnych spotkań bez straty choćby jednego gola.
Thomas Tuchel, selekcjoner reprezentacji Anglii, znakomicie przygotował jednak swój zespół i wybił rywalom z rąk ich wiele argumentów. Osiągnął cel, choć nawet w trakcie spotkania napotykał na niespodziewanie przeszkody. Już od 54. minuty Anglicy musieli radzić sobie w dziesiątkę, bo czerwoną kartkę dostał Jarell Quansah. W tamtym momencie Kane i spółka prowadzili 2:1 i mieli w perspektywie mniej więcej 40 minut gry w osłabieniu, w niesamowicie trudnych warunkach. A mimo to wygrali 3:2. Niemiecki szkoleniowiec znów pokazał, jak kapitalnie potrafi zarządzać sytuacją na boisku, nawet podejmując momentami nieoczywiste decyzje. Strzałem w dziesiątkę okazało się wpuszczenie na murawę Dana Burna, który w żadnym z poprzednich spotkań mundialu nie rozegrał choćby minuty. Mierzący aż 201 cm wzrostu defensor zamienił się w magnes na dorzucane w pole karne piłki.
34-latek rozegrał nieco ponad kwadrans, a zaliczył aż sześć wybić futbolówki - najwięcej wśród Anglików. Dla piłkarza wprowadzonego na boisko tak późno to absolutny rekord w historii mistrzostw świata. Przynajmniej od momentu prowadzenia tego typu statystyk.
Ze zmianami Tuchel trafił też w 1/16 finału, gdy jego podopieczni sensacyjnie przegrywali z Demokratyczną Republiką Konga aż do 75. minuty. Znakomitą decyzją okazało się wpuszczenie na murawę Anthony’ego Gordona, który zaliczył potem dwie asysty przy bramkach Harry’ego Kane’a.

Specjalista od fazy pucharowej

Niemiecki menedżer wyrasta na prawdziwego specjalistę od gry w fazie pucharowej. Kiedy rywalizacja przechodzi w tryb “przegrywający odpada” - Tuchel zaczyna brylować. Pokazywał to prawie w każdym dotychczasowym miejscu pracy. Anglię zostawmy póki co na boku, bo awans do ćwierćfinału to jeszcze żaden sukces i wielki wyznacznik.
Pucharów początkowo uczył się w Mainz, gdzie wypłynął na szerokie wody. Tam jeszcze nie robił furory, ani na krajowym, ani międzynarodowym podwórku. Ale kiedy przejął już Borussię Dortmund, zaczął regularnie wyrzucać za turniejowe burty kolejnych rywali. Z BVB dwukrotnie docierał do finału krajowego pucharu i raz, na pożegnanie z Dortmundem, wywalczył trofeum. Dochodził też m.in. do ćwierćfinału Ligi Mistrzów.
Potem zakotwiczył w Paryżu i zrobił coś, co przez lata nie udawało się wielu jego poprzednikom. Wprowadził PSG, pierwszy raz w historii klubu, do wielkiego finału Ligi Mistrzów, ostatecznie minimalnie przegranego z grającym wtedy fenomenalnie Bayernem. Ponadto poprowadził zespół do dwóch finałów Pucharu Francji, spośród których jeden wygral, a drugi przegrał. Zgarnął też Puchar Ligi Francuskiej i dwa krajowe superpuchary.
Chelsea? To już imponujący marsz po triumf w Lidze Mistrzów. Choć na starcie tamtej edycji nikt nie stawiał na “The Blues”, Tuchel potrafił stworzyć zespół działający niemal jak w zegarku. Co ważne - przejmując drużynę w środku sezonu! Niemiec wraz ze swoją świtą po drodze do trofeum eliminowali kolejno Atletico, FC Porto i Real Madryt, a w wielkim finale pokonali Manchester City. Z perspektywy czasu wygląda to wręcz szokująco, bo Londyńczycy grali wówczas ofensywnym tercetem Timo Werner - Kai Havertz - Mason Mount. Z takich piłkarzy ulepić w kilka miesięcy najlepszą ekipę w Europie? Chapeau bas.

W finałach bywa różnie

Potem Tuchel z Chelsea wygrał jeszcze Superpuchar Europy i Klubowe Mistrzostwa Świata, dotarł ponadto do finału Pucharu Ligi Angielskiej i Pucharu Anglii, w obu przypadkach przegrywajac jednak z Liverpoolem. Jak widać - w decydujących o trofeach spotkaniach bywa u niego różnie (jedyny finał w Bayernie też przegrał - z Lipskiem w Pucharze Niemiec), natomiast sam awans do finałów trzeba chyba powoli traktować jako znak rozpoznawczy szkoleniowca urodzonego w niemieckim Krumbach.
Kto wie, może Anglicy brali to też pod uwagę przy nominacji dla Tuchela. Patrząc na jego dotychczasową karierę, wydaje się on szkoleniowcem idealnie skrojonym pod funkcję selekcjonera i wielkie turnieje, gdzie często o losach danej drużyny potrafi zadecydować jeden mecz. Teraz przed 52-latkiem kolejne wyzwanie, czyli pokonanie Norwegii w ćwierćfinale mistrzostw świata. Na pewno ma już na to specjalny plan.

Dyskusja

Przeczytaj również