Katastrofa Legii. Wstydliwa porażka to nie wszystko. Oto lista strachu

Katastrofa Legii. Wstydliwa porażka to nie wszystko. Oto lista strachu
Weronika Morciszek / pressfocus
Dominik - Budziński
Dominik BudzińskiDzisiaj · 19:33
Trzeba to powiedzieć głośno. Spadek Legii Warszawa w tym sezonie PKO BP Ekstraklasy to dziś wizja jak najbardziej realna. “Wojskowi” w debiucie Marka Papszuna znów ponieśli zasłużoną porażkę, tym razem na własnym stadionie oddając trzy punkty Koronie Kielce (1:2). Kibiców klubu ze stolicy martwić może jednak nie tylko wynik.
Zimowa przerwa nie przyniosła przełomu w Legii Warszawa. Pojawił się nowy trener w postaci Marka Papszuna, ale pozostały stare demony. Ekipa ze stolicy, podobnie jak jesienią, a zwłaszcza w jej schyłkowej części, znów była pogubiona w defensywie i bezradna z przodu. Mileta Rajović jak sytuacje marnował, tak wciąż marnuje, a obrońcy jak gubili się w kryciu, tak nadal się gubią. Nie działa w zasadzie nic. Legia w niedzielny wieczór miała co najwyżej przebłyski.
Dalsza część tekstu pod wideo
Początek spotkania naprawdę nie był w wykonaniu “Wojskowych” zły. Wspomniany Rajović w 10. minucie oddał całkiem kąśliwy strzał, niedługo później rywali fajnie wymanewrował Biczachczjan, a potem świetną długą piłkę do tego drugiego posłał Urbański. Na Łazienkowskiej zapachniało delikatnym optymizmem. Ten uleciał jednak błyskawicznie.
"Złocisto-Krwiści" dali wyszumieć się gospodarzom, po czym ruszyli do ataku. I w zasadzie pierwszą naprawdę poważną okazję wykorzystali bezlitośnie. Błysnął ten, po którym w Kielcach obiecują sobie, nie bez powodu, bardzo wiele. Mariusz Stępiński po zagranicznych wojażach kilka tygodni temu wrócił do ojczyzny, a oficjalny debiut w Koronie postanowił uświetnić najlepiej, jak mógł. W 23. minucie trafił do siatki głową, w swoim stylu, po świetnym dograniu Tamara Svetlina. W kryciu nie popisali się Radovan Pankov i Artur Jędrzejczyk, linię spalonego złamał Arkadiusz Reca.
Ten ostatni niedługo później częściowo odkupił winy, bo wywalczył rzut karny, ale… trzeba go było jeszcze wykorzystać. A to nie taka prosta sprawa. Przynajmniej dla Rajovicia. Duńczyk miał nawet dwie okazje, bo po pierwszym strzale z 11 metrów, zatrzymanym przez Xaviera Dziekońskiego, dostał szansę na dobitkę. Znów uderzył jednak w golkipera Korony. To było idealne podsumowanie jego fatalnej do tej pory przygody z Legią. Z tej mąki chleba po prostu już chyba nie będzie.
Papszun próbował reagować już w przerwie. Nie zdjął jednak Rajovicia, a… Kacpra Urbańskiego. Ten w ciągu pierwszych 45 minut przypomniał o sobie raz, może dwa. Nie wyróżniał się ani na plus, ani na minus. Rozegrał kolejny bezbarwny mecz w koszulce Legii. Aż trudno uwierzyć, że piszemy o piłkarzu, który jakieś półtora roku temu zachwycał podczas mistrzostw Europy na tle gigantów, a potem w barwach Bolonii wybiegał w pierwszym składzie na mecz Ligi Mistrzów przeciwko Liverpoolowi.
To jednak nie moment, by znęcać się nad samym Urbańskim. Dziś Legia nie funkcjonuje bowiem jako całość. Nie zmieniła tego zimowa przerwa. Nie zmienił Marek Papszun. Po przerwie “Wojskowym” udało się co prawda wyrównać, bo rzut karny wykorzystał Bartosz Kapustka, ale ostatni cios i tak zadała Korona. A konkretnie bohater meczu, wspomniany już Stępiński. Napastnik gości wykorzystał żenującą bierność defensorów Legii, w tym całkiem pogubionego tego wieczora Recy.
Papszun nie ma oczywiście czarodziejskiej różdżki, a zatem trudno oczekiwać, że w mig posprząta tak ogromny bałagan. Ma natomiast spory problem, bo Legia musi punktować już, teraz, zaraz. Kolejek do końca pozostaje coraz mniej, a sytuacja w tabeli zaczyna wyglądać dla klubu ze stolicy po prostu fatalnie.
Legia po 19 rozegranych meczach ma na koncie 19 punktów. Jest przedostatnia, ale zamykający stawkę Bruk-Bet, mogący “pochwalić się” takim samym dorobkiem, w poniedziałek gra u siebie z Cracovią. Zaległe spotkania mają też pierwsze zespoły znad kreski - Arka i Piast, do których obecnie “Wojskowi” tracą kolejno punkt i dwa.
Jasne, Legia może odmienić swój los nawet w jedną czy dwie kolejki. Do tego potrzeba jednak zwycięstw, a póki co nie za bardzo pachnie przełamaniem zdecydowanie najgorszej drużyny Ekstraklasy w ostatnich kilku miesiącach. To szokujące, ale “Wojskowi” czekają na ligowe zwycięstwo od końcówki września. Optymizmem kibiców raczej nie napawa też terminarz. Dwa najbliższe spotkania podopieczni Papszuna rozegrają na wyjazdach - pojadą do Gdyni i Katowic. I nie będą faworytami. Zwłaszcza w tym drugim starciu. A potem zagrają z czterema zespołami z aktualnego TOP8 - Wisłą Płock (1.), Jagiellonią (3.), Cracovią (6.), Radomiakiem (8.) i Rakowem (4.). Lista strachu.
Co tu ukrywać. Pachnie potężnymi problemami Legii. Z tygodnia na tydzień już i tak ogromna presja będzie tylko rosła. Jeśli jeszcze niedawno trochę z przymrużeniem oka traktować można było wizje dotyczące spadku Legii, dziś są one jak najbardziej realne. Przypomina się tu historia krakowskiej Wisły. Ona też wydawała się “zbyt wielka” na degradację. Jak się to zakończyło, wszyscy doskonale wiemy.
Przed Papszunem i jego piłkarzami bardzo trudne tygodnie. Między bajki trzeba włożyć już marzenia o dołączeniu do ligowej czołówki. W stolicy muszą zrobić wszystko, by uniknąć katastrofy.

Przeczytaj również