Niebywałe, że Kulesza znów to zrobił. Kibice stracili cierpliwość. "Dogorywanie"

Mam narastające przekonanie, że Cezarego Kuleszę w futbolu najmniej interesuje futbol. To nic wielkiego, wiele osób mogłoby się pod tym stwierdzeniem podpisać, ale problem w tym, że raczej nikt z tego grona nie zarządza krajowym związkiem piłkarskim.
Superpuchar Polski nie jest rzeczą najważniejszą na świecie, ale jeśli mamy zachować resztki prestiżu spotkania otwierającego sezon, to wypada, żeby głowa PZPN-u była na nim obecna. Tym bardziej, że potrzeba było naprawdę mało wysiłku, aby pogodzić ze sobą wizytę w Poznaniu z podróżą do USA, która to sprawiła, że Cezary Kulesza - chociaż nie chciał, och, jak bardzo nie chciał - musiał ponownie opuścić kluczowe dla Lecha starcie.
Kuleszy zabrakło na finale Pucharu Polski, nie było go też, gdy "Kolejorzowi" wręczano trofeum za mistrzostwo kraju, pominął ponadto ubiegłoroczny Superpuchar. Wydawać by się mogło, że każdy z tych meczów wymaga obecności osoby stojącej na czele krajowego związku piłkarskiego. Ale to, co nam się wydaje, bardzo często rozmywa się z rzeczywistością.
Tym razem Kulesza opuścił Superpuchar, bo znowu wezwał go Gianni Infantino. W niedzielę odbywa się finał mistrzostw świata, więc prezes PZPN-u musiał w te pędy wybrać się do Ameryki. Ktoś słusznie zauważy, że to przecież trzy dni później niż rywalizacja Lecha z Górnikiem, ale przecież Kulesza nie leci tylko na spotkanie Hiszpanii z Argentyną. Leci na bankiety zaplanowane w Trump Tower i Rockefeller Plaza. Takiej okazji przepuścić nie można, bo Kulesza - postać o tak mocnym statusie w europejskiej piłce, że aż nie dostał się do Komitetu Wykonawczego UEFA - musi godnie reprezentować polski futbol na arenie międzynarodowej.
Przejmujące tłumaczenia prezesa, opublikowane w WP Sportowych Faktach, pewnie byłyby kogoś w stanie przekonać, ale jak na złość żyjemy w XXI wieku i internet działa znakomicie. A już na pewno na tyle dobrze, aby sprawdzić loty na trasie Europa - Ameryka. Gdyby prezes chciał, mógłby do Nowego Jorku ruszyć z Warszawy lub Berlina, który leży trzy godziny jazdy autem od Poznania, i wciąż zdążyłby na bale FIFA. Ale nie chciał, bo te mecze jakieś takie nudnawe, a i nasłuchać się można rzeczy nieprzyjemnych.
Kibice w Poznaniu w istocie nie odpuścili Kuleszy, przygotowali specjalną oprawę. Kulesza zajadający się kabanosami, a pod nim napis: "Łączy nas wóda". Przypomnieć warto, że PZPN przegrał proces z portalem Goniec.pl, gdy ten opisał rolę, jaką alkohol odgrywa w związku.
Fani kolejnych drużyn mają dość prezesa, ale ten będzie dogorywał na stanowisku jeszcze przez trzy lata. Obawiam się, że w tym czasie pojawi się więcej mniejszych lub większych afer niż decyzji dobrych dla polskiej piłki. Zakład o to byłby żadnym ryzykiem, biorąc pod uwagę passę Kuleszy, którego trudno chwalić od momentu wywołanego przez presję publiczną bojkotu meczu z Rosją. Nawet z Superpucharem się nie udało, bo poza śmiesznym usprawiedliwieniem nieobecności doszły cyrki związane z przeniesieniem spotkania do Wrocławia. Ostatecznie PZPN ugiął się pod naciskami Lecha i Górnika, ale w odwecie do zera zredukował premie za to spotkanie. Otwarcie sezonu raz jeszcze zostało odarte ze wszelkiej godności.
Na szczęście na boisku sprawy wyglądały lepiej, przynajmniej dla Lecha, który - chociaż wyciągnie wniosków na podstawie Superpucharu Polski bywa zgubne - udowodnił, że sukcesy nie biorą się z przypadku, zespół wzmocniono rozsądnie, a nade wszystko nie osłabiono (chociaż wątpliwe, aby tak grający Antoni Kozubal został w zespole do końca sezonu). Górnik zaś musi się mocno napracować, aby stworzyć drużynę gotową do rywalizacji na kilku frontach.
Kacper Urbański zaliczył wprawdzie niezłe wejście do zespołu i może dać sporo, jeśli zostanie odpowiednio poprowadzony, ale to nie wystarczy, aby trzymać w ryzach drugą linię Zabrzan. Wobec kłopotów zdrowotnych Jarosława Kubickiego kołderka okazała się bardzo krótka - Bastien Donio, który awaryjnie pojawił się na placu gry jeszcze w pierwszej połowie, to obecnie nie ten poziom, a alternatyw nie ma. Górnik sprzedał Lukasa Ambrosa i Patrika Hellebranda, Górnik musi poszukać jakościowych następców. Telefon Lukasa Podolskiego będzie rozgrzany do czerwoności.