Katastrofa w wielkim klubie. To dziś cmentarzysko. Niebywałe, kto przejmuje stery
Polityka Chelsea może robić wrażenie na najbardziej zapalczywych i zaślepionych bezwzględną miłością kibiców tego klubu, ale u reszty piłkarskiego świata wywołuje przede wszystkim ciche prychnięcie. Od czasów przejęcia "The Blues" przez konsorcjum BlueCo, Londyńczycy nie zdobyli żadnego z głównych trofeów. Zwolnili natomiast sześciu trenerów. Ostatni wypełnił... 4% swojego kontraktu.
Chelsea lubi zaszaleć z długością umów. To jeden z jej sposobów na zręczne lawirowanie, wydawanie zaskakujących kwot transferowych i sprowadzanie tabunów piłkarzy. Czasami zarząd trafi, częściej nie, ale jakoś udaje się utrzymywać na powierzchni i nie otrzymać kary punktowej. W Anglii nauczono się już patrzeć na poczynania Londyńczyków przez ich własny pryzmat. Ale pewnych ruchów obronić się nie da.
Kiedy zatrudniano Liama Roseniora, nikt rozsądny nie spodziewał się cudu. O Angliku pisaliśmy, że to szkoleniowiec pasujący do "The Blues" przede wszystkim przez wzgląd na niezłą pracę z młodzieżą, a także przywyknięcie do standardów BlueCo. Roseniora wyciągnięto przecież ze Strasbourga, który również jest w rękach Amerykanów. Mniejsze wrażenie robiły wyniki osiągane we Francji, bo chociaż wyglądały poprawnie, to trzeba było wziąć poprawkę na gigantyczne fundusze, jakimi dysponował Strasbourg (na wzmocnienia przeznaczał najwięcej w Ligue 1).
Wszystko jakoś się spinało, można było nawet przymknąć oko na zatrudnienie tak niedoświadczonego trenera, w końcu eksperymenty w futbolu też są ważne. Kiedy jednak ogłoszono, że Anglik podpisał umowę ważną do połowy 2032 roku, wszyscy, jak jeden mąż, wiedzieli, że nie ma szans na jej wypełnienie. We współczesnej piłce w zasadzie nikt tak długo nie potrafi wytrwać w jednym klubie, a już na pewno nie w Chelsea. Stamford Bridge to cmentarzysko szkoleniowców, ale zarazem brama do odrodzenia.
Od wejścia Amerykanów, "The Blues" prowadziło pięciu tak zwanych stałych szkoleniowców i strażak w postaci Franka Lamparda. Żaden nie przekroczył 100 meczów na ławce. Thomasa Tuchela zwolniono po sporze dotyczącym transferów, Grahama Pottera po porażce z Aston Villą, Lampardowi podziękowano po nieudanej próbie ratowania europejskich pucharów, Mauricio Pochettino zwolniono po finiszu na siódmej pozycji, Enzo Maresca, według Sky Sports, odszedł po sporze z sztabem medycznym. Teraz poleciał Rosenior.
Nie ma przypadku, że od 2022 roku żaden z trenerów nie potrafi współpracować z Chelsea przynajmniej dwa lata. A przecież nie mówimy o nazwiskach przypadkowych. Tuchel, Pochettino i Potter wystąpią na Mistrzostwach Świata 2026, Lampard właśnie awansował do Premier League, natomiast Maresca to główny kandydat do zastąpienia Pepa Guardioli w Manchesterze City. Problemem nie są szkoleniowcy sami w sobie, ale problemem jest Chelsea. Tej drużynie coraz mocniej brakuje solidnych podstaw i charakteru. Z kim, poza nierównym Cole'em Palmerem, mają identyfikować się kibice? Jak przywiązać się do klubu, w którym przemiał zawodników przypomina tartak? Metody znane z amerykańskiego sportu nie znajdują przełożenia na Wyspach w tym względzie, że Chelsea coraz mocniej przypomina projekt stricte biznesowy, a nie sportowy.
W tym sezonie Londyńczycy wydali i zainkasowali przeszło 330 milionów euro. Ściągnięto 11 (sic!) zawodników, ale ile transferów było faktycznie udanych? Z tego grona jeden uzbierał ponad 50% możliwych minut w Premier League - Joao Pedro. Niektórzy mieli pecha, lecz brakiem szczęścia nie można tłumaczyć wszystkiego. Jamie Gittens miał problemy z łapaniem się do składu niezależnie od stanu zdrowia. Alejandro Garnacho wygląda fatalnie, filmy z jego nieporadnymi akcjami wykręcają kapitalne wyniki w mediach społecznościowych, Estevao przepadł po licznych obciążeniach fizycznych, Jorrel Hato zaistniał dopiero w 2026 roku, Liam Delap jest, natomiast istnienie Mamadou Sarra i Daria Essugy może budzić zdziwienie. Facundo Buonanotte wypożyczono z Brighton, ale w styczniu przeszedł do Leeds United (nie gra tam), natomiast Kendry Paez wciąż siedzi w River Plate. To nie są ruchy mające na celu wzmocnienie drużyny.
Nie dziwię się, że Rosenior, dopiero zaczynający pracę w poważnej piłce, nie poradził sobie w stolicy Anglii. Nad tym rozgardiaszem nikt chyba nie potrafi zapanować, bo, jak słusznie stwierdził Gary Neville, właściciele nie mają pojęcia, co robią. Ostatniemu trenerowi wlepiono sześcioletni kontrakt, który wypełnił w 4%. Swoją drogą nad rodziną Roseniorów ciąży jakaś trenerska klątwa. Bill Edgar z The Times przypomniał, że ojciec Liama stracił pracę w Torquay w 2007 roku... dziesięć minut po zatrudnieniu. Jego nominacja poprzedziła zmianę właścicielską i zatrudnienie Paula Buckle'a.
Żal mi Roseniora, chociaż na ostatnie mecze jego podopiecznych nie dało się patrzeć, a medialne wypowiedzi trenera tylko pogarszały sprawę. "The Blues" nie strzelili gola w lidze od sześciu spotkań - z takim Manchesterem United mieli niesamowitego pecha, ale już Brighton po prostu ośmieszyło rywali w walce o europejskie puchary. Półfinał Pucharu Anglii nie stanowi żadnego pocieszenia, natomiast w Lidze Mistrzów doszło do okrutnego lania urządzonego przez PSG. Tak, Rosenior zawalił sprawę, Chelsea wymiksowała się z czołowej szóstki w pięć kolejek, ale 41-latkowi nikt nie dał narzędzi pozwalających na zbudowanie solidnej konstrukcji. Miał domek ze słomy, co w najlepszym razie wystarczyło na bezzębne wilki z Port Vale.
Rosenior pewnie chwilę odpocznie od futbolu, nacieszy się odprawą wynoszącą około cztery miliony funtów i wróci. Jest jeszcze młody, a praca wykonana w Strasbourgu, Hull City i Derby County raczej pozwoli na przyciągnięcie uwagi kilku drugoligowych drużyn z Anglii. W gruncie rzeczy sukces szkoleniowca wydaje się bardziej prawdopodobny niż powodzenie kolejnego eksperymentu Chelsea.
Klub okazał się nieprzygotowany na zwolnienie Roseniora. Stery znów przejmie Calum McFarlane, który chwilowo prowadził pierwszą drużynę po odejściu Mareski - zremisował wtedy z Manchesterem City i przegrał z Fulham. McFarlane był również asystentem Roseniora, ale w gruncie rzeczy jego doświadczenie pozostaje nikłe. Jeszcze w styczniu 2026 roku sam Anglik uważał, że jest inaczej, chociaż argumentował w osobliwy sposób.
- Chciałem zostać piłkarzem, ale nie byłem wystarczająco dobry. Bardzo wcześnie zacząłem być trenerem – już w wieku 16 lat. Mam szerokie doświadczenie trenerskie: od szkół podstawowych, przez ligi niedzielne, po kluby półamatorskie - przyznał.
Teraz właśnie McFarlane ma dać Chelsea Europę i pogonić towarzystwo w Pucharze Anglii. Szkopuł w tym, że tak grający "The Blues" nie są faworytami w starciu z odrodzonym Leeds United, natomiast w Premier League czekają ich potyczki z walczącymi o utrzymanie Nottingham Forest i Tottenhamem, bijącym się o Ligę Mistrzów Liverpoolem i rewelacją sezonu w postaci Sunderlandu. Dość powiedzieć, że jeśli "Czarne Koty" wygrają najbliższy mecz, przeskoczą Londyńczyków w tabeli.
McFarlane musi się również mierzyć z poczuciem tymczasowości. Wszem i wobec trąbi się, że latem dojdzie do kolejnej zmiany. Kto jednak zdecyduje się wkroczyć na Stamford Bridge? Rozmów nie podjęto z żadnym trenerem, ale za faworyta uchodzi Andoni Iraola. Hiszpan zebrał kapitalne recenzje w Bournemouth i szczerze mówiąc szkoda go na to piłkarskie limbo. Tam trzeba kogoś nie na dorobku, lecz szaleńca gotowego rzucić wyzwanie BlueCo.