Kompromitacja Neymara, odpadać też trzeba umieć. Haaland pokazał miejsce w szeregu
Norwegia z kosmicznym Erlingiem Haalandem jest w ćwierćfinale mistrzostw świata i przy takiej formie może nawet "dowiosłować" do strefy medalowej. Z kolei Brazylia na własne życzenie jedzie do domu. Symbolem porażki “Canarinhos” jest Neymar, który w końcówce bardziej zajęty był pyskówkami niż kwestią walki o awans.
Brazylia nie przegrała z samą Norwegią. Przegrała przede wszystkim z Erlingiem Haalandem, który jest po prostu szalony. Ma bzika, obsesję na punkcie strzelania goli, nie potrafi przestać tego robić. Jego tikiem jest cykliczne pakowanie piłki do bramki. To ten wymarzony typ napastnika, któremu wystarczy posłać niemal dowolne podanie w pole karne, a on zamieni je na bramkę. Tak było w tym meczu, w poprzednim i jeszcze stu innych.
Tylko w dwóch akcjach bramkowych z Brazylią zaprezentował on pełen wachlarz możliwości. Przy otwarciu wyniku dosłownie zdemolował Gabriela Magalhesa w pojedynku powietrznym. Z gracją baletmistrza i siłą strongmana sprowadził rywala do parteru, po czym posłał idealną główkę. Na 2:0 trafił po spektakularnym uderzeniu z dystansu. Przyjęcie, ustawienie sobie piłki na lewej nodze i pocisk lecący prosto do celu. Jakie to wszystko proste, kiedy jesteś najlepszą “dziewiątką” na planecie.
Monstrum
Norwegia od niecałych siedmiu lat dysponuje niesamowitym komfortem. Wystawiając Erlinga Haalanda, zaczyna bowiem prawie każdy mecz od wyniku 1:0. To nie jest żadna hiperbola, ale po prostu fakt. W 54 spotkaniach kadry snajper zebrał aż 62 gole. Trafiał do siatki w każdym z 14 ostatnich meczów reprezentacji o stawkę, w tym okresie huknął 27 bramek. W ośmiu meczach eliminacji mistrzostw świata wpisał się na listę strzelców 16 razy. Po czterech występach na mundialu ma siedem trafień, będąc na równi z Kylianem Mbappe i Leo Messim. Tak wybitnego wyścigu o Złotego Buta MŚ nie było jeszcze nigdy. A przecież decydująca faza dopiero przed nami.
Patrząc na Haalanda, można odnieść wrażenie, że na koniec kariery pobije wszelkie możliwe rekordy strzeleckie. Nie ma takiej liczby trafień, przy której można by pomyśleć: "No nie, tyle to nie strzeli". Strzeli. I to najprawdopodobniej więcej. W piłce reprezentacyjnej ma już 62 bramki, w 58 występach na poziomie Ligi Mistrzów strzelił 57 goli, w Premier League jest postrachem wszystkich golkiperów. Dziś naprawdę trudno znaleźć defensywę, która mogłaby zneutralizować norweskiego potwora z “dziewiątką” na plecach. Dość powiedzieć, że Gabriel Magalhaes, którego śmiało można nazwać jednym z najlepszych obrońców świata, regularnie bywa miażdżony w bezpośrednich pojedynkach.
- Moje życie sprowadza się do strzelania goli. Po prostu taki jestem, to cały ja. Wszystko sprowadza się do tego, żeby być skupionym, zachować koncentrację i wiedzieć, co zrobić, kiedy nadarzy się okazja - podkreślił Haaland po wyeliminowaniu “Canarinhos”.
Panu już podziękujemy
Norwegia miała prawdziwego lidera, a Brazylia imitację, wydmuszkę, wyblakły cień dawnego wirtuoza. Po takim meczu trudno nie skupić uwagi na Neymarze, o którym przecież było najgłośniej nawet w trakcie fazy grupowej, kiedy głównie siedział na ławce. Kibice z Kraju Kawy czekali na powrót gwiazdora, domagali się jego gry, ich upór najpewniej skłonił selekcjonera do tego, żeby w ogóle zabrać 34-latka na turniej. Przypomnijmy, że w gronie powołanych znalazł się “Ney”, ale już zabrakło miejsca dla Joao Pedro, który w poprzednim sezonie zanotował w Chelsea 20 bramek i dziewięć asyst. Nigdy nie dowiemy się, jak snajper “The Blues” zagrałby po potencjalnym wejściu z ławki przeciwko Norwegii. Ale naprawdę trudno, aby pozostawił po sobie gorsze wrażenie niż wychowanek Santosu.
Neymar pokazał, że nawet przy strzeleniu gola można się skompromitować. Trudno nazwać inaczej jego bezsensowne pyskówki z Orjanem Nylandem tuż przed i już po wykonaniu karnego. Przegrywasz w meczu o ćwierćfinał mistrzostw świata, właśnie zdobyłeś bramkę kontaktową, jeszcze tli się nadzieja na szaleńczy zryw i doprowadzenie do dogrywki. Co robisz - bierzesz piłkę w dłoń, żeby jak najszybciej ustawić ją na środku boiska i wznowić grę, czy też śmiejesz się w twarz bramkarzowi, który w dużej mierze przyczynił się do odpadnięcia twojej drużyny? Neymar nie potrzebował żadnego koła ratunkowego i od razu zdecydował się na tę gorszą odpowiedź.
- Podsumowaniem Brazylii jest Ancelotti stawiający na Neymara w lipcu 2026 roku i tenże Neymar naśmiewający się z Nylanda, który właśnie rozgrywa mecz życia i eliminuje go z turnieju - opisał Miguel Quintana z Radio Marca. - Występ Neymara był absurdalny. Wszedł na murawę i praktycznie nie mógł się ruszać. Nie wykreował żadnej sytuacji, był sfrustrowany i w końcówce głównie skupił się na konfrontacjach z przeciwnikami - wtórował Albert Ortega z El Confidencial.
Pewnie, że Brazylia nie odpadła głównie z powodu Neymara. W równym lub większym stopniu przyczynili się do tego m.in. Bruno Guimaraes, który nie wykorzystał karnego, Endrick marnujący “setkę” tuż po wejściu z ławki czy Casemiro psujący pozornie proste dogranie w szesnastce Norwegów. Jednak futbol jest pisany obrazami składającymi się na spójną narrację. I ciężko było po ostatnim gwizdku nie mieć przed oczami Neymara, który w decydujących minutach najpierw kopnął Odegaarda, potem kłócił się z obrońcami, następnie wymienił uprzejmości z Nylandem, a na koniec cieszył od ucha do ucha, bo uciszył bramkarza. Niezbyt go interesowało, że strzelony gol w ostatecznym rozrachunku nie zmienił losów awansu. Kto by się przejmował takimi drobiazgami.
Brazylia po raz pierwszy od 1990 roku nie znalazła się w najlepszej ósemce mistrzostw świata. Co najgorsze z perspektywy “Canarinhos”, przegrali siódmy mecz z rzędu w fazie pucharowej mundialu przeciwko rywalowi z Europy. Ich ostatnie takie zwycięstwo miało miejsce w 2002 roku, kiedy w finale turnieju pokonali Niemców i dołożyli piątą “gwiazdkę”. Od momentu wygrania pierwszego mundialu Brazylijczycy nigdy nie czekali na kolejny triumf dłużej niż 24 lata. Podopieczni Carlo Ancelottiego stali się zatem współtwórcami najgorszej passy w historii. A naprawdę niewiele wskazuje na to, aby w 2030 roku reprezentacja ta miała być głównym faworytem do złota.
Siła kolektywu
O ile Brazylia znów zawiodła, o tyle Norwegia nie mogła wyobrazić sobie lepszego powrotu na mistrzostwa świata. Złota generacja udowadnia, że pierwszy awans od 28 lat nie był przypadkiem, a sufit tej drużyny może być zawieszony znacznie wyżej niż sądzimy. Zwłaszcza, że w tym przypadku naprawdę mówimy o kolektywie, a nie zbiorze jednostek. Oczywiście, że Haaland wyróżnia się na tle wszystkich, strzelając po milion goli. Ale nawet zwycięstwo z Brazylią miało jeszcze kilku innych bohaterów. Przede wszystkim musimy pochwalić Nylanda, który utrzymał swój zespół w grze. I to nie tylko przy karnym Guimaraesa, w drugiej połowie zaliczył jeszcze co najmniej trzy równie kapitalne interwencje. A mówimy o 35-latku, który większość poprzedniego sezonu spędził na ławce Sevilli.
Na słowa uznania zasługuje Andreas Schjelderup, który w przerwie zastąpił Antonio Nusę i zapewnił większą jakość na lewym skrzydle. To on asystował przy obu trafieniach Haalanda, często rzucał wyzwanie Danilo przy linii bocznej. Szybka zmiana Sorlotha na Bobba też się obroniła, ponieważ napastnik Atletico był przygaszony na prawej flance. Solbakken widział, że ten manewr nie działa, więc wpuścił w 46. minucie nominalnego prawoskrzydłowego, który pokazał się z dobrej strony. W środku pola znakomicie wyglądał Berge, na prawej obronie Ryerson w miarę możliwości ograniczał zapędy Viniciusa. Dziesięciu Skandynawów zagrało solidnie, a jedenastemu wystarczyło podać piłkę w okolicach pola karnego. Reszta jest już historią.