Koniec wybitnego selekcjonera. Dokonał niemożliwego, chociaż wygrał tylko raz
Dziwne to pożegnanie jednego z najlepszych selekcjonerów w historii, a i trenerów w ogóle. Francja kończy czternastoletnie rządy Didiera Deschampsa w sposób nieprzystający do tego, czemu hołdowała przez szmat czasu. Czy to zapowiedź nowej epoki, czy ostrzeżenie na przyszłość?
Francuska piłka jest specyficzna. Reprezentacja sukcesy odnosiła już w latach 50., ale bardzo długo zmagano się z kompleksem Asteriksa. Przekonaniem, że jest się drużyną małą, wyjątkową, bezustannie stawiającą opór. Grającą po swojemu, bez podążania za trendami. Francuzi zawsze chcieli grać pięknie, ale rzadko faktycznie potrafili spełnić swoje wysokie wymagania.
Brązowy medal na mundialu w 1958 roku był wyskokiem, czwarte miejsce na EURO 1960 trudno przecież traktować jako sukces, skoro w zawodach wzięły udział tylko cztery zespoły. "Trójkolorowi" czekali więc aż do lat 80., żeby faktycznie zacząć coś znaczyć na międzynarodowej arenie, a swoją postawą rozpalić kibiców, dotąd traktujących futbol, nie tylko reprezentacyjny, ze sporą rezerwą. W latach 80. na mecze Ligue 1 chodziło średnio 15 tysięcy widzów - jakieś dwa razy mniej niż w Serie A, a także mniej niż w wypadku Bundesligi i zmagań w Anglii. Francuzi potrzebowali niebagatelnego sukcesu, aby ruszyć z miejsca. Potrzebowali piękna będącego w stanie dotrzeć do narodu, o którym nieprzypadkowo mówi się, że popadł w zbiorową melancholię, gdy ściął królową Marię Antoninę.
Ten moment uniesienia zapewniła drużyna Michela Hidalgo. Na mistrzostwach w 1982 roku "Trójkolorowi" zajęli czwarte miejsce, starcie z Polakami trochę odpuścili. Wcześniej jednak pokazali porywający futbol - w grupie rozbili Irlandię Północną (4:1), a półfinał z RFN (3:3, 4:5 k.) dostarczył mnóstwa emocji. Żaden zespół nie strzelił większej liczby goli, żaden też nie stracił więcej. Hidalgo podłożył fundamenty, które zaowocowały sukcesami w kolejnych latach. Na następnym EURO "Trójkolorowi" byli już najlepsi. W grupie rozjechali Belgię (5:0), wygrali thriller z Jugosławią (3:2), w półfinale okazali się lepsi od Portugalii (3:2), a w finale od Hiszpanii (2:0).
Znów nikt nie potrafił ich dogonić pod względem liczby zdobytych bramek. Sam Michel Platini miał ich na koncie aż dziewięć, co do dziś pozostaje niepobitym rekordem. Nikt nie był więc zdziwiony, gdy na mundialu w 1986 roku Francuzi bili się o złoto, chociaż Higaldo zastąpił już Henri Michel. Skończyło się na brązie po emocjonującej potyczce z Belgią (4:2). Ofensywnie grająca Francja (chociaż na mistrzostwach w Meksyku znacznie bardziej wyrachowana) sięgnęła po trzy półfinały wielkich turniejów z rzędu. Był to wynik kapitalny i długo nikt nie potrafił go powtórzyć.
Następcy Michela oddalali "Trójkolorowych" od pasjonującej gry. Platini oraz Gerard Houllier okazali się fatalnymi wyborami. Jednocześnie ten drugi odcisnął swoje piętno na Clairefontaine, a więc całej generacji przyszłych reprezentantów. Francuzi zaczęli szkolić swoich kadrowiczów na własną rękę, a kilku wychowanków - choćby Thierry Henry i William Gallas - walnie przyczynili się do sukcesów na końcu XX i na początku XXI wieku. Trudno jednak ocenić, aby zespoły Aimé Jacqueta i Rogera Lemerre'a cechował wyjątkowy polot. Stała za nimi raczej kalkulacja. Na Mistrzostwach 1998 Francja sięgnęła po złoto i była też najskuteczniejszą drużyną, ale wynik zniekształcają domowe potyczki z Arabią Saudyjską (4:0), RPA (3:0) i dość kuriozalny finał z Brazylią (3:0). Francja dociskała gaz tylko wtedy, gdy musiała. I zdobyła upragnione złoto, co dało przekonanie, że tak właśnie trzeba.
Jacques Santini potrafił rozbić Maltę lub Cypr, ale już z Kamerunem, Holandią czy Brazylią grał bardzo zachowawczo. Szalony Raymond Domenech sprawił, że na Mistrzostwach Świata 2006 drużyna dotarła do finału, lecz w zaledwie jednym meczu strzeliła więcej niż jednego gola. Na EURO 2008 sytuacja powtórzyła się, a "Trójkolorowi" odpadli w grupie, co było zwiastunem tragedii z kolejnego mundialu. Laurent Blanc też szukał wyrachowania, w blisko 30 meczach za jego kadencji tylko cztery razy udało się strzelić przynajmniej trzy gole.
Przez dziesięć lat Francuzi kręcili nosem na poczynania swojego zespołu, dodatkowo oddziaływały też kwestie polityczne, rasowe. Reprezentacja znalazła się w naprawdę trudnym momencie. A później przybył Didier Deschamps.
Ma rację Kylian Mbappe, gdy mówi, że nie docenia się dorobku odchodzącego selekcjonera. Nie chodzi tylko o to, że 14 lat na stanowisku to wynik szalony sam w sobie, ale też o to, co udało się zbudować i osiągnąć. Dwa finały mistrzostw świata z rzędu, trzy z rzędu półfinały. Do tego finał i półfinał EURO. Wszystko to przy ciągłych zarzutach dotyczących braku wykorzystania potencjału, marnotrawieniu ofensywnych możliwości zespołu.
Deschamps w istocie nigdy nie hołdował graniu skupionemu na zdobywaniu bramek, co pokazał choćby w AS Monaco, z którym dotarł do finału Ligi Mistrzów. Swoje defensywne, kalkulacyjne usposobienie przeniósł na reprezentację i nie da się zaprzeczyć, że odniósł sukces. Na wielkich turniejach za jego kadencji Francja zazwyczaj była chłodna. Potrafiła odnieść imponujące zwycięstwa, ale za każdym razem, gdy nie rzucała na kolana, mówiono o tym, że "Trójkolorowych" stać na więcej. Że ktoś mniej trzymający się określonej puli zawodników i w gruncie rzeczy bezkompromisowej taktyki pchnąłby tę reprezentację jeszcze dalej.
Jak jednak sądzić, że to prawda? Żaden z ostatnich poprzedników Deschampsa nie wykazał chęci do obudzenia temperamentu z lat 80. Jeśli zaś spojrzymy globalnie, niewielu selekcjonerów zdobywało trofea, gdy ich zespoły skupiały się na atakowaniu. Ostatecznie zwycięska w 2022 roku Argentyna strzeliła przecież mniej goli niż Francja. Deschamps prowadził "Trójkolorowych" bez wirtuozerii, ale prawdopodobnie najlepiej, jak się tylko dało.
Umiejętnie lawirował w trudnym ekosystemie politycznym. Musiał poradzić sobie z oskarżeniami o rasizm, gdy wykluczył z kadry Karima Benzemę. Z drugiej strony ostatecznie otworzył zespół na zawodników będących obywatelami Francji w pierwszym pokoleniu. Przejął reprezentację w trudnym momencie, a przemiany w kraju tylko sprzyjały utracie posady. Deschamps okazał się jednak najbardziej wprawnym sternikiem. Od 2012 roku Francja miała jedenastu premierów i jednego selekcjonera. Kraj wirował, ale Deschamps zapewniał stabilizację. Być może było to ważniejsze niż jeden finał lub medal więcej.
Szkoda, że ostatni mecz u sterów "Trójkolorowych" potoczył się w ten sposób. Wyrwany z podwórkowego grania mecz z Anglią (4:6) z pewnością nie ucieszył ani Deschampsa, ani nawet mającego obsesję na punkcie taktyki Thomasa Tuchela. W pierwszej połowie można było odnieść wrażenie, że Francuzi grają przeciwko odchodzącemu selekcjonerowi. Zreflektowali się dopiero po przerwie, ale nie zdołali odrobić czterobrakowej straty. Oby to jedno spotkanie nie rzuciło cienia na ocenę ogólnej pracy Deschampsa. Nie mam przy tym większych obaw, że tak się stanie. Bliżej mi do wiary, że z perspektywy czasu podejdziemy do tych czternastu lat jako jednej z najwspanialszych epok w historii piłki reprezentacyjnej.
Zinedine Zidane zapowiada się na selekcjonera zupełnie innego. Ma nad czym pracować, efekty pofolgowania francuskiej reprezentacji widzieliśmy aż za dobrze.