Kosmita w NBA. Czegoś takiego świat nie widział. "Sto na sto"
Kosmita wśród ludzi. Kimś takim jest Victor Wembanyama. Francuz regularnie wykonuje na parkiecie rzeczy, o których się fizjologom nie śniło.
San Antonio Spurs po raz pierwszy od 2019 roku bierze udział w play-offach. W Teksasie zakończyły się już lata tankowania, ponoszenia hurtowej liczby porażek w celu otrzymania wyższych numerów w drafcie. Długie sezony posuchy zapewniły możliwość budowy składu, który jest młody, głodny sukcesów i piekielnie utalentowany. A twarzą całego projektu stał się oczywiście rewelacyjny Victor Wembanyama.
Do niedawna można było mówić, że francuski gigant nie jest do końca przetestowany w boju. Od momentu debiutu brylował w NBA, ale jedynie w sezonie zasadniczym. W dwóch poprzednich sezonach “Ostrogi” były zbyt słabe, aby zapewnić sobie miejsce w play-offach. Samo ściągnięcie Wemby’ego nie wystarczyło, trzeba było otoczyć go wydraftowanymi Stephonem Castle’em i Dylanem Harperem czy bardziej doświadczonymi De’Aaaronem Foxem oraz Harrisonem Barnesem, których pozyskano na zasadzie wymian. Koniec końców stworzono niezwykle jakościową drużynę, która może bić się o najwyższe cele. Nawet pierścienie mistrzowskie.
Redefiniuje koszykówkę
Wembanyama miał status gwiazdy światowego formatu jeszcze przed trafieniem do NBA. Już w lidze francuskiej określano go jako jednorożca, anomalię, koszykarza XXII wieku. To nie jest normalne, aby zawodnik mierzący około 225 centymetrów dysponował tak szerokim wachlarzem zagrań. Nie tylko wymiatał pod koszem, ale też groził trójką, wyróżniał się kreatywnością. Był jednocześnie rozgrywającym i shooterem w ciele rasowego centra.
W jego przypadku jedynym znakiem zapytania było zdrowie. Poprzedni sezon zakończył już w lutym, kiedy wykryto u niego zakrzepicę żył w prawym ramieniu. Istniało ryzyko, że uraz może wywrzeć spory wpływ na dalszą karierę, ale na szczęście tak się nie stało. Wemby wrócił do gry, będąc jeszcze lepszy niż wcześniej. Niedawno przeszedł do historii, zostając pierwszym jednogłośnie wybranym obrońcą roku w NBA. Na stu głosujących ekspertów dokładnie stu umieściło go na pierwszym miejscu. W trójce nominowanych znaleźli się jeszcze Chet Holmgren i Ausar Thomspon, którzy są znakomitymi defensorami, ale najzwyczajniej w świecie nie mają podjazdu do Francuza.
- Mam szczęście, ponieważ w trakcie kariery spotkałem wielu trenerów, którzy nauczyli mnie odpowiednich nawyków w obronie. Często pomijamy też aspekt zespołowy. Dzisiaj siedzę tutaj, jestem w centrum uwagi, ale stanowię część systemu. Nie mógłbym zdobyć tej statuetki, gdyby nie pomoc kolegów z drużyny, sztabu, wszystkich osób, które pomagają stworzyć skuteczny system - powiedział po odebraniu nagrody. - Dwa lata temu pewien bardzo doświadczony koszykarz powiedział mi, że to ostatni sezon, w którym ktokolwiek inny ma szansę na zostanie obrońcą roku NBA. Podkreślił, że Wembanyama będzie zgarniał ten tytuł co roku, aż w końcu nazwą tę nagrodę jego imieniem - ujawniła Ramona Shelbourne, dziennikarka ESPN.
Wembanyama to jednoosobowa armia w talii Mitcha Johnsona. Z nim na parkiecie Spurs średnio na mecz zdobywają 17 punktów więcej od rywali. W sezonie zasadniczym bohater tego tekstu notował 3,1 bloku na mecz, najwięcej w NBA. Kryci przez niego rywale trafiali na skuteczności 40,7%, o 8,7 punktu procentowego niższej od średniej ligi. A trzeba też wziąć pod uwagę sam wpływ 22-latka na zachowania rywali, bo trudno wyrazić to tylko suchymi liczbami. Wielokrotnie przeciwnicy boją się wejść pod kosz, kiedy stoi tam Wemby, ponieważ dobrze wiedzą, że zostaną zablokowani. We współczesnej koszykówce oddaje się coraz więcej trójek, ale nie da się odnosić zwycięstw bez dokładania punktów z “trumny”. Trudno jednak trafić, mając przed sobą zwinnego wieżowca, który w obronie doskoczy do każdej piłki, po czym za chwilę dołoży spektakularną akcję po drugiej stronie parkietu.
- Już kiedy pierwszy raz rywalizowałem z Wembanyamą, powiedziałem, że on zmieni ligę, zmieni całą koszykówkę. Ma stać się najbardziej wyjątkowym zawodnikiem, jaki uprawiał tę dyscyplinę - zachwalał Nikola Jokić, trzykrotny MVP NBA. - Wemby jest absurdalnie dobry. Kiedy tylko mogę, oglądam jego mecze, bo to wyjątkowy zawodnik. Czasami trudno wyrazić to, co robi na parkiecie. A przecież wciąż zbiera doświadczenie, będzie jeszcze lepszy. Robi coś, czego jeszcze nie widzieliśmy w koszykówce - wtórował Jayson Tatum, gwiazdor Boston Celtics.
Walka o wszystko
Niedawno Wembanyama zadebiutował w play-offach. Zaczął spektakularnie, od zdobycia 35 punktów z Portland Trail Blazers. W drugim meczu niestety rozegrał tylko 11 minut, po czym doznał wstrząśnienia mózgu. Po tygodniu przerwy wrócił i pomógł domknąć serię, którą Spurs spokojnie wygrali 4:1. W drugiej rundzie naprzeciw podopiecznych Johnsona pojawił się rywal ze znacznie wyższej półki, czyli Minnesota Timberwolves ze znakomitym Anthonym Edwardsem czy Rudym Gobertem, czterokotnym triumfatorem nagrody dla najlepszego obrońcy NBA. Wemby szybko pokazał jednak, kto jest najlepszym francuskim centrem. W pierwszym spotkaniu zaliczył 12 bloków, najwięcej w historii play-offów NBA.
Na naszych oczach tworzy się historia. Jest tylko czterech koszykarzy, którzy w meczu play-offów zanotowali co najmniej 35 punktów, 15 zbiórek i pięć bloków. To Kareem Abdul-Jabbar, Hakeem Olajuwon, Shaquille O’Neal i od niedawna Wembanyama. Po trzech meczach drugiej rundy ten ostatni miał na koncie 19 bloków, więcej niż każda z trzech pozostałych drużyn w półfinałach Konferencji Zachodniej. Momentami wykręca on statystyki, które wydają się wymykać logice.
Poziom konkurencyjności 22-latka musi imponować. Szczególnie, że stara się on tak samo rywalizować w kluczowych meczach play-offów, jak i we wcześniejszych spotkaniach sezonu zasadniczego. Nawet podczas Weekendu Gwiazd, kiedy wielu zawodników gra na pół gwizdka i niezbyt poważnie podchodzi do tematu rywalizacji, Francuz stara się prezentować maksimum możliwości. Kiedy wychodzi na parkiet, nie interesuje go nic innego niż zwycięstwo. A przy tym wszystkim stara się twardo stąpać po ziemi, podkreślając, że San Antonio jeszcze niczego nie osiągnęło.
- Mamy wszystko, czego potrzeba - talent, zawodników z umiejętnościami rzutowymi, głębię składu. Może brakuje nam jedynie doświadczenia, ale to nam nie przeszkadza. Grając z odpowiednią konsekwencją i wytrwałością, możemy wejść na szczyt. Na razie jeszcze niczego nie osiągnęliśmy. Dotychczas pokazujemy w play-offach naszą siłę, charakter i nieustępliwość, ale musimy udowodnić, że potrafimy to utrzymać - zaznaczył na antenie Prime Video.
Męska gra
Żeby nie było tak słodko, trzeba wspomnieć o niedawnym wybryku Wembanyamy. W czwartym meczu serii z Timberwolves wyleciał z boiska już w drugiej kwarcie. Specjalnie uderzył bowiem Naza Reida łokciem w okolice szyi. To było agresywne, brzydkie i niepotrzebne. Środkowy SAS nie zgadzał się z sędziami, ale nie mogli oni podjąć innej decyzji niż wykluczenie go z dalszej rywalizacji. Minnesota wykorzystała to, wygrywając 114:109 i doprowadzając do remisu w półfinałach Zachodu.
Jednocześnie można postawić się w roli adwokata diabła. Wembanyama raczej nie uderzył Reida kompletnie bez powodu. W pewnym stopniu musiało to wynikać z agresywnej gry rywali. Zawodnicy Wolves sami nie bali się uciekać do szturchnięć czy kuksańców. Sędziom czasami umykają pewne starcia, co musi wywoływać frustrację. W końcu Wemby nie wytrzymał i sam postanowił przemienić się z ofiary w agresora. Nie można pochwalać tak niesportowych zachowań, rozumiejąc jednocześnie, skąd one się wzięły.
- Nie uważam, żeby Victor zrobił to celowo. Powiem więcej, cieszę się, że tak to załatwił. Nie w takim sensie, że cieszę się z samego uderzenia łokciem, bo najważniejsze jest to, że Reidowi nic się nie stało. Ale Wembanyama musi umieć bronić się na parkiecie, nikt inny tego nie zrobi. Jeśli sędziowie nie potrafią chronić zawodników, to muszą robić to sami - ocenił trener Johnson.
Sytuacja na Zachodzie w NBA jest niezwykle ciekawa. Po pięciu meczach Spurs prowadzą w serii z Timberwolves 3:2, ostatnio wygrali różnicą aż 29 punktów. Nie można jednak wykluczyć, że będzie potrzeba siedmiu spotkań, aby wyłonić drugiego finalistę konferencji. Tam czeka już Oklahoma City Thunder, czyli obrońcy trofeum i faworyt do kolejnego triumfu. W tegorocznych play-offach zespół ten rozegrał osiem meczów, odnosząc komplet zwycięstw. Przy czym warto mieć na uwadze, że Shai Gilgeous-Alexander i spółka nie mają dobrych wspomnień z rywalizacji z San Antonio. W tym sezonie ekipa Johnsona wygrała cztery z pięciu starć przeciwko OKC. Jeśli ktoś ma pokonać obecnych mistrzów, to prawdopodobnie właśnie zespół Mitcha Johnsona.
Szczęście Spurs polega na tym, że mają coś, czego brakuje wielu drużynom. Czas. Jeśli nie zdobędą pierścieni w tym sezonie, nie stanie się żadna tragedia. Spróbują w następnym i jeszcze w wielu kolejnych. Wembanyama ma zaledwie 22 lata, Stephon Castle 21, Dylan Harper 20, Keldon Johnson czy Devin Vassell też nie są żadnymi weteranami. Jeśli nie dojdzie do niespodziewanej zapaści, ekipa z San Antonio powinna w kilku następnych sezonach utrzymywać się w wąskim gronie kandydatów do tytułu.
Z kolei Wemby musi przygotować sobie sporo miejsca na półkach. W najbliższych latach bez wątpienia postawi tam kilka nagród dla najlepszego obrońcy NBA. W tej kategorii nikt mu nie podskoczy. Dosłownie.