Koszmarna zmiana antygwiazdy Lecha, wszystko robił źle. "Przybysz z innej planety"

Koszmarna zmiana antygwiazdy Lecha, wszystko robił źle. "Przybysz z innej planety"
Damian Kosciesza / pressfocus
Jan - Piekutowski
Jan PiekutowskiDzisiaj · 21:59
Zamiast formalności była masakra. Gdyby Lech zagrał na wyjeździe, można by zacytować osławioną okładkę Faktu. Problem w tym, że Lech popisał się przy Bułgarskiej, co sprawia, że wstyd jest tylko większy. A przecież i bez tego wyszło żenująco.
Dalsza część tekstu pod wideo
Po pierwszym spotkaniu w Danii należało odtrąbić sukces. Trzybramkowa zaliczka wypracowana na stadionie rywala wyglądała świetnie, nawet jeśli pamiętaliśmy o gorszym okresie, kiedy Aarhus zdobyło dwie bramki. W rewanżu przy Bułgarskiej należało się spodziewać nacisków ze strony przyjezdnych, było to całkowicie naturalne. Irracjonalny pozostawał jedynie Lech.
Trudno opisywać spotkanie, które na dobrą sprawę nie miało prawa się wydarzyć. Nie chodzi o to, że Lech to jakiś niezłomny gigant. Spójrzmy jednak tylko na sam początek środowej rywalizacji. Gospodarze znacznie przeważali, doskonałą okazję miał Luis Palma. Gdyby reprezentant Hondurasu trafił - a powinien - ryzyko dogrywki stopniałoby do minimum. Nie doszłoby do ekspresowego wyłonienia beznadziei sezonu. Ale "Kolejorz", dziś bardziej przypominający tramwaj zwany kompromitacją, miał inny plan.
Mecze, gdzie absolutnie wszystko robisz źle, przytrafiają się rzadko. Dziś Lech pokazał, że w swoim arsenale takowy posiada. Po starciu w Poznaniu trudno choćby wyróżnić jednego piłkarza. Punktować natomiast należy każdego. Każdy w mniejszym lub większym stopniu przyczynił się do żenującego spektaklu z Duńczykami. Defensywa zagrała na poziomie zawstydzającym, tak samo wypadała ofensywa. Nie pomagał Niels Frederiksen.
Trudno zrozumieć, dlaczego szkoleniowiec Lecha tak bardzo bał się zmian. Aż do 81. minuty wykonał jedną, co zupełnie nie mieści się w głowie, biorąc pod uwagę, jak rozkręcało się Aarhus. Gdy już po rezerwowych sięgnął, zdjął na przykład wyróżniającego się Patrika Walemarka. Wprowadzony za niego szybki wprawdzie Daniel Hakans nie był w stanie zrobić niczego.
Niemniej, gdyby wskazać jedną pozycję będącą kluczem do tak dramatycznie słabej gry mistrzów Polski, należałoby wybierać albo między bramkarzem i środkowym napastnikiem. Mateusz Lis nie pomógł w niczym, no chyba, że Aarhus, bo uderzenie w dogrywce po prostu musiał wybronić, nad wcześniejszymi próbami też możemy debatować. Mikael Ishak i Yannick Agnero okazali się, niestety, równie nieumiejętni. Pierwszego znów odcięto od gry. Przez blisko 90 minut Szwed oddał trzy strzały, jeden groźny. Znamienne natomiast, że przegrał 75% pojedynków. To nadal dobry napastnik, pewnie strzeli kilkanaście goli. Często jednak stanowi ciało obce.
Przybyszem z innej planety okazał się też Agnero. Jeden z najdroższych zawodników w historii Lecha pozostaje piłkarską kryptydą. Niby ktoś widział jego niewątpliwe umiejętności, ale tylko niby. Agnero dochodził wprawdzie do niezłych sytuacji, ale cóż z tego, skoro szwankowało przyjęcie, wykończenie albo wszystko jednocześnie. Jeśli rodzinie Rutkowskich zostały jakieś zaskórniaki, trzeba je wydać na nową "dziewiątkę". Widać, że z tym duetem nie da się zwojować zbyt wiele, a przecież cały zespół ma gigantyczny potencjał.
Na pewno zwojować nie da się Ligi Mistrzów, co jest gigantycznym wstydem dla całej polskiej piłki. Mistrz Ekstraklasy skompromitował się tak bardzo, że trudno to będzie przebić. Chociaż, kto wie, może za rok.
To nie jest zimny prysznic, to wywalenie się na ostatniej prostej przed najpiękniejszą dziewczyną w szkole, która może by poszła na randkę, ale nie z kimś, komu spadają gacie. Na nic seria głębokich oddechów, na nic szansa na Ligę Europy. Lech, wydawało się, miał wszystko, aby zaprowadzić Polskę do Ligi Mistrzów. Szkopuł w tym, że znów nam się jedynie wydawało. Fatalni w trakcie meczu, słabi w dogrywce, gorsi w karnych. A przecież Aarhus nie rozegrało wybitnego meczu. Ba! Popełniło mnóstwo błędów, a gdy dało się złapać w dogrywce, wypadało dowieźć korzystny wynik. Nawet tego "Kolejorz" zrobić nie potrafił.
Mokra ściera wylądowała na twarzy wszystkich związanych z Lechem. Sen o Lidze Mistrzów pozostaje równie realny jak napisanie "Snu o wiośnie" przez oryginalnego autora serii. Witaj biedo, piękna kusicielko. Znów musimy zadowolić się pucharami pocieszenia. W najlepszym przypadku.

Przeczytaj również