Krajowy hegemon straci mistrzostwo po ośmiu latach?! "Nikt nie myślał, że ktoś im zagrozi"
Multi Club Ownership to zjawisko znane głównie z zachodnich lig. Tymczasem w naszej części Europy również mamy z nim do czynienia. Od kilku lat na Słowacji blisko mistrzostwa jest DAC Dunajska Streda. Co się nie udaje ekipie założonej przez węgierską społeczność, może powieść się w ich ojczyźnie. I to za sprawą Gyori ETO FC, zespołu należącego do tego samego właściciela.
W XXI wieku ponad połowa tytułów mistrza Węgier trafiła w ręce budapesztańskich klubów. Z uwagi na dominację Ferencvarosu w minionych sezonach po raz ostatni mistrzostwo trafiło do zespołu spoza stolicy aż osiem lat temu. Teraz bardzo chciałoby to zmienić Gyori ETO. Ekipa z północno-zachodniej części kraju na niecały miesiąc przed końcem rozgrywek idzie łeb w łeb z faworyzowanym rywalem i ma wciąż realne szanse pozostawić go w tyle aż na dwóch różnych frontach. To, czy taki scenariusz się rzeczywiście ziści, może rozstrzygnąć się już w przeciągu najbliższego tygodnia.
Pięć kolejek wystarczyło
ETO na Węgrzech wcale nie jest klubem anonimowym. To czterokrotny mistrz kraju, który w sezonie 1964/1965 osiągnął również niebotyczny z dzisiejszego punktu widzenia sukces na arenie międzynarodowej. Dotarł wówczas do półfinału Pucharu Europy, ale w nim musiał uznać wyższość Benfiki z genialnym Eusebio w składzie. Klub z Gyoru po raz ostatni sięgnął po mistrzostwo w 2013 roku. Sezon później tytuł przegrał z Debreczynem przez gorszy bilans bramkowy, a po kolejnych rozgrywkach wskutek ogromnych problemów finansowych został… zdegradowany do trzeciej ligi. Odbudowa okazała się złożonym procesem. Klub szybko awansował na zaplecze elity, ale tam ugrzązł. Wszystko zmieniło dopiero przejęcie udziałów przez działającego w przemyśle naftowym Oszkara Vilagiego, co miało miejsce w lutym 2022 roku.
- Vilagi już wcześniej dał się poznać fanom piłki jako właściciel DAC Dunajskiej Stredy, czyli klubu mającego swoją siedzibę mniej więcej 40 kilometrów od Gyoru, w słowackim mieście zamieszkiwanym w dużej mierze przez Węgrów. W ETO nie miał jednak łatwego początku. Dopiero w drugim pełnym sezonie, kiedy klub obrał dość nietypową jak na standardy drugiej ligi politykę kadrową i ściągnął sporo obcokrajowców, projekt odpalił. Kluczową postacią na drodze do tego sukcesu okazał się Balazs Borbely. Trener, który wcześniej był związany z m.in. właśnie Dunajską Stredą, pracę w Gyorze zaczął na pięć kolejek przed końcem sezonu 2023/2024, kiedy ten do awansu potrzebował kompletu zwycięstw i… udało mu się tego dokonać - opowiada nam Dominik Mohai, dziennikarz Nemzeti Sport.
Tuż po awansie wydawało się, że ETO może nie zagrzać na długo miejsca w węgierskiej elicie. Poprzedni sezon zaczęło mizernie i aż do 10. kolejki nie potrafiło wydostać się ze strefy spadkowej. Steven Vanharen, nowy dyrektor sportowy, a w przeszłości asystent Besnika Hasiego w Legii, trafił do klubu nieco za późno i nie był w stanie załatwić na czas odpowiednich wzmocnień. Kiedy zimą poprzedniego roku wreszcie mógł przeprowadzić takie ruchy, maszyna kierowana przez Borbelego ruszyła pełną parą. Wiosną Gyor zanotował passę 15 meczów bez porażki, co jest czwartą najdłuższą serią w całej historii klubu. To zapewniło mu ostatecznie też czwarte miejsce w NB I i dało prawo gry w eliminacjach Ligi Konferencji. W nich ETO pokonało Piunik Erywań i AIK, a wrota do fazy ligowej zamknął mu dopiero Rapid Wiedeń, ćwierćfinalista poprzedniej edycji LK.
- Borbely preferuje pozycyjny futbol i ustawienie 4-2-3-1, w którym boczni obrońcy mają grać bardzo wysoko, a zespół cechować powinny duża płynność i ruch w środku pola. Przy czym to bardzo pragmatyczny szkoleniowiec. Potrafi dostosować się do dowolnej sytuacji. Nie ma znaczenia, czy któryś z jego zawodników łapie kontuzje czy zawieszenie, ten jest w stanie zawsze odpowiednio zareagować i dostosować grę zespołu do danych okoliczności. To samo dotyczy również dopasowania taktyki pod danego rywala. Być może to właśnie z tego powodu ETO zaprezentowało się tak dobrze w europejskich pucharach. Uważam, że ten szkoleniowiec mógłby namieszać również w eliminacjach Ligi Mistrzów. Ale żeby w nich zagrać, najpierw Gyor musiałby sięgnąć po mistrzostwo Węgier - zauważa Mohai.
Na razie odpierają zakusy
W obecnym sezonie marzenia o hymnie LM na ETO Park przestały być bowiem tylko mrzonką. Borbely do spółki z Vanharenem stworzyli konkurencyjny zespół, który postanowił rzucić wyzwanie gigantowi węgierskiej piłki ostatnich lat - Ferencvarosowi. Stołeczny klub po 2018 roku zdominował krajowe podwórko. Od siedmiu sezonów regularnie kończy sezon na pierwszym miejscu w tabeli, a taka passa nie zdarzyła się na Węgrzech od 100 lat, kiedy inny budapesztański zespół, MTK, między 1913 i 1925 sięgnął po 10 mistrzostw z rzędu. Do tego “Fradi” są etatowymi uczestnikami fazy grupowej/ligowej europejskich pucharów. Nic więc dziwnego, że również teraz drużyna, gdzie trenerem jest sam Robbie Keane, była murowanym faworytem do tytułu.
- Przed startem sezonu na Węgrzech nikt nie myślał, że ktoś może zagrozić Ferencvarosowi i strącić go z mistrzowskiego tronu. To zdecydowanie najbogatszy klub w kraju, który do tego prezentuje się z dobrej strony również w pucharach - w tym roku był o krok od ćwierćfinału Ligi Europy. Do pewnego momentu panowało więc przekonanie, że ETO może myśleć realnie co najwyżej o ligowym podium, ale o niczym więcej. To i tak byłby dla klubu ogromny sukces, biorąc pod uwagę, że po raz ostatni zakończyli rozgrywki w czołowej trójce 12 lat temu. Kiedy jednak Gyor objął prowadzenie w tabeli, okazało się, że wreszcie znalazł się zespół, który chce postawić się krajowemu hegemonowi - opowiada Mohai.
Tak ambitna postawa ETO jest możliwa, ponieważ Vanharen ściągnął do zespołu naprawdę bardzo dobrych zawodników. Belg świetnie odnalazł się na dyrektorskim stanowisku w Gyorze. Środkowy pomocnik Milan Vitalis, lewy defensor Daniel Steful, napastnik Nadhir Benbouali, czyli kluczowi zawodnicy Borbelego, wzmocnili ten zespół właśnie za kadencji Vanharena. Pierwszy jest mózgiem centralnej strefy boiska, drugi - mimo roli bocznego obrońcy gra niczym skrzydłowy, co dobitnie potwierdza już 12 asyst w tym sezonie, a trzeci z 13 trafieniami w lidze walczy o koronę króla strzelców. Całe to trio, zresztą podobnie jak pozostała część kadry ETO, może latem stanowić łakomy kąsek na rynku transferowym.
- Ferencvaros już zimą chciał zresztą ściągnąć do siebie Vitalisa, a także Miljana Krpicia. Tylko na tych dwóch zawodnikach ETO mogło zarobić ponad cztery miliony euro, ale odrzuciło te oferty, ponieważ uznało, że chce powalczyć o tytuł, a do ewentualnych rozmów wróci dopiero po zakończeniu rozgrywek. W poprzednim sezonie miała miejsce podobna sytuacja, kiedy Benbouali został wykupiony po wcześniejszym wypożyczeniu z Charleroi, ale potem ściągnąć chciało go Esperance Tunis, uczestnik Klubowych Mistrzostw Świata. Tyle że sam zawodnik stwierdził, iż woli pozostać na Węgrzech i powalczyć tu o trofea. Takie historie pokazują, jak na przestrzeni ostatnich lat zmieniło się ETO i jak silną pozycję zyskało. I to dotyczy zarówno sfery sportowej, jak i marketingowej. Czegoś takiego na Węgrzech nigdy dotąd nie widziałem - mówi Mohai.
Duma ponad mistrzostwo
Rozwój ETO nie byłby możliwy bez wsparcia Vilagiego. To dzięki niemu dziś Gyor - obok Zalaegerszegu, Debreczyna i oczywiście Ferencvarosu - stawiany jest jako wzór, jeśli chodzi o sposób zarządzania przedsiębiorstwem sportowym. Sytuacji tych zespołów nie powinny zmienić więc nawet wyniki wyborów parlamentarnych, wskutek których władzę na Węgrzech stracił Viktor Orban - prywatnie wielki fan futbolu, który chętnie łożył na ten sport z pieniędzy publicznych. Gyor posiada niezłą akademię, potrafi szkolić na użytek własny, ale również po to, aby w przyszłości sprzedać i w ten sposób zarobić na własny budżet. W jego przypadku dochodzi jeszcze kwestia ścisłej współpracy z Dunajską Stredą. A przecież w naszym regionie Europy zjawisko Multi Club Ownership (MCO) nadal nie jest aż tak powszechne.
- Vilagi pochodzi z Dunajskiej Stredy i wychowywał się tuż przy tamtejszym stadionie. Mimo tego faktu obecnie węgierskie media działające na Słowacji oskarżają go o… faworyzowanie ETO! W życiu nie obstawiłbym takiego scenariusza. Osobiście sądzę, że sprzyja raczej obu klubom. Z DAC nigdy nie udało mu się sięgnąć po mistrzostwo, bo jako węgierski zespół na Słowacji musiałby chyba mieć z 30 punktów przewagi nad Slovanem. Chyba wiesz, o co mi chodzi. Kilkakrotnie zostali po prostu oszukani przez bardzo kontrowersyjne decyzje sędziowskie. Z kolei w obecnym sezonie nie mogli zagrać w Lidze Konferencji, ponieważ nie dopełnili formalności związanych z wielowłasnością. W pucharach zagrało ETO, więc kibice DAC mogli pomyśleć, że to klub z Gyoru jest w tym układzie tym ważniejszym - mówi Mohai.
To właśnie na Węgrzech Vilagi ma bowiem znacznie większe szanse, aby wreszcie coś wygrać. DAC na Słowacji dotąd nie utarło nosa faworyzowanemu Slovanowi. W przypadku ETO sytuacja może być inna. Na cztery kolejki przed końcem sezonu Gyor i Ferencvaros mają po 59 punktów. Tabeli przewodzą ci drudzy, ale tylko ze względu na to, że odnieśli dotąd o jedno więcej zwycięstwo, a na Węgrzech właśnie to kryterium decyduje o pozycji w tabeli w przypadku równego dorobku punktowego. Sytuacja może się jednak zmienić już w niedzielę, kiedy obie drużyny zmierzą się ze sobą na ETO Parku. Trzy dni później dojdzie z kolei do rewanżu - tym razem w Budapeszcie - w ramach półfinału krajowego pucharu, po który Gyor po raz ostatni sięgnął w 1979 roku.
- Węgierskie władze komunistyczne przez lata faworyzowały budapesztańskie kluby, przez co futbol skupiony był właśnie wokół stolicy. Mieszkańcy innych miast są do dziś dumni ze swojej tożsamości i tego, że nie są z Budapesztu. To przenosiło się też na futbol. Jeśli ETO powstrzyma Ferencvaros przed sięgnięciem po ósmy tytułu z rzędu, będzie to niezwykle podniosły moment nie tylko dla Gyoru, ale też innych węgierskich miast. Aby tak się stało, drużynie musi sprzyjać szczęście. I to tyczy się także niedzielnego spotkania. W ciągu ostatnich dwóch lat Gyor wygrał z “Fradi” tylko raz. Ma też od nich mimo wszystko słabszy zespół. Ich przewagą może być za to strona mentalna. Podczas gdy większość graczy Ferencvarosu sięgnęło już z nim po złote medale, w ETO wszyscy zdają sobie sprawę, że podobny sezon w takim składzie może się już nie powtórzyć - podsumowuje Mohai.